Motto tygodnia: Za Platformy ciepła woda z kranu, za PiS-u koncertowy zamach stanu.

Cena walenia konia

numer 7/2015

Kilkaset tysięcy zawiadomień o popełnieniu przestępstwa złożono, po to by poznać dane osobowe wielbicieli pornosów i wymusić od nich odszkodowanie. Państwo służy cwaniakom.

Kancelaria Prawa Własności Intelektualnej „Lex Superior” spółka z o.o. zażądała ode mnie 750 zł. „W związku z wynikami dochodzenia przeprowadzonego przez organy ścigania, niniejszym wzywamy do naprawianie szkody majątkowej wyrządzonej w wyniku nielegalnego rozpowszechniania w sieci BitTorrent utworu audiowizualnego »Paulina – Niewierna żona i detektyw-erotoman«” – stoi w piśmie zatytułowanym jako „przedsądowe wezwanie do zapłaty”.

Z jego dalszej części dowiedziałem się że:

1) powinienem się radować, gdyż opłata licencyjna za możliwość obejrzenia dzieła wynosi 1500 zł, a jako naruszyciel praw autorskich, czyli bydle totalne, powinienem zapłacić trzykrotność tej kwoty – 4,5 patyka;

2) jeśli w ramach ugody nie wpłacę 750 zł w ciągu 7 dni, „Lex Superior” zniszczy mnie, wszczynając akcję cywilną, powiadamiając prokuraturę bądź wnosząc prywatny akt oskarżenia.

Zaintrygowało mnie, że w pierwszych słowach swego listu kancelaria napisała, iż złapała mnie z ręką w gaciach w wyniku dochodzenia przeprowadzonego przez organy ścigania, a w dalszych zagroziła, że organa dopiero powiadomi, gdy nie zapłacę.

O tę dwoistość chciałem zapytać Andrzeja Zolla, koordynatora ds. postępowań karnych, bo taki podpis widnieje pod epistołą, ale spółka nie podała numeru kontaktowego, a siedzibę ma w Gdańsku – jakieś 300 km od miejsca zbrodni. Na wezwaniu do zapłaty znalazłem numer infolinii i już miałem dobyć słuchawkę, gdy przeczytałem maczkiem podaną frazę: „Minuta połączenia kosztuje 2,08 zł”.

Porno

„Lex Superior” przedstawia się jako renomowana firma specjalizująca się w „wykrywaniu i zwalczaniu naruszeń praw autorskich oraz praw pokrewnych w sieci Internet”. W istocie spółka powstała w kwietniu 2013 r., a więc niecałe 2 lata temu, a jej kapitał zakładowy wynosi 50 tys. zł. Z Krajowego Rejestru Sądowego wynika, że ma niezwykle szeroki zakres zainteresowań biznesowych: od badań naukowych i prac rozwojowych, edukacji, działalności twórczej związanej z kulturą i rozrywką, przez wynajem i dzierżawę, działalność detektywistyczną i ochroniarską, gry losowe i zakłady wzajemne, sport, aż po roboty budowlane i działalność prawniczą. Razem 39 pozycji.

Zdecydowanie najbardziej „Lex Superior” pociąga branża filmowa. „Będąc stroną pokrzywdzoną, kancelaria złożyła w kilkunastu prokuraturach oraz miejskich komendach policji na terenie całego kraju zawiadomienia o możliwości popełnienia na jej szkodę przestępstwa polegającego na rozpowszechnieniu cudzego utworu bez uprawnienia. Złożone zawiadomienia dotyczą kilkudziesięciu tysięcy adresów IP” – czytamy w komunikacie wydanym przez spółkę. W przeważającej mierze zawiadomienia dotyczą rozpowszechniania utworów filmowych, z tego część to pornografia.

