Motto tygodnia: Wpadki, pomyłki i byki – Duda poleciał do Ameryki.

GOŚKA DANISZEWSKA zbiera szyszki, podsypuje nimi rośliny. Pełnią taką funkcję jak kora. Tylko kora jest brzydka, banalna i można ją kupić. A po każdą szyszkę trzeba się schylić. AGNIESZKA WOŁK-ŁANIEWSKA przygląda jej się z niezdrową fascynacją. Koncept hobbystycznego grzebania w ziemi wydaje jej się równie pociągający jak długi weekend spędzony na leczeniu kanałowym.

 

 

Wołk-Łaniewska: – Weekend będzie bardzo długi, bo meczu jest…

Daniszewska: – Jakim meczu?

– Tak dokładnie to nie wiem, wiem, że ważny jakiś. Ja w tej sprawie jak Holoubek z Himilsbachem w sali telewizyjnej w Halamie w Zakopanem. Himilsbach: – Inteligencja wypierdalać, meczu jest. Holoubek: – Nie wiem jak państwo, ale ja wypierdalam. Ja też wypierdalam. Wiem tylko, że meczu będzie we Francji, bo oglądam TVPiS Info, a tam się bardzo oburzają, że „francuskie związki zawodowe zamierzają kontynuować strajk i utrudniać życie kibicom”. Nawiasem mówiąc, nie wiem, czy prezes wie, że jego teleorgan przedkłada haratanie w gałę nad słuszną walkę ludzi pracy z socjalistycznym reżimem. Toż to druga „Solidarność” w tej Francji się dzieje, a tu telewizja pispubliczna się kibolami zajmuje. Wstyd.

– To ja zacznę o cipie.

– Pokonałaś mnie.

– Jak zwykle. Miałam przeżycie. W Konstancinie wybudowano wypasioną prywatną przychodnię. Zapisałam się do ginekologa na usg. To bardzo przyjemne badanie i zapewne często je wykonujesz. Nie ziewaj, będzie ciekawiej. Wczoraj z karteczką dotarłam pięć minut przed terminem. Dwie słodkie sikoreczki w recepcji poinformowały mnie, że doktor już wybył, ale mogę udać się jego śladem do Piaseczna…

– Kto cię przywitał?

– Powiedziałam „sikoreczki”, bo nie chcę używać wulgarnych słów. Ponieważ nie wykazałam zainteresowania wycieczką…

– A jak byłaś łaskawa to wyrazić?

– Niech ci będzie, rozdarłam mordę. Wtedy zaczęły mnie pouczać i strofować. Nawet próbowały przeprosić. Przy tym wymownie patrzyły na moją podartą koszulę i siwy łeb. Widziałam, jak pracują ich móżdżki: „Czego się, starucho, pieklisz? Nawet nie stać cię na fryzjera, żeby sobie włosy ufarbować”. Ja: – Proszę zadzwonić do lekarza, żeby wracał. – Ale to nasz szef! – Gówno mnie to obchodzi! – Proszę używać kulturalnego języka! Gdy przeszła mi złość, zadzwoniłam do Piaseczna i zapisałam się do doktora. Po drodze w „Sklepie na rogu”, tym od kaszanki i „NIE” z autografem Urbana, dowiedziałam się, że doktor jest znany, a jego mamusia była ordynatorem ginekologii na Szaserów.

– Też se wybrali rodzinną specjalność. I co, zabiłaś go?

– Nie, bo okazał się bardzo miły. Tylko te jego sikoreczki… W naszym społeczeństwie jest jakiś rodzaj pogardy dla nieudaczników, czyli biedy.

– W społeczeństwie jak w społeczeństwie. Wśród bogatych i ich obsługi na pewno.

– Szczególnie czuje się to w takich miejscach jak Konstancin, gdzie milioner na milionerze, lifting na liftingu i obok tego bieda w blokach i komunałkach. Wszystkie panie do gospoś mówią po imieniu i od rana zamazują kaca mocnym makijażem.

Wasze komentarze (1)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

  • Zaraz tam pogarda dla biedoty – toż to bzdury. Biedota może oddychać, tylko niech sobie siedzi w tych swoich socjalkach, może nawet się schlać, byle nie wchodziła w zasięg wzroku i nie próbowała podskakiwać.