Motto tygodnia: Rozumie to już każdy muł – afera w KNF-ie pociągnie PiS w dół.

AGNIESZKA WOŁK-ŁANIEWSKA zakutana w swoje nieekologiczne futro z jakiegoś zwierzęcia. GOŚKA DANISZEWSKA w puchówce i sandałach. Pod sandałami ma ciepłe skarpetki, a gdy spadnie śnieg, włoży na nie worki plastikowe. Ona jest pierdolnięta na punkcie ekologii. Na szczęście nie wierzy w ekożywność. Uważa, że to wszystko ściema. Pali trzydzieści fajek dziennie i wali łychę co wieczór.

Wołk-Łaniewska: – A to ty jak Siergiej Wiktorowicz…

Daniszewska: – A tobie się wszystko z Ruskimi kojarzy?

– No a z czym ma mi się kojarzyć, jak już nie z dupą? Przeczytałam ostatnio, że mój najpiękniejszy minister Ławrow jest nałogowym palaczem i dzielnie walczył przeciw zakazowi palenia w budynku ONZ wydanym przez Kofiego Annana w 2003 r. Siergiej Wiktorowicz oświadczył, że Annan nie jest właścicielem budynku, tylko wynajętym urzędnikiem, zażądał głosowania na forum organizacji i wygrał – i przez 6 następnych lat w ONZ można było palić. A jak już antytytoniowi totalitaryści wprowadzili ostatecznie zakaz przez głosowanie w 2009 r. to i tak przez pierwsze tygodnie wytworzyła się specyficzna etykieta, która polegała na tym, że palący dyplomaci organizowali sobie prowizoryczne popielniczki i obsługa ich nie ruszała w obawie przed dalszym podniesieniem napięcia w stosunkach międzynarodowych, toteż stały na stolikach, aż jakiś niepalący dyplomata, zasiadający przy danym stoliku, się wkurwił i pety wyrzucił.

– Nie wiem, czy nikt ci nie powiedział, ale w obecnej sytuacji międzynarodowej zachwycanie się sukcesami rosyjskiej dyplomacji nie jest najlepszym pomysłem. Taktownie więc zmienię temat: dawno nie gadałyśmy o reklamach. Mam taką jedną, która obejrzałam dwa razy, więc zrozumiałam. Laska młodsza od ciebie…

– To nie sztuka.

– No, nie. No więc ta laska siedzi naprzeciwko urzędnika. Zapewne bankowego. – To naprawdę będę dostawała pięć tysięcy co miesiąc? – Tak – odpowiada gościu. Przez sto lat albo piętnaście – nie pamiętam ile – odpowiada facet. Laska się cieszy, że nie będzie musiała pracować. A on surowym głosem poucza ją, że będzie miała wiele zajęć: wyjazdy do spa, manikiur, pedikiur, zakupy, srupy, strupy, no i zapewne dawanie dupy. Tak to mniej więcej brzmi, choć może nie dosłownie. Przyjechałam do Warszawy w 1969 r. na studia. Już na drugim roku repetowałam. Miałam wynajęte mieszkanie i dziadowską pensję. Ojciec dał mi propozycję: albo wracam do Białegostoku, albo zarabiam na siebie. Miałam jakieś kontakty, załapałam się więc do korekty w „Trybunie Ludu”. Noce w śmierdzącej drukarni, nad ranem butelka mleka ze złotym kapslem, czyli pełnotłustego z powodu ołowiu. Podczas zjazdu partii kanapka z szynką. Pracuję więc, Wołku, od późnych lat 60. Tak inteligentnych kobiet, jak wtedy w korekcie, nie spotkałam nigdy potem w takim stężeniu. Szybko wyrobiłam sobie pozycję, bo czytałam „ze zrozumieniem”. Bardzo bawi mnie to sformułowanie, bo innego czytania nigdy nie poznałam. Co ja pierdolę, jak starucha wspominając stare dobre lata…

Wasze komentarze (0)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.