Motto tygodnia: Hop, siup, po kanapie! Berczyńskiego nikt nie złapie!

Doktor podaj cegłę

numer

Najbardziej wykształceni bezrobotni na świecie.

Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego, kierowane jeszcze przez Kudrycką, wymyśliło wiele lat temu, jakich specjalistów polska gospodarka będzie potrzebowała. Uczelnie miały otworzyć kierunki umożliwiające ich wykształcenie, w zamian za co dostawały kasę. Program kierunków zamawianych obejmował jedynie kilkanaście specjalności, głównie ścisłych i politechnicznych. Niektóre uczelnie musiały się zatem obejść smakiem.

Te, którym udało się załapać, wygrały ciężkie miliony. Tyle tylko że w sytuacji absolwentów, poziomie polskiej nauki, a nawet firm poszukujących pracowników niewiele to zmieniło.

Inżynier brzmi dumniej

Przed wprowadzeniem programu kierunków zamawianych najchętniej wybieranymi przez studentów kierunkami były: pedagogika, prawo i zarządzanie. Ostatnio pierwsze miejsce zajmuje informatyka, a tuż za nią są prawo i zarządzanie. Pierwszą piątkę zamykały budownictwo oraz mechanika i budowa maszyn.

Popularność informatyki nie dziwi. Absolwenci są brani przez firmy w ciemno i za olbrzymią kasę. Po co zatem dotowano uczelnie, skoro nie miały problemów ani z naborem, ani ze świetlaną przyszłością absolwentów? Na szczęście wśród kierunków zamawianych nie było ani prawa, ani zarządzania. Te 2 kierunki produkowały, produkują i będą produkowały największą rzeszę specjalistów od zmywaka w Londynie i krajowych fachowców od serwowania fast foodów. Ciekawym przypadkiem jest budownictwo, po którym absolwent przez kilka lat może zapieprzać przy wylewaniu betonu i skręcaniu szalunków. Tytuł inżyniera bowiem sam w sobie nic nie znaczy. Żeby uzyskać minimalne uprawnienia budowlane, absolwent budownictwa musi parę lat zdobywać doświadczenie i wpisy do odpowiedniego kajecika. Tego jednak nikt startującym na ten kierunek nie powie.

Tak samo jak tego, że mechaników budujących maszyny potrzebuje w kraju 5, może 8 firm. A może twórcy programu kierunków zamawianych wcale nie mieli na myśli polskiego rynku pracy? Niemiecki popyt na polskich inżynierów pokazuje, że coś jest na rzeczy…

Fizyk za tysiaka

Program zamawiania kierunków kusił uczelnie i studentów specjalnym systemem stypendialnym. Finansował zajęcia wyrównawcze z przedmiotów objętych programem szkoły ponadgimnazjalnej, które były niezbędne dla kształcenia na danym kierunku studiów. Dawał też kasę na współpracę z pracodawcami w zakresie stażów i praktyk dla studentów.

Z punktu widzenia uczelni sprawa była ideałem. Państwowe stypendia przyganiały uczelniom chętnych. 1000 zł co miesiąc dla studenta miało siłę rażenia.

Zajęcia wyrównawcze, niwelujące braki w wykształceniu z matematyki, fizyki oraz chemii i innych przedmiotów między poziomem szkoły średniej a tym wymaganym do przyswojenia materiału przewidzianego na studiach, ograniczały się do pierwszego semestru studiów. Na co drugiej uczelni miały charakter obowiązkowy. Nie dziwota, bo był to doskonały zarobek dla pracowników uczelni. Zajęcia wyrównawcze obejmowały średnio 8-10 godzin w tygodniu. I nieważne, że studenci unikali tych zajęć, bo nazwa sugerowała ich braki w wykształceniu wyniesionym ze szkoły średniej. Czyli matołectwo. Szmal na uczenie tego, czego powinny nauczyć technika i licea, płynął jednak niewzruszenie.

