Motto tygodnia: Młody Tusk też ma mózg, ale mniejszy...

Autor
Alicja Wilczewska

Bydlęta na prezydenta

numer 19/2015

Ofensywa zwierząt politycznych.

Powszechna mądrość ludowa mówi, że politycy to świnie, bo ich życiowym celem jest dopchanie się do koryta.

Nie każdy homo sapiens wie jednak, że świnie – i inne zwierzęta – bywały niezgorszymi politykami. Niech to pokrzepi ludzkie serca z okazji obecnych wyborów prezydenckich.

Początki jak to początki, były trudne. Pierwszy w historii nieludzki kandydat na urząd państwowy – koń Incitatus…

należący do cesarza Kaliguli – wbrew legendom nie został przez niego mianowany senatorem. Cesarz wyznawał co prawda pogląd, że każdy może pełnić funkcję senatora, zwłaszcza jeśli ma sukcesy w innych dziedzinach. A Incitatus był uzdolniony w wyścigach. Kaligula nie uprzedzał się do kogoś tylko dlatego, że był koniem. W ramach kosztów reprezentacyjnych związanych z urzędem Incitatus dostał umeblowaną willę i zastęp niewolników. Cóż, skoro cesarz wyciągnął kopyta, co definitywnie przerwało wyścig konia do władzy.

Na dobre fauna weszła do polityki w XX w. W 1938 r. w stanie Waszyngton Boston Curtis, brązowy muł – przez niektórych zwany osłem – wygrał wybory do komitetu stanowego Partii Republikańskiej. Osioł był koniem trojańskim podstawionym przez Partię Demokratyczną, w której uznano, że nie będzie on pierwszym osłem w szerach republikańskich. W każdym razie wygrał.

Mniej szczęścia mimo lepszej kampanii miał inny obywatel USA: 230-kilogramowy goryl imieniem Colossus, czyli Kolos, dla przyjaciół Tony. Na co dzień pełnoetatowa atrakcja zoo w New Hampshire, w 1980 r. został wystawiony jako kandydat na prezydenta przez Partię Republikańską. Został entuzjastycznie przyjęty przez elektorat odwiedzający zoo. Zoo argumentowało, że w amerykańskiej konstytucji nie jest napisane, iż obywatel amerykański kandydujący na urząd prezydenta musi być człowiekiem… Pomni historii z osłem – choć już po zarejestrowaniu kandydata – Republikanie z uporem odmawiali dalszej kampanii na rzecz małpy.

Także Partia Demokratyczna ma swoje incydenty nieludzkie – w 1968 r. na szczeblu partyjnym w wyborach prezydenckich zarejestrowano knura. Zgłaszający argumentowali, że jeśli nawet Pigasus Nieśmiertelny – bo tak nazywał się kandydat – nie dotrze do Białego Domu, to społeczeństwo będzie miało z niego pożytek: zawsze przecież można go zjeść. Ta obietnica prawdopodobnie przypieczętowała los Pigasusa. Podczas jednej z konferencji prasowych działaczy aresztowano, a świnię skonfiskowała policja i słuch o niej zaginął. Demokraci utrzymują, że w komisariacie kandydata zjedzono.

Jego śmierć nie poszła na marne: amerykański elektorat oswoił się z kandydatami nienormatywnymi gatunkowo. Dzięki temu labrador mógł zostać burmistrzem miejscowości Rabbit Hash, od 2014 r. pewien ambitny kundelek rządzi w mieście Cormorant w stanie Minnesota, a w Latijas w Teksasie obowiązki te sprawuje lubiący piwo kozioł.

Generalnie bracia mniejsi nie robią w polityce za paprotki. Są blisko społeczeństwa i wybierają pracę u podstaw, czyli na poziomie samorządowym. W wyborach na mera miasta São Paulo w 1958 r., 100 tys. głosów zebrał Cacareco, nosorożec. Zdobył więcej głosów niż reprezentanci innych partii biorących udział w wyborach, ale znów doszła do głosu segregacja gatunkowa – i na urząd powołano kandydata nr 2, tylko dlatego, że był człowiekiem.

Cacareco zainspirował jednak Kanadyjską Partię Nosorożców, która działała w latach 1968-1993, a jej liderem do końca był Korneliusz Pierwszy, czarny nosorożec z prowincji Quebec. Partia programowo obiecywała nie dotrzymywać obietnic i regularnie wystawiała kandydatów w wyborach samorządowych i parlamentarnych, w okręgach biorąc często drugie miejsca. Korneliusz Pierwszy, chcąc nie chcąc, po zakończeniu kariery politycznej wyemigrował do zoo w USA, bo został wymieniony na żyrafę.

