Motto tygodnia: Prezes jest już zdrowy jak ryba. Chyba...

Generał nie pęka

numer 41/2016

…w przeciwieństwie do opony z prezydenckiej limuzyny.

Nad pierwszym ochroniarzem pisowskiej władzy zbierają się czarne chmury, ale dobre samopoczucie go nie opuszcza.

Szef Biura Ochrony Rządu Andrzej Pawlikowski jeszcze nie ochłonął z radości po niedawnym awansie na pierwszy stopień generalski. Po zaledwie kilku miesiącach kierowania BOR minister Mariusz Błaszczak i prezydent Andrzej Duda nagrodzili go awansem. Oficjalnie za to, że wzorowo zadbał o bezpieczeństwo dygnitarzy, którzy uczestniczyli w Światowych Dniach Młodzieży (ŚDM) i szczycie NATO.

W ramach świętowania nowo awansowany generał zorganizował niedawno zawody strzeleckie o „Puchar Szefa BOR 2016” pod Honorowym Patronatem Ministra Spraw Wewnętrznych i Administracji (sic!). Na oficjalnej stronie BOR zamieszczono zdjęcie, na którym Pawlikowski, ucharakteryzowany na Jamesa Bonda, w garniturze i białej koszuli, strzela do przestępców z karabinu maszynowego.

Przyznanie pierwszej gwiazdki generalskiej za ŚDM i szczyt NATO to tylko pretekst. Pawlikowski od lat wiernie służy PiS. Za pierwszych rządów kaczystów przez krótko był już szefem BOR. Zasłynął tym, że nie zapewnił należytej ochrony prezydentowi Kaczyńskiemu, gdy ten w 2007 r. był w Smoleńsku. Nie przeszkadzało mu to jednak wylewać pomyj na kolegów po katastrofie 3 lata później. Jako ekspert zespołu Macierewicza napisał jeden z rozdziałów raportu, w którym, podpierając się kłamstwami i insynuacjami, oskarżył BOR o przyczynienie się do katastrofy smoleńskiej, choć razem z Kaczyńskim zginęło dziewięciu oficerów biura – w tym dowódca operacji ochronnej płk Jarosław Florczak.

Pawlikowski, który przez ostatnie lata był poza służbą (prowadził własny biznes), wziął aktywny udział w kampanii wyborczej. Występując w pisowskich mediach, szkalował szefostwo biura. Pytany przez „Gazetę Polską Codziennie”, jak ocenia 8 lat funkcjonowania BOR najpierw pod kierownictwem gen. Mariana Janickiego, a teraz gen. Krzysztofa Klimka, Pawlikowski stwierdził: „Jestem przerażony tym, co zrobiono z biurem w tym czasie. Te lata zaniechań poważnie odbiły się na zdolnościach i skuteczności działania formacji. Niektóre wydarzenia obnażyły panującą tam patologię. Przykładem są działania BOR związane z tragicznym lotem prezydenta Lecha Kaczyńskiego do Smoleńska. To właśnie tragedia smoleńska pokazała ogromną skalę zaniedbań i nieprawidłowości leżących po stronie formacji, a przede wszystkim jej kierownictwa. (…) Za wszelkie działania BOR powinien odpowiadać szef formacji, w tym wypadku gen. Janicki. To on ponosi pełną winę za fatalną sytuację w BOR-ze”.

Poza wygłaszanymi frazesami Pawlikowski nie potrafi wskazać choćby jednego przykładu przyczynienia się BOR do katastrofy smoleńskiej. Jednak w styczniu 2016 r. MSWiA poinformowało, że w biurze został powołany specjalny „zespół smoleński”, którego zadaniem będzie zbadanie działań BOR w związku z zabezpieczeniem delegacji prezydenta Lecha Kaczyńskiego z 10 kwietnia 2010 r. Na czele zespołu stanął zastępca Pawlikowskiego płk Jacek Lipski, który do końca maja 2016 r. miał przedstawić sprawozdanie.

Jaki był cel pisania kolejnego raportu, skoro Pawlikowski już taki wypichcił w 2013 r. jako ekspert zespołu Macierewicza – tego żaden z oficerów nie wyjaśnił.

Znamienne jednak było, że choć jeszcze nie rozpoczęto prac, to minister Błaszczak znał już rezultaty jego kontroli. „Przygotowanie wizyty Lecha Kaczyńskiego w naszej ocenie było skandaliczne. Chyba nikt nie ma wątpliwości, że zachowanie funkcjonariuszy BOR pozostawiało wiele do życzenia. Uważamy, że nam, obywatelom, należą się w tej sprawie wyjaśnienia, jak i wyjaśnienie przyczyn katastrofy smoleńskiej w ogóle” – grzmiał Błaszczak.