Praktyka czyni mistrza

Od lat można wysłuchiwać pracodawców jęczących, że absolwenci nie maja pojęcia o pracy i chcieliby zarabiać Bóg wie ile. Zamawianie kierunków miało tym jękom wyjść naprzeciw. Była forsa na płatne praktyki i staże studenckie w firmach. Zdawać by się mogło, że korporacje łykną taką pomoc publiczną bez zastanowienia. Darmowy pracownik pomocniczy zawsze jest bowiem lepszy od płatnego.

Tymczasem stroną inicjującą współpracę w większości przypadków były uczelnie. Widać pracodawcy nie dostrzegają tak znaczącej potrzeby współpracy z uczelniami, aby samemu wychodzić z taką inicjatywą.

Ci, którym udało się jednak takie praktyki odbyć, oceniali, że wzrosły ich umiejętności praktyczne, wiedza zawodowa oraz dowiedzieli się, na czym polega praca z innymi. Tak przynajmniej deklarowali. A tak naprawdę byli popychadłami. Świadczy o tym fakt, że niemal nikt w czasie stażu nie nawiązał kontaktów zawodowych pomagających mu w uzyskaniu pracy. Prezesów i menedżerów oglądali tylko przez szybę.

Program kierunków zamawianych miał doprowadzić do 22-procentowego udziału absolwentów kierunków matematyczno-przyrodniczych i technicznych wśród wszystkich kończących studia. Nie doprowadził. Okazuje się, że narzucone plany przerobu powodowały, że aby utrzymać pogłowie studentów na dotowanych kierunkach, uczelnie obniżały wymagania. Czyli kształciły gorzej.

Obowiązkowa doktoryzacja

I to w każdym zakresie. W roku akademickim 1990/92 w całym kraju status doktoranta miało 2695 osób. Teraz ma go około 43 tysięcy. Tymczasem liczba nadawanych tytułów doktorskich zwiększyła się przez ćwierć wieku jedynie nieco ponad dwukrotnie.

Gdyby przyjąć, że doktorantem jest się średnio przez 3 lata, to wyjdzie, że każdego roku do publicznej obrony swojego doktoratu powinno przystępować jakieś 14 tysięcy wykształciuchów. Zakładając, że niektórym powinie się noga, to liczba świeżo wyświęconych doktorów winna wynosić jakieś 10 tysięcy rocznie. Jest ich zaś grubo ponad połowę mniej. System powoduje, że bycie doktorantem jest w porzo, zaś doktorem już niekoniecznie.

Kupienie konspektu pracy doktorskiej, którą ma się przez te wszystkie lata pisać, to koszt kilkuset złotych. Cały doktorat to 4-5 tys. zł. Nie są to ceny z kosmosu. Mimo to doktorów nie przybywa. A z tych, którzy podchodzą do obrony, i tak ledwie kilka procent zostanie naukowcami.

Drugą grupą pod względem liczebności wśród doktorantów są ci, którzy muszą zdobyć ten stopień naukowy, bo inaczej instytucja, w której pracują, wywali ich z roboty. To z reguły krewni i znajomi uczelnianych królików, którzy dzięki układom zaczepili się na etacie akademickim. Jedyna ich aktywność naukowa sprowadza się do publikowania kilka razy tej samej pracy pod różnymi tytułami. Kaskę będą zarabiać, prowadząc zajęcia ze studentami albo pierdząc w stołek jakiegoś dyrektora biblioteki czy instytutu.

Co drugi doktorant łapie się dziś na stypendium. Co miesiąc do jego kieszeni wpłynie jakieś 1500 zł. Rocznie idzie na to jakieś 300 mln zł z budżetu. Pieniądz wydawany na doktoryzowanie ludzi, którzy w większości doktorami nie zostaną.

Inaczej, czyli tak samo

Klapa programu kierunków zamawianych i statystyka dyletanctwa doktorskiego spowodowała, że wraz z nastaniem na ministerialnym stołku Leny Kolarskiej-Bobińskiej wykoncypowano coś o nazwie Program Rozwoju Kompetencji.

