Motto tygodnia: Rozumie to już każdy muł – afera w KNF-ie pociągnie PiS w dół.

AGNIESZKA WOŁK-ŁANIEWSKA nie poznaje GOŚKI DANISZEWSKIEJ. Ta raz wyje ze śmiechu, a po chwili łapie się za głowę. Wygląda jak gdyby się dla odmiany naćpała.

Daniszewska: – Skoro już jesteśmy przy kabotynach: w zeszłym tygodniu premierzyca wyrzuciła swoją rzeczniczkę i głównego doradcę. Ja wiem, że tobie to wisi, bo obecnie się ślinisz do starych Francuzów…
Wołk-Łaniewska: – Już się wycieram i słucham cię z najwyższą uwagą.

– To dobrze, bo to właśnie od tego nieco mnie pojebało. Wołku najcudowniejszy, najmądrzejszy, zostań proszę moim pierwszym doradcą.
– Za ile?

– No co ty? Oczywiście, że za darmo. Za pieniądze to ja sama sobie doradzam. A teraz usiądź wygodnie. Przestań łazić jak gdybyś miała chorobę niespokojnych nóg. Pamiętasz, wspominałam ci kiedyś, że wdałam się w kampanię wyborczą Marka Borowskiego. Stworzyliśmy fajną, bystrą grupę i spotykaliśmy się prawie codziennie, przerzucając się pomysłami. Marek dostał ksywę Pacjent. W grupie uczestniczyła też Halina, jego bystra i dowcipna żona. Pracowało się cudnie, ale od czasu do czasu zjawiał się chłopak, chyba asystent Borowskiego. Pomysłów u niego było niewiele, pisać nie umiał, ale za to nie potrafił powiedzieć jednego prostego zdania. Konstruował zawijasy z dygresjami, głupkowate monologi przetykał powiedzonkiem „misiu kolorowy”, taką więc ksywę dostał. „Miś Kolorowy” zanudzał nas, ale „Borówa” widział jego przydatność w grupie. No co ci będę mówiła, był to najsłabszy punkt wspaniałej ekipy. Nie chwaląc się, Marek zajął wtedy pierwsze miejsce w Warszawie, a ja zemdlałam, gdy kończyły się prace ekipy.
– Z żalu?

– Nie, z przemęczenia. Nawet czasami zastanawiałam się, jak Marek Borowski, mózg matematyczny i precyzyjny, znosi te wygibasy słowne „Misia Kolorowego”. Ale znosił i ciągnął go ze sobą wszędzie. Chyba nawet zrobił go szefem biura poselskiego. Potem nasze drogi z „Misiem” się rozeszły, aż zadzwonił do mnie 1,5 roku temu. Poprosił o spotkanie. Ponarzekał na Borowskiego, że już go spuścił, opowiedział o swoim trudnym życiu bez pieniędzy, za to z kilkorgiem dzieci, i poprosił o przysługę. Wtedy w mieście pojawiła się wiadomość, że Andrzej Rozenek będzie startował na prezydenta Warszawy. „Miś Kolorowy” chciałby zostać szefem jego kampanii. „Po cholerę Rozenkowi »Miś«?” – pomyślałam. Do tego kolorowy.
– Ale, niech zgadnę, nie zwerbalizowałaś tej myśli?

– Skąd, kłamliwie obiecałam wypełnić misję. Do „Roziego” nawet nie zadzwoniłam, wychodząc z założenia, że pięć razy bystrzejszy i twórczy „Rozi” mógłby mnie uznać za idiotkę. Obudź się, Wołku! Jednego dnia włączyłam telewizor i dowiedziałam się, że „Miś Kolorowy”, czyli Adam Piechowicz, złożył dymisję z głównego doradcy Ewy Kopacz. Obudziłam się w innym świecie. Wreszcie zrozumiałam wszystkie idiotyzmy, które ta biedna kobiecina popełniała. Zrozumiałam jej przemówienia, z których kpiła cała Polska. Zrozumiałam jej kretyńską sesję w „Vivie!” i wszystkie inne jej potknięcia.
– E tam, w sprawie „Vivy!” się nie zgadzam. Uważam, że pani premier sama zdecydowała się na sesję, bo chciała mieć ładne zdjęcia. Ona jest bardzo samodzielna, a przy tym bardzo kobieca…

– Coś mi się zdaje, że nie mówisz tego w charakterze komplementu.
– Za upadłego porządku społecznego moja mamusia robiła wywiad ze sławną żoną jakiegoś komunistycznego dygnitarza, już nie pamiętam, o kogo chodziło. I potem przyszła do redakcji bardzo przejęta i snuła pełne zachwytu opowieści o tym, jak ta dama jest niezwykle kobieca. Opowieści musiały się rozejść szeroką falą, bo po godzinie wpadł naczelny z pianą na pysku i wrzasnął: „Ty przestań wszystkim opowiadać, że to jest idiotka!”.

Wasze komentarze (0)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.