Motto tygodnia: Wpadki, pomyłki i byki – Duda poleciał do Ameryki.

GOŚKA DANISZEWSKA załamała się. Tłumy ludzi siedzących na trawnikach przy Wisłostradzie i gapiących się na – pożal się, nieistniejący – polską spoconą armię. Rodzice ciągną dzieci. Pomyślała sobie, że lepiej, żeby pojechali nad wodę. Ale tam z kolei by się potopili. Niech więc lepiej siedzą w smrodzie spalin i huku silników. I przeżywają patriotyczny orgazm. „W narodowego święta dzień ja w łóżku swoim smacznie śpię, orkiestry dętej równy rytm obcy jest wszystkim zmysłom mym” – podśpiewywała pod nosem AGNIESZKA WOŁK-ŁANIEWSKA, jeżdżąc na nartach na Litwie. Niech pochwalone będzie imię Brassensa. I redaktora Gugały, jego znakomitego tłumacza.

 

Daniszewska: – Jakiego Gugały?

Wołk-Łaniewska: – Tego właśnie, polsatowego, uniesionego odpowiedzialnością za ojczyznę i naród. Za młodu, zanim się tak uniósł, grał i śpiewał w Zespole Reprezentacyjnym, a także tłumaczył na jego potrzeby całkiem niepatriotyczne lewackie teksty Brassensa. Bardzo się zmienił od tego czasu.

 

– Smutne dość.

– Tak myślicie, bo jesteście przeciwko obronności kraju.

 

– Jacy „wy”?

– No, wy, Daniszewska. Tak mawiał oficer od studium wojskowego na prawie na UW w latach 70., opowiadał mi znajomy adwokat. Myślę, że duch w narodzie nie ginie. Pół wieku minęło, a tu nadal wskazują palcem, kto jest wbrew obronności kraju.

 

– A wy to niby nie?

– A jakże, ja podwójnie, bo jeszcze twierdzę, że Rosja nas nie zaatakuje, czyli usypiam czujność narodową. Ale ja to już jestem dla sprawy narodowej całkiem stracona, a ty ciągle zachowujesz jakiś potencjał, przynajmniej na kierunku wschodnim…

 

– Wal się. Wracając do święta patriotyzmu: tuż po defiladzie PiS pojechało do Sandomierza. Oszalałam ze szczęścia, jak Krzywousty nawijał suwerenowi makaron na uszy. Tak się ucieszyłam, że zajmujemy wysokie miejsce w Unii Europejskiej.

– No. A to dzięki temu, że premier Mateusz sam negocjował wejście do UE. Mnie najbardziej uradowała odpowiedź Leszka Millera, który po raz pierwszy wystąpił nie jako mężczyzna stanowczo nasycony testosteronem, tylko jako nestor polityki: „Nic Pan nie negocjował. Proszę choć poczekać do czasu, kiedy umrę”… Mam w tym miejscu osobisty apel: Leszku! Nie umieraj!

 

– Taaaa. Ty zawsze miałaś słabość do tego wrednego uśmieszku.

– Gwoli ścisłości: nie zawsze. Ale teraz mam. Już takich nie robią. Popatrz tylko na obecnego premiera.

 

– Właśnie patrzyłam. Jak ten bajermistrz umie kłamać… Ruszyła kampania, zatem sprzedaż kitu idzie wspaniale. Trzecia godzina gratis. Towarzyszyły mu kobiety w kwiecie wieku i machały chorągiewkami. Zgadnij w jakim kolorze? Był on cudowny. Już nie wiem, czy wolę Dudę, czy jego. „Jeden dzielny ślusarz, a drugi murarz zuch. Nie wiem, co mam robić, podoba mi się dwóch…” – przypomniała mi się piosenka z dzieciństwa. Na ich tle Kaczyński wybladł.

– Jak to wybladł? „Skoro sierpień, to Prezes Jarosław Kaczyński na wędrówce po górach” – donosi na Twitterze minister spraw wewnętrznych, znany też jako Jojo Holidaj Tur, ilustrując to zdjęciem Jarosława w czapce z daszkiem na tle wypiętrzenia terenu. Co prawda są tacy nikczemnicy, którzy twierdzą, że to fotomontaż albo zdjęcie z zeszłego roku, a kolano prezesa wcale nie czuje się tak znakomicie, żeby trawersować flisz płaszczowiny magurskiej.

 

– Co?

 

Całość na łamach

Wasze komentarze 2 komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

  • Moi znajomi z UK, zbieracze militariów zresztą, po obejrzeniu naszej parady zagłady bardzo się wzruszyli i nastawili na handel. Pytają mnie co i rusz gdzie ten demobil można nabyć. Co do wrednego uśmieszku, to do końca życia będę wdzięczny Urbanowi Jerzemu za dopierdolenie temu wyznawcy komunistycznej wersji katolicyzmu. Nawet Kaczyński na tle tej tapety nie wygląda tak głupio jak Miller przy biskupie.

  • Mała dygresja: Byłem do LWP „przynależniony” 63-65. Pamiętam politruka Wojtuna. Zdarzyło się, że miałem okazję uczestniczyć w jego politycznym kaznodziejstwie. Kapitan Wojtun, jak go potrzeba naszła (a nachodziła niestety często) wyjmował chusteczkę, odwracał się do kąta i smarkał – po czym (uwaga!) z powrotem odwracał się do widowni, ostentacyjnie przez czas dłuższy oglądał zawartość chusteczki, następnie równie ceremonialnie i ostentacyjnie ja składał… Rzec by można swoista idiosynkrazja… Nie zrozumieliśmy do końca tego rytuału. Podejrzewano, że kiedyś wysmarkał coś cennego i miał nadzieję na replay. Ja jednak skłaniałem się ku teorii, że chciał nam pokazać, że jednak smarka w chusteczkę a nie w rękaw czy na podłogę. Podobnie, trafiłem na dwu panów w głogowskim RKU skąd przyszło wezwania bym się tam stawił (żona odebrała wezwanie gdy byłem gdzieś w Iraku, byłem kierowca PMPS PEKAES). Starsi panowie siedząc w pokoju czekali na wojnę. Chcieli mi odświeżyć wojskowy krok i na wsiakij słuczaj przypomnieć wojsko. A że nie byłem ciekaw nowinek, wyciągnąłem z torby flaszkę węgierskiego rumu „Portorico” (półtora litra 75 koni) i pietucha z rożna na zakusku. Po dwu kolejkach dali mi cały mój skoroszyt bym wziął na pamiątkę!