– Zmieniliśmy charakter, koncepcję, ale i nazwę programu kierunków zamawianych. W nowym programie chcemy położyć nacisk na kompetencje. Ma on przede wszystkim zwiększyć szanse absolwentów na rynku pracy i ograniczyć bezrobocie – opowiadała minister, zapominając widocznie, że dokładnie takie same cele przyświecały kierunkom zamawianym.

– To krok w kierunku otwartej nauki, która będzie kształciła kreatywnego, otwartego, myślącego obywatela – podkreśliła nie bez racji, bo dzisiejszy absolwent kojarzy się z nieco starszym gimbusem.

Litwo, ojczyzno moja…

Na Program Rozwoju Kompetencji, obliczony do 2020 r., pójdzie 1,2 mld zł. Nacisk zostanie teraz położony na kształcenie praktyczne, staże i praktyki. Szmal tym razem ma płynąć na zajęcia w ostatnich semestrach. A wszystko po to, aby „studenci mogli uzyskiwać nie tylko konkretną wiedzę potrzebną do wykonywania danego zawodu, ale też kompetencje interpersonalne”. Wśród tych ostatnich najistotniejsze dla Ministerstwa są „umiejętności współpracy w grupie, budowania zespołu, rozwiązywania konfliktów, technik negocjacyjnych oraz sprawnego posługiwania się językiem polskim i formułowania własnych opinii”.

Jeśli program się powiedzie, to już za kilka lat, po wydaniu kolejnych milionów złotych, będziemy pierwsi w światowym rankingu absolwentów najsprawniej posługujących się językiem polskim.

Z dyplomem po zasiłek

Nastąpi także masowa produkcja doktorów.

Forsowany przez ministerstwo model kształcenia zakłada trójetapowość studiów. Ma być jak na Zachodzie. Dużo ludzi z tytułami, za którymi nic nie idzie. W obliczu niżu demograficznego uczelnie są wniebowzięte. Będą miały studenta nie przez 5, ale przez 9 lat.

Promotor za wyświęconego doktora dostanie 4 tys. zł. Para recenzentów po prawie dwójce. Szmal, który przychodzi do uczelni z ministerstwa za narodziny nowego doktora, to 13 tys. zł. Czyli uczelnia bierze za obronę ciepłą rączką piątkę. Jak niż demograficzny przyciśnie finanse, to doktorzy zaczną płynąć na rynek pracy wartkim strumieniem. Każdy magister w momencie pisania podania o ten rodzaj kształcenia tytuł doktora będzie miał zaklepany.

No i przy okazji z budżetu na studia doktoranckie wycieknie w ciągu tych samych sześciu lat o połowę więcej szmalu niż na podniesienie kompetencji magistrów. Ale czego innego można się spodziewać po resorcie, którego głównym zadaniem jest nie produkcja przyszłych noblistów, ale podkręcanie nikomu do niczego niepotrzebnej statystyki wykazującej, że polski bezrobotny jest najlepiej wykształconym bezrobotnym na świecie.

Wasze komentarze 6 komentarzy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

  • Należy podkreślić, że doktorant, który doktorem nie zostanie, musi ZWRÓCIĆ pobrane w czasie studiów stypendium.

    • Kiedyś może tak było, że trzeba zwracać stypendia. Co udało ci się wyciągnąć z uczelni to twoje.

    • Nie musi. Uczelnie rzadko żądają takiego zwrotu bowiem doktorant w ramach stypendium prowadził zajęcia wiec pracował

  • Mój ojciec mawiał, ucz się synku ucz, obyś własnymi rękoma umiał coś zrobić.

  • „Produkcja” mechaników dla Niemców nie jest taka zła. W razie rozwoju przemysłu motoryzacyjnego w Polsce będziemy mieli gotowych inżynierów z praktyką. Z pozostałymi poglądami zgadzam się w pełni. Problem nie zaczyna się jednak na studiach. Problem to szkolnictwo podstawowe i średnie. W tych szkołach uczeń nie nabywa umiejętności posługiwania się logiką, lecz uczy się rozwiązywać sprawnie testy. Samodzielne myślenie staje się rzadką umiejętnością. Jeśli do tego dodamy wysoce okrojony program, to plony już zbieramy.