Motto tygodnia: Pies z kulawą nogą by tej sztuki nie pamiętał, gdyby "Klątwa" przez czarnych nie była przeklęta.

Chleb z masłem

Chleb z masłem i kupą

numer 7/2015

Gówniana ustawa. Dosłownie.

Szukasz pracy? Nic prostszego. Najpierw przez kolejne 3 dni musisz robić kupę. Po każdej defekacji zapakować kawałek własnego ekskrementu do pojemniczka. Pojemniczek wstawić do lodówki. Gdzieś obok żółtego sera, jogurtu i polędwicy sopockiej. Gdy uzbierają się 3 próbki, należy je bezzwłocznie zawieźć do badania.

Jeśli ktoś zna ten scenariusz, to znaczy, że życie i pracodawca zmusiły go do wyrobienia czegoś, co w Polsce jest jedną z rzeczy tak nieuchronnych, jak płacenie podatków i odwalanie kity – czyli wyrobienia książeczki sanepidowskiej.

Książeczka do celów sanitarno-epidemiologicznych, czyli książeczka sanepidu, potrzebna jest każdemu pracownikowi, który w miejscu pracy ma kontakt z żywnością, a także pracownikom szpitali, studentom medycyny, położnictwa, fizjoterapii, kosmetologii i innych kierunków kształcących specjalistów dbających o życie i zdrowie innych. Lekko licząc, musi ją mieć jakieś 1,5 miliona ludzi.

Sama procedura wyrabiania uprawnień do bycia posiadaczem książeczki nie jest skomplikowana. Najpierw należy się zaopatrzyć w druk. Znalezienie go jest proste: wystarczy rzucić monetą i zdecydować się, czy iść do sklepu z drukami akcydensowymi, placówki sanepidu czy lekarskiego gabinetu medycyny pracy. Tyle że nigdzie nie jest powiedziane, że w którejkolwiek z tych placówek trafi się na książeczkę.

Jeśli się uda, to wypada podymać do sanepidu. Tam miła pani wręczy 3 fiolki na kał. I – w zależności od panujących w danej placówce procedur – każe albo codziennie przez 3 dni przynosić jej kawałek odchodów, albo przyleźć, gdy wszystkie 3 pojemniki zawierają to co potrzeba. Miła pani powie też o konieczności przechowywania kupy w lodówce.

Kupa trafia do laboratorium. Tam specjaliści analizują, czy ze składu odchodów wynika, że osoba, która je wydaliła, nie jest zakażona pałeczkami duru brzusznego, durów rzekomych A, B i C albo nawet pałeczkami z rodzaju salmonella i shigella.

Szukanie jakiegoś gówna w gównie zajmuje sanepidowi od 5 do 14 dni. Efekty badań dostaje się bądź w formie wpisu do książeczki, bądź na osobnym kwicie.

Teraz biegnie się z nimi do lekarza medycyny pracy. Medyk ma 3 wyjścia. Może uznać, że wyniki są tak gówniane, że delikwent dostanie zakaz pracy w „spożywcę”, służbie zdrowia i takich tam. Może też uznać, że wygląd pacjenta wskazuje na konieczność badań w kierunku nosicielstwa prątków gruźlicy, „a także innych czynników”. Jakich? To wie tylko lekarz i ewentualnie ci, którzy zapisali to w ustawie o zapobieganiu oraz zwalczaniu zakażeń i chorób zakaźnych u ludzi.

całość na  łamach

Wasze komentarze (4)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

  • Ta książeczka jest ważna do końca życia,należy wnioskowac iż delikwent/ka,który był zdrowy podczas badania pozostaje takim już na zawsze :) Bosko i smacznego

  • ciekawe,co powiedzial by Sanepid ,jak bym w knajpie ktora prowadze trzymal w lodowce swoje odchody w plastikowym pojemniku:-)

  • Przez 22 lata nazwijmy to „mojej kariery w gastronomii” byłam szczęśliwym posiadaczem zawsze aktualnej książeczki sanepidowskiej.Kontrola jej miała miejsce RAZ 😉

Strona główna