Motto tygodnia: Suweren to czuje – Duda dla picu wetuje.

Autor
Marian Śrut

Ciotka na rozgrzanym dachu

numer 39/2017

Biegający po dachu, nagi homoseksualista mieści się w normie, policję więc wezwano ze zwłoką.

Janusz G. od lat mieszkał ze Stanisławem Z. w lokalu malowniczo położonym w łódzkiej kamienicy. Związek obu panów dowodził, że ks. prof. Dariusz Oko ma rację, twierdząc, iż monogamia gejów polega na tym, że mają jednego partnera głównego i wielu dodatkowych. Mnogość seksualnych partnerów występuje w przyrodzie często, także w przypadku osobników heteroseksualnych, ale aprobata zdrad to u heteryków stan wyjątkowy. Janusz i Stanisław liczne dokonywane przez siebie zdrady nie tylko akceptowali, ale wręcz ułatwiali konsumpcję obcych członków. Umowa była prosta: jeśli któryś sprowadzał do domu kochanka, partner nie ciskał talerzami i mięchem, tylko dyskretnie opuszczał pomieszczenie pracownicze, co wskazywało na wzajemne zrozumienie i cementowało związek silniej niż sakrament małżeństwa.

Tego wieczoru naszło Janusza. Najpierw pojechał do znajomych i napił się z nimi wódki. W trakcie biesiady była mowa o seksie, ale panowie zbyt dobrze się znali, aby perspektywa kopulacji działała podniecająco. Janusz pożegnał się, zawołał „ahoj, przygodo” i ruszył na łowy. Na dworcu PKP Łódź Fabryczna podszedł do samotnego mężczyzny, proponując gościnę, wypicie drinka i dalsze atrakcje. „Spierdalaj, cioto!” – odparł indagowany i Janusz pojął, że strzelił niecelnie. Podobne odzywki usłyszał jeszcze kilka razy, co świadczy o tym, iż na pociąg oczekują mężczyźni różnej orientacji. Dopiero około północy trafił w dziesiątkę. Krystian P. czekał na poranny skład do Skierniewic, gdzie miał podjąć perspektywiczną pracę w lunaparku i chętnie zgodził się, aby czas do odjazdu spędzić w towarzystwie Janusza.

Chwilę później byli w taksówce. Stanisław Z. nie miał urozmaiconych planów, gdyż czekała go pobudka o czwartej rano z racji świadczenia pracy w MPK. Dlatego nie czekając na powrót partnera, zaległ w łożu i zasnął. Gdy zjawili się Janusz z Krystianem, obudził się, przywitał grzecznie przybyłych, dyskretnie zlustrował walory Januszowego kochanka i udał się do kuchni. Tam rozłożył zapasowe, pomyślane na takie okazje łóżko i ponownie uderzył w kimono. Janusz z Krystianem pili „Johnniego Walkera” z coca-colą. Krystian opowiadał nie tylko o czekającej go pracy w wesołym miasteczku i nadziejach na świetlaną przyszłość, ale także o przeszłości. Janusza szczególnie zafrapował fragment zwierzeń o pobycie w domu poprawczym. Zapytał, jak w takim okropnym miejscu chłopcy radzą sobie z popędem. Krystian udzielił odpowiedzi nad wyraz wyczerpującej i panowie ochoczo wskoczyli do łoża opuszczonego przez Stanisława.

Uprawiali seks oralny, a wyczyny Krystiana niezmiernie zdumiały Janusza, choć z niejednego pieca chleb jadł. Był pod tak wielkim wrażeniem techniki kochanka, że uznanie wyrażał po wielokroć i tak głośno, że zbudził Stanisława.

