Motto tygodnia: Hop, siup, po kanapie! Berczyńskiego nikt nie złapie!

Dilerzy złudzeń

numer 7/2017

PiS potrzebowało tylko roku, aby zakochać się w suplementach diety.

Od lat każdy z nas jest na każdym kroku walony reklamami cudownych środków na porost ciemnych włosów, zakwaszenie albo impotencję, że o wątrobie nie wspomnę.

Od lat medycy walczą o zakaz wciskania ludziom miksturowej ciemnoty.

Od lat posłowie PiS odgrażają się, że w sferę dystrybucji parafarmaceutyków powinno wkroczyć państwo i skończyć z oszukiwaniem milionów Polaków.

Od ostatnich wyborów Ministerstwo Zdrowia i sejmowe komisje debatują nad ucywilizowaniem niespotykanego w cywilizowanym świecie manipulowania ludźmi.

I co? Poza tym, że Najwyższa Izba Kontroli z własnej nieprzymuszonej woli zrobiła to, co należy do sanepidu – zupełnie nic.

To, co wyszło NIK, nie jest dla nikogo myślącego zaskoczeniem. Może poza skalą zjawiska. Polskie prawo pozwala rozpocząć sprzedaż suplementu diety w momencie wysłania powiadomienia o tym fakcie do Głównego Inspektoratu Sanitarnego. W GIS sprawdzaniem, czy zgłoszone coś jest cacy, czy trutką, zajmuje się 7 osób. Przeciętny czas, który mija od zgłoszenia do przebadania substancji, waha się od roku do trzech lat. I dlatego ze zgłoszonych w GIS 30 tys. specyfików zweryfikowanych jest ledwie co trzeci. Gdyby dodać do tego taki drobiazg jak fakt, że pod jedną nazwą handlową dany produkt funkcjonuje 1,5–2 lata, to nawet gdyby okazało się, że jest mieszanką strychniny z cyjankiem potasu w momencie stwierdzenia tego przez inspektorów, leku pod tą nazwą już dawno na rynku nie ma. Co nie znaczy, że w aptekach nie występuje. Bo na pewno jest na półkach, tyle że nazywa się zupełnie inaczej, a powiadomienie o jego pojawieniu się leży grzecznie w GIS-owskiej kolejce do weryfikacji.

NIK to obczaiło i stwierdziło, że „rynek suplementów diety wymaga pilnej poprawy regulacji dotyczących tych produktów. Polscy konsumenci spożywają coraz więcej suplementów diety, traktując je nierzadko jako panaceum na różne dolegliwości. Nie wiadomo jednak dokładnie, co spożywamy, gdyż wprowadzanie do obrotu i sprzedaż są praktycznie poza skuteczną kontrolą. Badania laboratoryjne suplementów diety zlecone przez NIK wykazały, że wiele suplementów nie wykazuje cech deklarowanych przez producentów, a zdarzają się też po prostu szkodliwe dla zdrowia”.

Najsmutniejsze jest to, że aż 41 procent rodaków przypisuje suplementom diety właściwości lecznicze. Właściwości, których te produkty nie mają. Z badań wynika też, że jesteśmy idiotami sądzącymi, że istnieje tu jakieś państwo. Po prostu połowa z nas uważa, że suplementy są tak samo kontrolowane jak leki. Nie są.

Całość na łamach

Wasze komentarze (1)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

  • „Najsmutniejsze jest to, że aż 41 procent rodaków przypisuje suplementom diety właściwości lecznicze”. Polak zawsze wierzyl w cuda i nne chuje muje. W wierzeniu jest wyjatkowo zahartowany