Motto tygodnia: Wpadki, pomyłki i byki – Duda poleciał do Ameryki.

GOŚKA DANISZEWSKA podczas upałów ostrzygła swego włochatego kota, znanego antysemitę Adolfa. Teraz wygląda jak gdyby miał chorobę skóry. AGNIESZKA WOŁK-ŁANIEWSKA brzydzi się go pogłaskać.

 

 

Daniszewska: – Widzisz, Wołku, jak nie wolno wierzyć telewizji. Tam pokazywano pięknie ostrzyżone psy i koty. No i okazało się, że coś trzeba umieć, aby strzyc koty.

Wołk-Łaniewska: – Wielki boże nieistniejący, ty sama tego kota strzygłaś?!

 

– No jasne.

– To wiele wyjaśnia. Miałaś deprę?

 

– Jak mam deprę, to strzygę siebie. Kota strzygłam z troski w kwestii upału.

– Może jest w tym jakaś poetycka sprawiedliwość. Adolf też kazał strzyc swoich więźniów…

– Jakich więźniów, moje koty są wolnymi ludźmi, chodzą gdzie chcą. Tyle słowa bożego o kotach. Opowiem ci piękną historyjkę, która przytrafiła się moim znajomym. Ich synek zapragnął mieć pieska.

– Do schroniska było go oddać.

– Pieska?

– Nie, bachora. Tam miałby dużo piesków i wybiłby sobie z głowy głupoty.

– No więc moje myślenie też zmierzało w tym kierunku, choć z przeciwnym wektorem. Znaczy żeby poszli z dzieckiem do schroniska i wzięli sobie takiego Iwana. Ale oni zaczęli poszukiwania yorka. Chcieli, żeby był rasowy…

– Naturalnie.

– Naturalnie. I malutki. Znaleźli takiego na Słowacji. Pojechali i wybecelowali kasę. Szczęśliwi wracali do domu. Zatrzymali się na chwilę, żeby malucha wysikać. W ułamku sekundy jakieś drapieżne ptaszysko chwyciło go w szpony i odleciało w siną dal.

– Jaja se robisz?

– Absolutnie nie.

– Toż to nie był żaden ptak, to duch święty epoki papieża Franciszka osobiście ukarał ich za snobizm i zamiłowanie do zbytku.

– Poczekaj, to nie koniec. Zawrócili na Słowację i kupili następnego, żeby dziecku nie było przykro. Szczęśliwe dotarli do domu, ale po drodze zrobili zakupy. Piesek biegał po mieszkaniu, a oni wyładowywali towar ze sklepu. W ułamku sekundy ze stołu spadła wielka głowa kapusty. Nie muszę ci dodawać, że spadła prosto na pieska. W ten sposób stracili dwa yorki jednego dnia.

– Nie, to zbyt piękne, żeby było prawdziwe.

– Ty podła jesteś jednak, wiesz? A ludzie siedzą i płaczą. Myślę, że jak skończą, to powinni zmienić rasę, bo do yorków nie mają ręki.

– Czy na dowód mojej podłości mogę ci opowiedzieć absolutnie niestosowną w tym kontekście dykteryjkę o Stalinie? Tak mi się skojarzyła z yorkami.

– Ależ proszę.

– Otóż pod koniec 1936 r. NKWD już całkiem oszalał i z braku nowych wiarygodnych źródeł szpiegostwa zaczął wykrywać spiski w miejscach całkiem niemożebnych. Np. masowo aresztowano astronomów. W Leningradzie wszystkich, w tym Nikołaja Kozyriewa, który w Turuchańskim Kraju nieopatrznie zwierzył się innemu intelektualiście, że nie podziela opinii Marksa, że Newton to „induktywny osioł”. Intelektualista doniósł, Kozyriewa skazano na rozstrzelanie, ale kolejka była długa i zanim do niego doszło, Moskwa złagodziła wyrok, dzięki czemu mógł potem zostać światowej sławy uczonym i opracować własną teorię czasu, która mówi, że czas ma kierunek i energię. Udowodnił to za pomocą tzw. zwierciadeł Kozyriewa, które – zgodnie z jego teorią – zmieniały gęstość czasu, toteż przebywający w nich ludzie przenosili się w przeszłość i przyszłość…

– Nic nie rozumiem. A już najbardziej, tego jaki ma to związek z yorkami.

– A nie, bo to dygresja była. Już opowiadam. Otóż w tym samym mniej więcej czasie Stalin już kompletnie przestawił się na wampirzy rytm życia, pracował i urzędował tylko w nocy, a wraz z nim wszystkie instytucje państwowe. A w tzw. najbliższej daczy, gdzie Koba spędzał większość czasu, siadywali z nim inni towarzysze, którzy umilali sobie wieczory we właściwy dla naszych słowiańskich nacji sposób. I pewnej nocy Mołotow z Kaganowiczem pokłócili się o to, czy ta jasna gwiazda to Orion, czy Kasjopeja. Stalin kazał zadzwonić do planetarium i zapytać, ale dyrektor planetarium na nocnym dyżurze nie był astronomem, tylko oficerem NKWD, bo dyrektora-astronoma dawno aresztowano. Pchnął więc patrol po jednego niearesztowanego jeszcze astronoma, ale był on przyjacielem takiego, którego świeżo aresztowano, nie spał więc po nocach i czekał, aż po niego przyjdą. Gdy usłyszał pisk opon i tupot butów na schodach, to dostał zawału i umarł. Patrol ruszył więc pod następny adres, ale tam też mieszkał przyjaciel tego aresztowanego, który uznał, że lepiej uniknąć tortur i gdy usłyszał łomotanie do drzwi, wyskoczył przez okno z V piętra. „Dopiero o piątej rano, straciwszy po drodze jeszcze jednego astronoma, dyrektor ustalił nazwę gwiazdy” – pisze mój ulubiony Radziński – ale gdy zadzwonił do najbliższej daczy, to się okazało, ze wszyscy śpią…

Wasze komentarze (1)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.