Motto tygodnia: Sprawa Igora Stachowiaka pokazuje, jaka jest władza Ziobry i Błaszczaka.

Autor
MICHAŁ MARSZAŁ

Zaparkańcy

numer 52/16

Warszawski Zarząd Dróg Miejskich, znany wśród kierowców jako TGCCWMZP, czyli „tegłupie chuje, co wlepiają mandaty za parkowanie”, rozpoczął właśnie pionierską w skali kraju kampanię społeczną zatytułowaną „Kontroluj się”.

Jak czytamy w rozesłanych do redakcji oświadczeniach: „Kampaniama zwrócić uwagę na to, jak trudna jest praca kontrolerów Strefy Płatnego Parkowania Niestrzeżonego (SPPN)i z jaką agresją ze strony kierowców kontrolerzy muszą mierzyć się na co dzień (…). Kontrole prowadzi 47 kontrolerów, w tym 13 kobiet. Wszyscy są pracownikami Zarządu Dróg Miejskich i wykonują powierzone im obowiązki służbowe najlepiej jak potrafią. Choć trudno w to uwierzyć, niektórzy kierowcy są w stanie posunąć się naprawdę daleko, aby uniknąć kary w wysokości 50 zł. A przecież kontrolerzy to tacy sami ludzie jak my. Mają rodziny, dzieci. Niektórzy także są kierowcami. Pomimo że wykonują zawód podwyższonego ryzyka, nie przysługuje im żadna dodatkowa ochrona prawna. Chcemy zaapelować o przyznanie kontrolerom SPPN statusu funkcjonariusza publicznego. Wówczas agresja wobec nich mogłaby być surowiej i skuteczniej karana”. Ukoronowaniem kampanii jest emitowany w mediach wyciskający łzy 76-sekundowyspot, na którym podstawieni aktorzy robią smutne minki, podczas gdy w tle słychać wspomnienia kontrolerów. I tak 40-letniakobieta, obierając jabłko, łka do kamery: „Wpierwszymmiesiącu mojej pracy płakałam. Gówniarz w wieku mojego syna słał mi i od najgorszych wyzywał”. Wtóruje jej golący zarost 60-latek:„Pedałgazu i ruszyła, przejechała mi po stopie, po nodze”. Dojrzały mężczyzna bujający dziecko na huśtawce żali się: „Ioczywiście wyzwiska cały czas się sypały. Nieroby, złodzieje. Że mało nie doszło do linczu”. Wspomnień jest więcej – ktoś oświadcza, że jego kolega zarobił w papę aparatem fotograficznym, nie najmłodsza kobieta przy kości – że została nazwana starą grubą babą, a inny – że na jej widok mężczyzna przechodzący z dzieckiem powiedział: „Zobacz,córko, tak wyglądają złodzieje”. Treść kampanii i świadectwa cierpień, jakich doświadczają na co dzień kontrolerzy, jest tak przekonująca, że wniosek może być tylko jeden: trzeba jak najszybciej rozwiązać warszawski Zarząd Dróg Miejskich i podobne instytucje w miastach na terenie całego kraju – i natychmiast zakazać jakichkolwiek kontroli zaparkowanych samochodów!

Raz

Płatne parkowanie uruchomiono wWarszawie wpołowie lipca 1999 r. Tłumaczono, że jest to kopia zachodnich rozwiązań, a za zarobione w ten sposób pieniądze pobuduje się komunalne parkingi. Gówno z tego wyszło – współpracę miasta z osławioną prywatną spółką WaPark udało się ostatecznie zakończyć dopiero w 2006 r. po długich postępowaniach sądowych, podczas których okazało się, że WaPark nie oddawał miastu należnych 40 proc. opłat i wisi mu 11 baniek, a jego 3-osobowarada nadzorcza w samym 2001 r. wypłaciła sobie 2 mln zł wynagrodzeń. Kolejnym argumentem przedstawianym przez miejskie władze niezadowolonym kierowcom było to, że dzięki opłatom za parkowanie unika się zakorkowania centrum Warszawy i łatwiej znaleźć przez to miejsca do parkowania, których jest deficyt. Przez wszystkie lata zajmowania się tematyką płatnych parkingów nie udało mi się poznać odpowiedzi na pytanie, ile wynosi ów deficyt miejsc parkingowych. Czy gdyby nagle centrum Warszawy cudem powiększyło się o milion miejsc parkingowych, miasto zrezygnowałoby z opłat? Nie – kasowałoby kierowców dalej. Tłumaczenie zaś, że celem pobierania opłaty jest odstraszanie kierowców przed wjazdem do centrum miasta, przypomina tłumaczenie dyrektora teatru, że wprowadzenie biletów na przedstawienia służy odstraszeniu widzów przed przychodzeniem na spektakl. Kto ma przyjechać, ten i tak przyjedzie – 3 zł za godzinę stania samochodu w Śródmieściu nie jest dla właściciela samochodu, wydającemu i tak pieniądze na paliwo, ubezpieczenie czy naprawy, kwotą przerażającą.