Sterta

„Lex Superior” krótko po tym, jak powstał, kupił bowiem prawa autorskie od tak zacnych serwisów internetowych jak „Podrywacze”, „Podrywaczki”, „Masturbowanie”, „Polskie uczennice”, „Blow-job” i „Autosex”. Zapewne mając na względzie dyrektywę unijną nr 2001/29/WE brzmiącą następująco: „Autorzy i artyści wykonawcy, aby móc kontynuować swoją twórczą i artystyczną pracę, muszą otrzymywać stosowne wynagrodzenie za korzystanie z ich utworów, tak samo jak producenci, aby móc finansować tę pracę”.

Pierwotnym właścicielem uprawnień do zawartych w pornoserwisach obrazów była olsztyńska firma Sterta.pl. „Początki istnienia naszej firmy w obecnym kształcie, nierozerwalnie łączą się z rozwojem Internetu w Polsce i tworzeniem społeczeństwa wirtualnego. Rośliśmy wraz z pokoleniem sieciowców” – przedstawia się ten wielce zasłużony podmiot gospodarczy. „Lex Superior” od Sterty nabył prawa do wszystkich filmów „na polu eksploatacji obejmującym korzystanie i rozpowszechnianie utworów w sieci BitTorrent”. To sieć często używana przez piratów. W skrócie mówiąc, jej istota polega na tym, że ściągając jakikolwiek utwór, jednocześnie udostępniamy go innym użytkownikom. I tu pies jest pogrzebany – w Polsce nie jest bowiem karalne oglądanie nielegalnego filmu, ale jego rozpowszechnianie. A w przypadku BitTorrentu każdy, kto ściąga, jednocześnie rozpowszechnia.

Strach

Pomysł na biznes jest więc prosty: wystarczy monitorować ruch w sieci za pomocą specjalnego oprogramowania, następnie powiadomić organa ścigania o możliwości popełnienia przestępstwa, poczekać, aż ustalą one dane osobowe delikwenta, a potem wysłać pod uzyskany adres żądanie zapłaty, szpikując je sformułowaniami typu postępowanie karne, organa ścigania, proces sądowy itd.

To cwane posunięcie, w świecie znane od dawna. Chodzi o to, że wszczęcie postępowania karnego pachnie zajęciem komputera i przetrzepaniem jego zawartości. A niechaj pierwszy rzuci myszką ten, kto nie ma na dysku choćby jednego nielegała. Chcąc uniknąć kłopotów, odszkodowania płacą więc nie tylko winni nieuprawnionego rozpowszechniania dzieł wskazanych w wezwaniach do zapłaty, ale także tacy, którzy konia przy pornosach nigdy nie walili.

Na tym oparta jest idea copyright trollingu, czyli wątpliwego pod względem etycznym i prawnym zarabianiu mamony – nie tyle na naruszeniu praw autorskich, ile na strachu przed ich naruszeniem.

Sedno

W Polsce to zjawisko nowe, ale już rozpoznane i w zeszłym roku było przedmiotem trzech interpelacji poselskich. Np. Kazimierz Ziobro z Solidarnej Polski napisał: „Z pozoru wydaje się, że szybkie i zdecydowane działania ze strony kancelarii zajmujących się prawem autorskim zapobiegają dalszym szkodom na rzecz autora. Ale skargi osób będących ofiarami tych działań nie pozostawiają złudzeń. Najczęstszymi problemami związanymi z opisywanym zjawiskiem są: a) Krótki termin wyznaczony na zapłatę rekompensaty za złamanie licencji w zasadzie wyklucza możliwość weryfikacji nadawcy; b)Żądanie kwoty nieadekwatnej do wartości utworu; c) Postępowania wszczęte wobec niewłaściwych osób. Ze względu na to, że adres sieciowy dotyczy komputera, a nie użytkownika, w przypadku gdy z jednego komputera korzysta więcej niż jedna osoba, nie można ustalić, kto jest odpowiedzialny za pobierania lub udostępnianie materiału; d) Kancelaria, która szuka osób nielegalnie pobierających/udostępniających film czy utwór muzyczny sama te utwory udostępnia, ułatwiając dalsze nielegalne rozpowszechnianie”.

