Motto tygodnia: Może tym razem się uda – mówi do nowego rzecznika prezydent Duda.

Autor
Michał Marszał

Dzieci za trzy grosze

numer 25/2018

3 977 000 – tyle polskich dzieci otrzymuje co miesiąc świadczenie z programu „500 plus”.

23 000 000 000 zł – tyle kosztował program w 2017 r.

0 – tylu podopiecznych państwowych domów dziecka otrzymuje takie wsparcie.

10 zł – tyle wynosi przeciętne miesięczne kieszonkowe wychowanka domu dziecka.

Gdy w lutym 2016 r. PiS wprowadzało program „500 plus”, ówczesna premier Beata Szydło, a dziś jakże wrażliwa na krzywdy przewodnicząca Komitetu Społecznego Rady Ministrów mówiła w Sejmie: „Wprowadzamy program, który daje szanse wszystkim polskim dzieciom”. Kłamała.

Wbrew pięknym deklaracjom, forsy nie starczyło dla 17 tysięcy małolatów, którym życie dosrało najbardziej i którzy trafili do któregoś z 1168 państwowych domów dziecka, zwanych potocznie bidulami.

Dzieci te same są sobie winne – gdyby miały prawdziwe pełne rodziny, ich ojcowie i matki mogliby w ramach wdzięczności oddać głos w wyborach na Prawo i Sprawiedliwość. Nie mają, nie są więc nikomu do niczego potrzebne.

***

Pierwszą próbę sprawdzenia, jaka logika stała za zadziwiającymi decyzjami PiS-u (roczny koszt objęcia wsparciem wszystkich polskich sierot to ok. 100 mln zł, jedna trzecia tego, co Rydzyk ma dostać od Glińskiego na muzeum), podjąłem 4 miesiące temu. Poprosiłem wówczas dyrektorki domów dziecka – trzech warszawskich, jednego krakowskiego i jednego sopockiego – o pomoc w pisaniu reportażu i anonimową rozmowę o zjawisku. Nie zgodziła się żadna, 4 zasłaniając się troską o rzekome dobro dzieci, a jedna – w porywie szczerości – tłumacząc się obawą o utratę stanowiska.

Zamiast słania pism i wykręcania telefonów podjąłem się więc składania odwiedzin. Dyrektorka Domu Dziecka nr 2 im. Janusza Korczaka w Warszawie przyjęła mnie uprzejmie, zrozumiała zagadnienie, pokiwała głową, ale metodą spychologii pogoniła za bramę. Wicie, rozumicie, żeby zamienić z dzieckiem choć 2 zdania, trzeba mieć zgodę opiekunów prawnych, a czy oni albo my zechcemy, to nie wiadomo… Co i tak było lepsze od zachowania pracownicy stołecznego Domu Dziecka nr 9 im. Lidii i Adama Ciołkoszów, od której usłyszałem, że jeśli będę stać z dyktafonem o siódmej rano przed furtką i pytać idących do szkoły nastolatków o to, na jakie potrzeby wydaliby 500 zł miesięcznie, to natychmiast wezwie patrol policji.

***

Bardziej rozmowny okazał się Rzecznik Praw Obywatelskich, który od początku funkcjonowania ustawy starał się bronić interesów dzieci z bidulów. Jego biuro przesłało mi odpowiedź, jaką otrzymało z Ministerstwa Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej. Czytamy w niej, że dodatek „500 plus” „zgodnie z intencją ustawodawcy przysługuje rodzinom biologicznym dzieci na wsparcie wydatków bieżących związanych z ich wychowaniem”, i że „został on wprowadzony również dla osób wychowujących dzieci w rodzinnych formach pieczy zastępczej”, a „w obecnej chwili resort rodziny nie planuje podjęcia prac legislacyjnych dotyczących rozszerzenia katalogu osób, którym przysługuje dodatek wychowawczy”. Słowem: dzieci z państwowych domów dziecka, czyli takie, którym powiodło się najgorzej (bo to nie one, ale sądy opiekuńcze decydują, dokąd trafią), o dodatku „500 plus” mogą tylko pomarzyć. M.in. dlatego, że – według ministerstwa – „średni miesięczny koszt utrzymania dziecka w placówce opiekuńczo-wychowawczej wynosił w 2015 r. ok. 3932 zł”, a to więcej niż kosztuje utrzymanie sierot w placówkach rodzinnych.

 

Całość na łamach

Wasze komentarze 3 komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.