Stanisław był trochę zły z tego powodu, ale wnet ponownie zasnął. Krystian z Januszem rozmawiali do rana, a ponieważ wpadli sobie w oko, snuli wspólne plany wakacyjne. Mazury, góry, a może morze? Odpowiedź rozstrzygająca nie padła, bo o czwartej zabrzęczał budzik i po mieszkaniu zaczął się krzątać Stanisław, przygotowując się do szychty. Stanisław odział się, wypił poranną kawę z Januszem i Krystianem, po czym opuścił mieszkanie, drzwi od zewnątrz zamykając na klucz. To element taktyki stosowany zawsze, gdy w mieszkaniu gościł nowy pasażer. Drugi polegał na tym, że każdy gość deklarujący chęć wyjścia był poddawany rewizji osobistej i wrota otwierano dopiero wówczas, gdy okazywał się czysty. Zapobiegało to wynoszeniu z lokalu różnych sprzętów, bo miłość miłością, ale Stanisław i Janusz, zanim opracowali i wdrożyli system bezpieczeństwa, wielokrotnie byli rabowani przez kochanków. Krystian nie deklarował chęci wyjścia, tylko leżał sobie nago i rozmawiał z równie nagim Januszem. Kroił się replay. Ale czujność doświadczonego gospodarza nie osłabła nawet na chwilę.

Podejrzliwy stał się, gdy po powrocie z toalety ujrzał Krystiana w pośpiechu wdziewającego portki. Zapytał, czy chce go skroić. Krystian w odpowiedzi psiknął mu gazem pieprzowym w twarz. Następnie dobył noża kuchennego. „Krystianek, chcesz mnie zajebać?!” – krzyczał Janusz. „Wybacz, Johnny, przepraszam cię!” – odparł Krystianek, dźgając go kuchenną kosą. Janusz zerwał roletę w oknie, rozwarł je i wyskoczył na dach. Widok nagiego i zakrwawionego heteroseksualisty, biegającego rankiem po dachu, niechybnie skłoniłby sąsiadów do natychmiastowego zaalarmowania policji. Lecz gejostwo Janusza G. było tajemnica poliszynela i sąsiedzi uznali, że takie zachowanie mieści się w normie obowiązującej w środowisku mniejszości seksualnej. Dlatego początkowo nie powiadamiali policji, racząc się przedstawieniem.

Dopiero gdy na dachu pojawił się Krystian P. i z nożem w ręku zaczął biec w kierunku zbliżającego się do krawędzi Janusza G., za telefon chwyciła Elżbieta M., na żywo relacjonując oficerowi dyżurnemu przebieg wydarzeń.

Reszta publiki wciąż nie reagowała. Dach się skończył, Janusz nie miał dokąd umykać, położył się więc i czekał na wyrok. Krystian P. był o krok od ofiary, gdy Elżbieta M. otworzyła okno i wrzasnęła: „Policja już w drodze!”. P. zawrócił do mieszkania, ukradł laptop, otworzył drzwi kluczem Janusza i udał się na dworzec. Do pociągu mknącego do wymarzonego lunaparku wsiąść nie zdołał – zasnął na ławce, rozwalił głowę, trafił do szpitala i wnet wpadł w ręce policji. Sąd Okręgowy w Łodzi uznał, że Krystian P., zadając 27 ciosów nożem, chciał zabić Janusza G., lecz zamiaru nie osiągnął z uwagi na ucieczkę pokrzywdzonego. „To, że nie nastąpił skutek w postaci śmierci Janusza G., wynika z podjętych przez niego działań obronnych, a także interwencji słownej Elżbiety M. Ten element przesądza, że nie może być mowy o dobrowolnym odstąpieniu oskarżonego od dokonania zabójstwa. Nie pozostaje przy tym bez znaczenia element zwyczajnego szczęścia po stronie pokrzywdzonego – oskarżony wybrał przypadkowo nóż z najkrótszym ostrzem spośród wszystkich będących w stojaku, mimo zadania tak wielu ciosów nie trafił w żadną z tętnic. Są to jednak okoliczności niezależne od woli oskarżonego” – wywiódł w uzasadnieniu wyroku.

Krystian P. na 9 lat wylądował w miejscu, w którym chłopcy radzą sobie z popędem w sposób nieaprobowany przez ks. Oko, co niekoniecznie jest informacją krzepiącą.

 

MARIAN ŚRUT

Wasze komentarze (1)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.