Ziobro, choć z Solidarnej Polski, trafił w sedno: kancelariom rzekomo specjalizującym się w ochronie praw autorskich wcale nie chodzi o ściganie piratów, ale o szybkie, łatwe i przyjemne zarobienie pieniędzy pod pozorem walki z naruszycielami praw autorskich. Najbardziej wymowny jest przy tym ostatni kawałek interpelacji: nie trzeba być geniuszem, by pojąć, że w interesie pozornych ścigaczy leży, aby nielegalne rozpowszechnienie utworów miało jak najszerszy wymiar – dzięki temu mogą zarzucać sieci na większym obszarze, czyli słać więcej wezwań do zapłaty.

Obława

Kancelarie do straszenia, żeby zarobić, wykorzystują machinę państwa, a więc prokuraturę i policję. Instytucje te powiadamiane są o popełnieniu przestępstwa i na koszt podatnika muszą wykonać tzw. czynności, zmierzające do ustalenia danych potencjalnego sprawcy. Zawiadamiający wykorzystuje je następnie do słania korespondencji zastraszającej. „Lex Superior”, właściciel praw autorskich do filmów reklamowanych jako „najlepsze do walenia konia”, deklaruje, że takich zawiadomień złożył kilkadziesiąt tysięcy. Ale to pestka. Prokuratura w Pruszkowie od zeszłego roku prowadzi postępowania dotyczące nielegalnego rozpowszechniania w internecie filmów „Obława”, „Czarny czwartek. Janek Wiśniewski padł”, „Last minute” i „Drogówka”. Prokurator zajmujący się tym ostatnim dziełem musiał ustalić namiary 300 tysięcy osób z całej Polski. W tym celu skierował do operatorów internetowych 120 postanowień o wydanie rzeczy, czyli danych osobowych.

– Pod względem rozmiaru to największa sprawa, z jaką miałem do czynienia – mówi prokurator z 15-letnim stażem. Teoretycznie może ona zakończyć się postawieniem zarzutów trzystu tysiącom obywateli, ale dotąd nie postawiono ich ani jednemu. Wszystkich za to trzeba było przesłuchać. Wielu już otrzymało od kancelarii specjalizującej się w dochodzeniu praw autorskich wezwania do zapłaty 470 zł. Czyli za „Drogówkę” mniej niż za „Paulinę – niewierną żonę i detektywa erotomana”. Obydwa obrazy są produkcji polskiej i obydwa mogą oburzać, ale Wojciech Smarzowski kręci mnie bardziej niż Jan Love.

Autorytet

Grupa posłów złożyła w Sejmie projekt zmiany prawa autorskiego. Zakłada on, że nie będzie przestępstwem ani wykroczeniem działalność polegająca na rozpowszechnieniu dzieła bez uzyskania korzyści majątkowych. Za to zaostrzenie kar (do 5 lat mamra) przewidziano za czerpanie korzyści materialnych z procederu nielegalnego rozpowszechniania. Z uzasadnienia: „Wezwania do zapłaty nie są rozsyłane do osób, co do których można z pewnością stwierdzić, że dokonały naruszenia praw autorskich – a jedynie takich, które zawarły stosowne umowy z dostawcami usług internetowych i których dane osobowe w związku z powyższym są przez nich gromadzone. Tym samym, wobec stanowczego charakteru pism oraz oparcia ich o autorytet organów państwa, w tym zagrożenie dochodzenia swoich roszczeń na drodze sądowej i prawnokarnej, na zawarcie ugody decydują się bardzo często osoby nie mające nic wspólnego z naruszeniem prawa, a zmierzające jedynie do polubownego zakończenia sprawy. Oznacza to, że cały proces gromadzenia na wielką skalą danych osobowych oraz dochodzenia roszczeń natury cywilnoprawnej jest realizowany przez organy ścigania na koszt Skarbu Państwa”.

Jeśli projekt przejdzie, zastraszyć wielbicieli niewiernej Pauliny będzie trudniej, a wynikające z walenia konia koszty skarbu państwa zmaleją.

Wasze komentarze 5 komentarzy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.