Motto tygodnia: Sprawa Igora Stachowiaka pokazuje, jaka jest władza Ziobry i Błaszczaka.

Bratanek Głódzia

numer 51-52/2015

„Kto ma księdza w rodzie tego bieda nie ubodzie”. Nie dotyczy arcybiskupów.

Ireneusz Głódź jest krewnym najważniejszego polskiego Głódzia, który też urodził się na podlaskiej wsi.

50 lat. Kaleka, niepełnosprawna ręka. Bezrobotny. Żona Agata. 34 lata. Niepełnosprawna, brak oka. Bezrobotna.

Mieszkają w Garbasie. Popegeerowska wieś, w której straszą budynki z czasów PRL. Zerwane dachy, wybite okna. Najlepiej wygląda Dom dla Osób Bezdomnych i Najuboższych Monar-Markot.

– Gdzieś w Polsce protestowano przeciwko takim sąsiadom. Ale oni są tacy sami jak my. Chcą przetrwać – zagaduje babina w spożywczym. Sklep mieści się w salonie „willi”. Tak nazywają klocki z jedynej we wsi szeregówki. Te kilka piętrowych domów wzniesiono za Gierka dla kadry zarządzającej gospodarstwem. Kobieta kupuje pasztetową.

– I batonika – dodaje po chwili wahania. Nie wyjmuje pieniędzy. Ekspedientka wpisuje kolejne zadłużenie do zeszytu.

Poza sezonem to norma. Wiejskie jezioro obrosło daczami warszawiaków. Wynajmują do koszenia trawników, pielenia grządek. Biorą mleko, sery, ryby wędzone. Za gotówkę. Nie ma letników, nie ma roboty, nie ma pieniędzy.

 

Mało jest rzeczy, z których Głodziowie mogą być dumni. Poza nazwiskiem.

– O więzach z biskupem opowiadał ojciec – mówi Ireneusz. Nie ma jednak żalu, że książę Kościoła nie pielęgnuje rodzinnych tradycji. Choć progenitura Głódziów, w której płynie biskupia krew, udała się nad podziw. Dziewięcioro dzieci z dwóch żon. Pierwsza zginęła w pożarze.

Pilnuje, żebym zapisała: jest dumny z dzieci. Dobrze się uczą. Dziewczynki przynoszą świadectwa z czerwonym paskiem. Głódziowie mają umowę z nauczycielami, którzy każdego dnia piszą na ostatniej strony zeszytów, jak się sprawowały. Bo rodzice nie chcą niczego przegapić.

Jest także dumny ze zrobionej ostatnio łazienki w odziedziczonej po przodkach chałupinie.

– Proszę – otwiera drzwi. – Składaliśmy przez rok, siostra męża z Ameryki przesłała trochę dolarów. Był beton, wilgoć i cieknący kran. Są kafelki, na oko nie widać przecież, że najtańsze. I kabina prysznicowa.

Są dumni z zamrażarki. Wielkiej kilkusetlitrowej skrzyni, w którą wejdzie świnia, a nawet krowa. Nie kupują mięsa w sklepie. Lepiej wziąć od chłopa. Taniej. Zwłaszcza gdy zwierzę po chorobie czy chrome.

Zamrażarkę kupili na raty. Nie na siebie, bo nie mają dochodu. Formalnie to własność szwagra.

I jeszcze telewizor. Dar rodziny z USA. 40 cali. Sól w oku opieki społecznej.

– Sprzedać telewizor, kupić chleb – pouczają nieustannie. Ile dostaliby za odbiornik na miejscowym rynku? 100 zł?

– Chcemy pokazać dzieciom, że nie można opuścić rąk. Że z każdym rokiem nam się poprawia. Że trzeba walczyć, bo może być lepiej – mówi Agata.

całość na łamach

Wasze komentarze 2 komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.