Motto tygodnia: Wpadki, pomyłki i byki – Duda poleciał do Ameryki.

GOŚKA DANISZEWSKA obmyśla wystawę młodego malarstwa ze swojej kolekcji. Powiesi te obrazy w ulubionej knajpie. Dzięki temu będzie się tam jeszcze lepiej czuła. AGNIESZKA WOŁK-ŁANIEWSKA hucznie obeszła urodziny i wraca do żywych. Daniszewska ją pogania, bo kobita ledwo lezie, a suma tuż tuż.

Daniszewska: – Coś ty taka obolała?

Wołk-Łaniewska: – Bo byłam na strzelnicy.

– Boże nieistniejący, a kto cię tam wpuścił?

– Też się zastanawiam. Mój drogi mężczyzna mnie zabrał w charakterze prezentu urodzinowego. Ale rzeczywiście, dać babie broń do ręki po tygodniu chlania… W każdym razie nawet udało mi się trafić w tarczę kilka razy, ale mam teraz potworne zakwasy w rękach. W życiu mi nie przyszło do głowy, że strzelanie z broni krótkiej to taki wysiłkowy sport. À propos strzelania: w ramach kaca obejrzałam z pewnym opóźnieniem film pt. „Snajper”. Clint Eastwood nakręcił film hagiograficzny o jednym kolesiu z Navy Seals, którego Amerykanie nazywają „najlepszym snajperem świata”, co w zasadzie oznacza tylko tyle, że był najlepszy w Ameryce. Oficjalnie Chris Kyle zabił 160 osób, ale sam przyznawał się do 255.

– To chyba dużo, nie?

– Relatywnie. Simo Häyhä, fiński snajper z wojny radziecko-fińskiej 1939-40, zabił 542 radzieckich towarzyszy, nie używając celownika optycznego. Wasilij Zajcew, który odbył legendarny pojedynek snajperski w czasie bitwy o Stalingrad, oficjalnie zaliczył 242 trupy, a nieoficjalnie ok. 400. Nawet radziecka kobita Ludmiła Pawliczenko, bije Kyle’a na głowę z 257 potwierdzonymi trafieniami. Co generalnie jest dość absurdalną statystyką – kłócenie się, kto zabił więcej ludzi z bezpiecznej odległości budzi moje poważne wątpliwości. Ale jeśli już mamy o tym dyskutować, to jednak jest pewna różnica między żołnierzami, którzy bronili swojej – za przeproszeniem – ojczyzny przed najeźdźcą, a tymi, którzy przejechali pół świata, żeby w ramach sił okupacyjnych mordować obywateli kraju, który w żaden sposób nie okazał im agresji ani też im nie zagrażał.

– Ty znowu o Ameryce… A ja ci chciałam o przyjaźni opowiedzieć.

– Polsko-amerykańskiej?

– Nie, głupia, ludzko-ludzkiej. Odnajdują mnie ostatnio osoby, które mnie porzuciły. Pierwsza była Sławka, która zapragnęła spędzić ostatni rok życia ze mną przy boku. Potem Małgosia, która porzuciła mnie 10 lat temu. A była moją wielką miłością. Zadzwoniła i powiedziała, że śnię jej się po nocach. No i rzuciłyśmy się sobie w ramiona. To ona powiedziała, że cudownie jest być starą, bo można robić wszystko, co się chce. Nie martw się więc, Wołku, że były to twoje kolejne urodziny przybliżające cię do tego błogiego stanu.

– Czy wyglądam jakbym się martwiła?

– Nie, ty generalnie niefrasobliwa jesteś. Odezwała się po wielu latach dziewczyna, którą bardzo lubiłam. Pracowałyśmy razem w „Art & Bussines”. Śliczna, zdolna, mądra. Trochę pod koniec nasze drogi się rozeszły. Wiedziałam, że prowadzi galerię gdzieś w Europie. No i odezwała się. Bo po latach okazało się, że tęskni i o mnie myśli.

– A co myślała i ile cię to będzie kosztować?

– No co ty? To był zupełnie bezinteresowny telefon. Zaprosiłam ją, żebyśmy się spotkały, gdy będzie w Warszawie. Opowiedziała mi, że kiedyś attaché kulturalny naszej ambasady zawiadomił ją, że odwiedzi galerię polski minister kultury, bo akurat przebywa w tym kraju. Dziewczyny się umyły, ubrały i czekają. I czekają. Pod wieczór zadzwonił ten radca, że przeprasza, ale ministra z żoną zatrzymały pilne sprawy w innej galerii. – A jakaż to galeria – zainteresowała się koleżanka. Radca wziął głęboki oddech i wyznał: – Galeria Lafayette. Można zrozumieć, że żona chciała zrobić zakupy. Nazwiska nie chciała mi podać, bo twierdzi, że facet był dobrym ministrem i ma wielkie zasługi dla polskiej sztuki.

– Podkański?

– Jaki Podkański?

– No, ten minister kultury z PSL, który kazał się umówić z nieżyjącym już wówczas od kilku lat Czapskim. Obecnie w PiS.

Wasze komentarze (0)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.