Motto tygodnia: Młody Tusk też ma mózg, ale mniejszy...

Dwie kobiety i drapieżnik

numer 1/2017

Dwie kobiety i drapieżnik

Rząd kupił sobie obraz. Jest droższy niż luksusy ministrów poprzedniego rządu – zegarek Nowaka, a nawet ośmiorniczki Sikorskiego. Przy tym „Dama z gronostajem” vel z łasiczką jest bezużyteczna dla gabinetu Szydło i dla prezydenta. To nie jest Notre Dame. Nie można się do niej modlić jak do czarnulki z Częstochowy, zawierzać jej, pielgrzymować. Ani dama, ani gronostaj, dawniej łasica, na razie nie potrafią uzdrawiać.

Dla oglądaczy obrazu Leonarda to obojętne, czyją jest własnością; ważne, aby wisiał na ścianie w zasięgu wzroku. Pod tym względem nic się nie zmieni. Płótna zaś oglądają raczej wyborcy opozycji niż PiS. Ci wolą jasełka od renesansu, zresztą to ludzie słabo widzący, bo zaślepieni.

I damę, i gronostaja nabył rządowi wicepremier Gliński, podobno inteligent. Nie umie on jednak wyjaśnić, na chuj władzy to malowidło, a obrazowi inny właściciel. Gliński skłamał w wywiadzie, którego udzielił, że pragnie zapobiec wyjazdom zagranicznym olejnej kobiety i jej zwierzęcia, gdyż podróże nie służą ich zdrowiu. Tymczasem minister kultury musi wiedzieć i wie, że na zagraniczne podróże tak cennych obrazów, wedle prawa i tak muszą dawać zgodę odpowiednie władze państwowe. Tak było i jest, kupno więc niczego nie zmienia.

Dama – jak wiele kobiet z Polski – wyjeżdżała dorywczo zagranicę, żeby zarobić na życie. Będąc jednowymiarową plamą farb dupy wszakże nie dawała, nawet jej wypiąć nie mogła. Pokazywała tylko upieszczanego drapieżnika gronostaja Mustela erminea, poprzednio łasicy Mustela nivalis.

À propos Polek wyjazdowych jest dowcip starszy niż Gliński i Sellin do kupy. Matka Polka do córek bawiących poza krajem: „Bawcie się jak damy”, na co one: „Jak damy, to się bawimy”. Stąd właśnie dama pana Da Vinci jest smutna, bo od stuleci trwa w cnocie.

Minister Gliński może z Polski wyjeżdżać, chociaż nikt go nigdzie nie chce oglądać, bo też jego wizerunek, muszę przyznać, nie wart jest jednej złotówki. Natomiast „Damę z gronostajem”, posiadłszy ją, zamierza internować w Polsce. To barbarzyńska forma nacjonalizmu. Sztuka nie powinna mieć granic, ale wręcz pchać się do światowego obiegu. Normalne rządy za to płacą.

Kupiony przez wicepremiera obraz tylko w sensie pieniężnym należy do polskiego „dorobku narodowego”, którego ministrem tytułuje się Gliński. Jako dzieło stanowi dorobek włoski z czasów Renesansu a Italia była wówczas wszecheuropejską dominantą sztuki. PiS w ogóle zamyka Polskę, odcina ją od otoczenia pod względem nie tylko politycznym, bo w tego rezultacie także gospodarczym, i od artystycznego obiegu.

Za granicę mają galopować konie pacykarzy Kossaków, a nie żadne tam gronostaje. Nie jest zresztą pewne czy i w Polsce będzie można oglądać „Damę z gronostajem”. Bo co, jeśli ona nie spodoba się Kaczyńskiemu? Środowiskiem naturalnym gronostajów są przecież etole noszone przez wrogich PiS rektorów. Zwierz ten nie przypomina kota.

Co prawda obywatele RP męczą się, ponieważ wciąż nie mają Muzeum Kremówki, ale nie zaprzeczam, że reżimowi przytrafiają się trafne decyzje muzealnicze. Przykładem ulokowanie w Muzeum Żołnierzy Wyklętych kolekcji zdjęć młodej Heleny Wolińskiej, pieszczotliwie tytułowanej przez pisowców komunistyczną bestią. Rzeczywiście Wolińska była żołnierzem wyklętym przez prawicę w RP. Tam więc jej miejsce. Eksponatami będą zdjęcia młodej mjr Wolińskiej zrobione w 1948 r. w Budapeszcie. Przewodziła tam delegacji polskich milicjantów obywatelskich u ich węgierskich kolegów i gospodarze ją obpstrykali, zresztą ładna była. Z perspektywy czasu fotografie dlatego mają wartość historyczną, że polskie władze z węgierskimi wiąże dziś namiętna miłość warto więc zilustrować jej powojenne pierwociny.

Z drugiej jednak strony eksponaty stanowią banał. Cóż demaskatorskiego, zaskakującego, odkrywczego lub pouczającego w tym, że prawie 70 lat temu na Węgrzech pstrykano zdjęcia czwartorzędnej polskiej delegacji? Może mają one historyczne znaczenie dla Węgrów, ilustrują bowiem to, że Polacy już po trzech latach zapomnieli, że państwo, w tym wojsko węgierskie, było sojusznikiem Hitlera. Polakom widok tych obrazków poświadcza tylko to, że bestia była niegdyś ładną bestyjką.

Muzeum Żołnierzy Wyklętych ma być otwarte za 2 lata, a jego dyrektor cieszył się z pamiątkowych zdjęć Wolińskiej -podarunku „Gazety Polskiej”. Chyba ten album to pierwszy eksponat świątyni żołnierzy wyklętych, bo muzeum rządowe, dawniej Czartoryskich, jest bodaj jedynym, w którym ekspozycja czeka na instytucję, a nie na odwrót.

Niektórzy mówią, że gronostaj posmutniał, od kiedy został zwierzęciem domowym rządu. Natomiast Helena Wolińska promieniała, gdy w latach 90. w Warszawie przez minutę jechaliśmy razem hotelową windą, a prof. Brus zdążył przedstawić mnie żonie. Po bestii już nie uśmiechał się do mnie nikt, z wyjątkiem szczęścia.

Wyjaśnić należy, że tak jak gronostaj jest vel łasicą tak Brus-Wolińska to vel Fajga Mindla, co „Gazeta Polska” darczyńca jej zdjęć wyszperał i ogłosił.

Wasze komentarze (1)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.