Merem miejscowości Sunol w stanie California w latach 1981-1994 (aż do śmierci) był mieszaniec labradora i rottweilera – Bosco. Z kolei w wyborach na mera Rio de Janeiro w 1988 r. na trzecim miejscu uplasował się szympans Tiao, reprezentant Brazylijskiej Partii Bananów, zdobywając ponad 400 tys. głosów.

Nowa Zelandia także ma zasługi dla szerzenia świadomości obywatelskiej wśród zwierząt. Na wyspie Waiheke do rady miejskiej wprowadzono kozę z ugrupowania Serious Party (Partia Serio), ale już kandydujący do parlamentu nowozelandzkiego jeż nie zyskał wymaganej liczby głosów.

W polityce – może dla umiejętności spadania na 4 łapy – sprawdzają się koty. W 2013 r. kot Morris startował z sukcesem na mera miejscowości Xalapa w Meksyku, kot Stubbs dokonał tego w 1997 r. w miasteczku Talkeetna na Alasce, a kocica Katten Mickelin z powodzeniem pełni funkcję przewodniczącej Szwedzkiej Partii Plastikowych Toreb i Przyrządów do Hodowli Dzieci. Tradycję senatorską podtrzymał Hank, kot z Kanady – w 2012 r. w wyborach do senatu Północnej Virginii otrzymał 7 tys. głosów, zajmując trzecią pozycję, pierwszą wśród zwierząt.

W 2001 r. w wyborach municypalnych w Marsylii jamnik Kiełbaska zdobył 4 proc. głosów. Jak na małego jamnika, to i tak dużo… Później rzucił politykę dla szołbiznesu. Przepadła za to Molly, jamniczka biorąca udział w wyborach prezydenckich w 2008 r. w USA.

W wyborach na Prezydenta RP – przynajmniej jeśli wierzyć Facebookowi – można jedynie zagłosować na Sarnę z Krzesłem na Głowie, która nie ma zaplecza politycznego, ma za to setki zwolenników.

Bez względu na to, jakiego bydlaka wybierzemy, i tak wiadomo, że jelenie to my, elektorat.

Wasze komentarze 8 komentarzy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

  • Ja już zagłosowałem na Palikota. Ogórek w minimalnie w 1 miejscu klęczała a jak wstawała to się żegnała. Na co nam prezydent wierzący.Przecież boga nigdy nie było i niema….

  • Oj Tadzkiu, jak mala jest wiara twoja. BOG byl, jest i bedzie a ty wyciagniesz ‚nozki’ za pare miesiecy. Przepros BOGA za obelge to moze uda ci sie przezyc troszeczke dluzej. Marnys ty poczwar.

    • Oj Danusiu… Skonkretyzuj, ponieważ jako rzeczniczka boga musisz mieć pewność którego reprezentujesz. A nie wyjdziesz Ty z przeproszeniem na idiotkę, jeśli jutro przed śniadaniem w Ziemię pieprznie jakiś spory kamień z kosmosu i umieści wierzących i niewierzących na dwóch oddzielnych kawałkach naszej planetki? I sobie polecimy na wycieczkę, tyle że wg Ciebie zapewne do boga…

    • Danuta… jak mały jest Twój mózg i jaka słaba psychika skoro potrzebujesz wierzyć w wymyślonego boga 🙂 bóg jest dla ludzi słabych i ciemnych… jesteście tak zmanipulowani przez kościół, że to się w głowie nie mieści …

      • Przy okazji poproś, Danusiu, swojego bozię o jakże trudną umiejętność używania polskich znaków diakrytycznych 🙂

        • Od znaków diakrytycznych to się kolego odczep, nie wszyscy je mają na klawiaturach, proste. Poza tym sam (sama?) zapomniałeś/-aś o kropce na końcu zdania. Co prawda kropka to nie zawsze znak diakrytyczny, ale czasem – w niektórych alfabetach – to i owszem. 🙂

          • Nie cwaniakuj tak, anonimku. Na samej klawiaturze, oczywiście że ich nie ma, ale żadnych arcy skomplikowanych funkcji nie potrzeba, by ich używać. A kropka kończąca zdanie nie jest w języku polskim żadnym znakiem diakrytycznym. Poza tym zjadła mi ją ikonka na końcu. Poza tym, jeśli tobie jest obojętne, czy robisz komuś „łaskę”, czy „laskę” to już twój problem. Gdy ma się pisać niechlujnie, lepiej nic nie pisać.