Motto tygodnia: Rozumie to już każdy muł – afera w KNF-ie pociągnie PiS w dół.

Idą ze spuszczonymi łbami. Tak samo, a jednak osobno. AGNIESZKA WOŁK-ŁANIEWSKA smutna, bo głodna i trzeźwa. Znowu na wczasach. GOŚKA DANISZEWSKA wygląda, jak gdyby pod nogami szukała ironicznego uśmiechu. Uśmiech zniknął, a zastąpiła go szara maska. Wołk-Łaniewska maski nie widzi, bo się pęta po morza brzegu, a Daniszewska po Konstancinie.

Daniszewska: – Á propos słów. Mój przyjaciel, wybitny literaturoznawca i polonista, zażądał ode mnie, bym użyła w rozmowie z tobą słów „pręgi” i „ancymonek”. No więc ancymonek tak dostał w dupę, że zostały pręgi. I nic mu to nie przeszkodziło. Wyrósł na porządnego pisowca i gorliwego katolika. Amen. Tyle przyjacielskiej daniny. I nie rób takiej zdziwionej miny, żeby było do rymu.

Wołk-Łaniewska: – „Ancymonek” i „pręgi”?! Czy twój przyjaciel mnie w jakiś sposób szczególny nie lubi? Oba te słowa są na szortliście kandydatów do tytułu najbrzydszego wyrazu polszczyzny. „Ancymonek” – nie dość, że archaicznie sztubacki, to jeszcze zdrobniały… Jest taka debilna reklama serialu „Californication”: koleś pełnym radosnego podniecenia głosem odczytuje „ancymon, ziółko, ananas” i ileś tam jeszcze określeń, które być może na początku zeszłego wieku sugerowały panienkom na wydaniu, że mają do czynienia z dziwkarzem, ale dziś są jedynie przejawem infantylnej minoderii. I do tego „pręgi”. Przecież to brzmi, jak gdyby ktoś puszczał gazy, grając na pile. Co ja mu zrobiłam, temu twojemu przyjacielowi?

– Nie ekscytuj się tak. Ja też nie wiem, na cholerę mu to potrzebne, ale przyjaźń wymaga ofiar. Zmieńmy temat: co sądzisz, Wołku, o pośle Niesiołowskim?

– Anastazja Potocka napisała o nim w książce, że jak przystało na etymologa przypominał żuczka, bo zawsze miał wyświecony garnitur. A ja, wyznam ci szczerze, nie mogę faceta znieść. Jest pewien rodzaj prymitywnego pałkarstwa, który nawet mnie przerasta. On każdego posunięcia kierownictwa partii broni z tą samą agresywną chucpą i nigdy nie ma wątpliwości. Już wolałam, jak z Markiem Jurkiem i Janem Łopuszańskim tworzył świętą trójcę świętej pamięci zetchaenu. Nawiasem mówiąc, był z nich najmniej mądry i najbardziej miałki, co tłumaczy, dlaczego jako jedyny zrobił taką karierę w polityce.

– A dwaj pozostali to orły wysokich lotów?

– Marek Jurek jest facetem z zasadami – choć oczywiście jego zasady mnie brzydzą, ale szanuję fakt, że je posiada. Poza tym wszyscy mówią, że był znakomitym, merytorycznym i kulturalnym przewodniczącym komisji spraw zagranicznych. A Łopuszański posługiwał się absolutnie znakomitą polszczyzną, a poza tym bywał szarmancki. Porównał mnie kiedyś do Matki Boskiej…

– Zawołał na twój widok „O Matko Boska!”?

– A wcale, że nie. Zaczepił mnie kiedyś w restauracji w Starym Domu Poselskim – to było tak jakoś w 1991 r., więc mogę opowiedzieć, przedawniło się – i zapytał z wdziękiem, czy byłam kiedyś w kościele na Kamionku. Na co ja wybąkałam, że w kościołach to ja raczej rzadko, na co Łopuszański, wcale niezgorszony, wyjaśnił, że tam jest obraz Matki Boskiej Zwycięskiej, wotum za cud nad Wisłą: „No, toczka w toczkę pani twarz, od razu sobie o pani pomyślałem”…

– Rwał cię na Matkę Boską?

– Nie wykluczam. Ale z wdziękiem. Za to Niesiołowskiego pamiętam, jak tłumaczył Kwaśniewskiemu, że oni, katolicy, jak grzeszą, to z ładnymi kobitami, bo jak jest grzech, to musi być chociaż przyjemność… A skąd ci się ten Niesiołowski nagle wziął? Wódkę z nim piłaś? W procesji szłaś?

– Skąd, nie znam go, ale tyle dobrego ostatnio o nim słyszałam, że aż dziw.

– Opowiadaj. I tak nie uwierzę.

 

Wasze komentarze (0)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.