Na początku maja płk Lipski zapewniał, że raport będzie gotowy do końca miesiąca. „Ustalenia trwają cały czas. Trzeba pamiętać, że są utrudnione, bo część dokumentacji jest w sądach lub w dyspozycji innych organów. Dodatkowo od tamtego okresu minęło dużo czasu, a członkowie zespołu, w tym także ja, są zaangażowani równocześnie w bieżące zadania BOR. Zakładamy, że 31 maja przedstawimy sprawozdanie szefowi BOR” – mówił pułkownik.

31 maja nadzorujący BOR wiceszef MSWiA Jarosław Zieliński powiedział, że raportu w zapowiadanym terminie nie będzie. „Prace trwają, czas na przygotowanie tego raportu został przedłużony, ponieważ problemów i materiałów jest, jak nas poinformowano, dosyć dużo, więc wymaga to jeszcze dłuższego czasu i szczegółowej, skrupulatnej analizy” – twierdził Zieliński. Pytany przez dziennikarzy, tłumaczył, że w tej sprawie „pośpiech i czas, w którym ten dokument powstanie, nie jest najważniejszą sprawą, ważna jest jego rzetelność”, a po za tym BOR ma „bardzo dużo zadań bieżących”, uczestniczy m.in. w przygotowaniach do zabezpieczenia szczytu NATO i ŚDM, dlatego przygotowanie raportu w sprawie katastrofy smoleńskiej nie może odbywać się „kosztem tych zadań”. Tłumaczenie to było absurdalne. Jak gdyby w styczniu, gdy powoływano zespół, nie wiedziano, że zbliżają się dwie wielkie imprezy.

W sierpniu Lipski oznajmił: „Wydaje nam się, ze do końca miesiąca uda nam się przygotować raport, ale może to być raport niejawny, bo pracujemy na dokumentach niejawnych”.

Minął kolejny miesiąc, zapytałem zatem rzeczniczkę BOR, co z raportem. Natalia Markiewicz nie raczyła odpowiedzieć. Być może dlatego, że nie jest funkcjonariuszką BOR, ale wydziału propagandy PiS (do BOR została delegowana z pisowskiej Telewizji Republika) i nie obowiązują jej żadne normy, nawet przepisy prawa prasowego.

Być może brak raportu ma związek z śledztwem, które prowadzi opolska prokuratura w sprawie wypadku prezydenckiej limuzyny na autostradzie A4 w okolicach Brzegu, do którego doszło na początku marca. Wydawało się, że śledczy szybko wyjaśnią, dlaczego wzmocniona opona typu run-flat, która nie miała prawa pęknąć, rozleciała się na strzępy. Sprawa ślimaczy się już siódmy miesiąc i końca nie widać. Prokuratura nałożyła embargo informacyjne, co budzi uzasadnione podejrzenia.

Z oficjalnych informacji wiadomo jedynie, że prokuratorzy zlecili przygotowanie opinii biegłym z Centralnego Laboratorium Kryminalistycznego Komendy Głównej Policji, Przemysłowego Instytutu Motoryzacji w Warszawie oraz Ośrodka Badawczo-Rozwojowego Przemysłu Oponiarskiego Stomil z Poznania. Prokuratura czeka na komplet materiałów.

Wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują, że sprawa nie może zakończyć się pomyślnie dla Pawlikowskiego, który naraził zdrowie i życie prezydenta, a potem próbował nieudolnie zrzucić winę na poprzedników.

Szef BOR dobrał funkcjonariuszy do zapewnienia bezpieczeństwa Dudzie i wysłał go w daleką górską podróż ciężką limuzyną nieprzystosowaną do jazdy w trudnym i zaśnieżonym terenie, w której założono wycofaną z użytku oponę, gdy tymczasem prezydencka ochrona jechała w terenowych samochodach z napędem na 4 koła. Konwój gnał z prędkością dochodzącą nawet do 170 km/h, nie zważając na warunki drogowe i ograniczenia wynikające z przepisów. Jeśli wierzyć temu, co mówił zaraz po wypadku ppłk Dariusz Bielas, szef sztabu BOR, że prezydencki samochód był dokładnie sprawdzony pod względem technicznym, to winnym wypadku jest kierowca, który zignorował ostrzegawczą kontrolkę umieszczoną na pulpicie, informującą o uszkodzonej oponie. Dlaczego nie zwolnił? Wydaje się nieprawdopodobne, że nie zauważył alarmu. A może zauważył, tylko ktoś kazał mu gnać dalej. Wiadomo, że Dudzie bardzo się śpieszyło do Wisły…

Jeśli prokuratorzy z Opola nie wystraszą się ewentualnych konsekwencji i będą mieli mocny kręgosłup moralny, a Ziobro nie wyda im polecenia, aby odstąpili od formułowania oskarżeń wobec Pawlikowskiego (na co pozwala mu ustawa o prokuraturze), dni szefa BOR będą policzone.

Wasze komentarze (0)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.