Motto tygodnia: Rozumie to już każdy muł – afera w KNF-ie pociągnie PiS w dół.

GOŚKA DANISZEWSKA biega boso po śniegu i twierdzi, że jej to robi znakomicie. Może to taka forma mycia nóg? AGNIESZKA WOŁK-ŁANIEWSKA wreszcie nosi swoje futro. Dodajmy: futro lewaczki.

 

Daniszewska: – Wiesz co, Wołku, zawsze miałem serdeczne stosunki z kurwami.

Wołk-Łaniewska: – O, widzę, że 07 ostatnio oglądałaś.

– Nie, dlaczego?

– Bo to stamtąd pochodzi twój ciąg skojarzeniowy. „Też jakaś kurew, bo we futrze była”. A ja lubię moje futra. I chuj.

– Chuj też lubisz, wiem. Wracając do kurew: najbardziej byłam zaprzyjaźniona z ekipą w „Adrii” i zielonym barku w „Victorii”. W „Adrii” królowała Kryśka. Kobieta w wieku podeszłym, tęga i nienachalnej urody. Myślę, że nie uprawiała już fachu, a była kimś w rodzaju burdelmamy.

– Ten twój ejdżyzm jest nie do zniesienia. A może są mężczyźni, którzy przedkładają doświadczenie nad powierzchowność? Że już nie wspomnę o szlachetnej parafilii zwanej gerontofilią.

– Taaaa, na ten temat rzeczywiście masz dużo do powiedzenia. Ale w tej akurat sprawie się mylisz. Kryśka pełniła w „Adrii” funkcje kierownicze. Dziewczyny jej słuchały i wykonywały polecenia. Kryśka kochała mnie jak własną córkę. Ponieważ mieszkała pod Warszawą, więc po dancingu zapraszałam ją na nocleg. Pierwsze, co robiła po przebudzeniu, to cicho jak myszka sprzątała całe mieszkanie. Wyglądało to cudownie, bo wieczorowe stroje układała na krześle, a zasuwała po domu w majtkach i staniku. Mieszkanie po jej wizytach lśniło.

– Też bym się zaprzyjaźniła.

– Ale tobą kierowałoby wyrachowanie, a ja się zaprzyjaźniłam ze szczerego serca. I los mnie hojnie wynagrodził. Jednej nocy wyszłyśmy z „Adrii” i nie było taksówek. Kryśka machnęła na radiowóz. To były czasy, gdy jeździło się wszystkim. Głównie polewaczkami, ale trafiało się też pogotowie… Panowie milicjanci grzecznie podjechali. – Na Ursynów – zarządziła Kryśka. Panowie zerkali na mnie ciekawie. – To nie jest kurwa – z dumą wyjaśniła Kryśka. – To dziennikarka. Panowie władza ani trochę się nie speszyli.

– Bo wtedy bycie dziennikarzem nie było aż tak kompromitujące jak dzisiaj, wbrew temu, w co wierzą dzieci ipeenu. Ja niestety zaczęłam pracę w nowym ustroju, zawsze się więc bardzo cieszyłam, jak ktoś mnie brał za kurwę. Miałam kiedyś niedzielny dyżur w „Trybunie”, tej starej, jeszcze przy Miedzianej. Wyszłam do sklepu kupić sobie coś do picia, lato było jak cholera, miałam jakąś cienką sukienkę bez stanika i w ogóle wyglądałam dość swobodnie. Zatrzymał się przy mnie wytworny mężczyzna w bardzo dużym mercedesie i elegancko zapytał, czy jest Mariola. Z początku zgłupiałam, bo jako żywo w redakcji nie było żadnej Marioli. Była jedna Violetta, zatem mieliśmy 50 procent stanu.

– Jakiego stanu?

– Imiennego, zgodnie z kultowym filmem „Zabij mnie glino”, gdzie Linda zaczepia w „Novotelu” kurwę, którą gra Chodakowska, i zagaja grzecznie: – Marioli szukam. A kurwa na to: – Proszę pana, co druga tutaj to Mariola. Reszta dziewcząt ma na imię Violetta. Ja na przykład jestem Violetta. Otóż Violetta w redakcji była, choć – o ile dobrze pamiętam – absurdalnie cnotliwa. W każdym razie nie byłam w stanie udzielić gentlemanowi kompetentnej odpowiedzi, ale z entuzjazmem potwierdziłam, że Mariola jest i czeka, żeby się chłopak nie zniechęcił. I jeszcze kiedyś miała mnie za kurwę cała kamienica, w której wynajmowałam mieszkanie, akurat naprzeciwko domu Jarosława Kaczyńskiego. Dowiedziałam się o tym od sąsiadki, która przychodziła pożyczyć dychę na michę. Zawsze oddawała.

Wasze komentarze 2 komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

  • Fajnie o tych kurwach. Ja w Kongresowej Amerykanina udawałem, bo Polakom nie chciały dawać nawet za $20. Ale był problem, bo poznawały po butach. W Pewexie butów męskich nie sprzedawali.

  • A nie byłoby lepiej nazwać tę rubrykę „Dupy dam w drodze do koscioła”?