Dwa

Wnioski te znajdują zresztą potwierdzenie w stworzonym dla miasta za ciężkie pieniądze raporcie „Kierunkirealizacji polityki parkingowej na obszarze miasta stołecznego Warszawy do roku 2035”. Przeczytać można w nim m.in. , że „wprowadzenieopłat za parkowanie w pierwszym okresie funkcjonowania SPPN spowodowało zmniejszenie o 25–30proc. liczby dojazdów samochodami do obszaru śródmiejskiego”, a w kolejnych latach, wraz z przyzwyczajeniem się kierowców, „efektten uległ osłabieniu”. Z przedstawionych w raporcie ankiet wśród mieszkańców Warszawy wynika, że tylko 23 procent oceniało system dobrze, a zdecydowana większość powiedziała, że niezależnie od tego, czy będą udawać się do pracy, czy w innym celu, nie zrezygnują z samochodu i nie przesiądą się do komunikacji miejskiej. Od czasu tamtego raportu zmieniły się w zasadzie tylko dwie rzeczy: w kwietniu 2013 r. strefę płatnego parkowania wWarszawie powiększono oMuranów, Mirów, kawałek Ochoty i Pragi Północ, a zamiast starych, poczciwych i prostych parkomatów zaczęto instalować nowe – takie, w których trzeba wpisywać dodatkowo numer rejestracyjny pojazdu:, Jełopa, który przyklepał decyzję o stawianiu takich budek, powinno się wypatroszyć drewnianą łyżką albo w środku zimy, podczas opadów deszczu ze śniegiem, kazać stać i wklepywać w jednopalczastych rękawiczkach po kolei rejestracje parkujących samochodów. Jak urządzenie działa, wie każdy, kto skorzystał z niego chociaż raz – jest powolne i zbyt skomplikowane. Czym ZDM tłumaczył uprzykrzenie życia zmotoryzowanym? Tym, że niewielki odsetek kierowców przyłapanych na staniu bez ważnej opłaty pożyczał od kolegów ważne bilety i na ich podstawie składał odwołania. Czyli ci uczciwi spośród prawie dwóch milionów mieszkańców miasta muszą teraz tracić czas i nerwy, wklepując numery rejestracji, bo absolutny margines kierowców starał się na krzywy ryj uniknąć mandatów. Zderzenia ze statystyką nie wytrzymują też założenia kampanii „Kontrolujsię”. Zapytałem rzecznika ZDM Mikołaja Pieńkosia, ile szacunkowo pojazdów sprawdzanych jest przez kontrolerów w ciągu roku. Stwierdził, że wskazanie takiej liczby jest niemożliwe, ale w zeszłym roku kontrolerzy wystawili 336 157 mandatów. Nie wszystkie mandaty udało się ściągnąć, ale na nich miasto wzbogaciło się o 12,6 mln zł. Łącznie – razem z tymi, którzy płacili uczciwie – miasto zarobiło z tytułu opłat za parkowanie 83,7 mln zł. Jeśli przyjmiemy, z rezerwą, że co piąta kontrola pojazdu kończy się mandatem, to kontrolerzy ZDM sprawdzają rocznie pojazdy ponad 1,5 mln razy. W tym kontekście 62 wypadki agresji słownej lub fizycznej,jakie kontrolerzy ZDM zaraportowali przełożonym w ciągu ostatnich trzech lat, a które były podstawą do podjęcia kampanii społecznej, oznaczają, że usłyszenie naprawdę dotkliwej „kurwy”lub „złodzieja”zdarza im się w średnio 0,001 proc. przypadków! 62 razy na 4,5 mln przeprowadzonych kontroli!, Biorąc pod uwagę, że – zgodnie ze słowami rzecznika – żaden z kontrolerów nie wniósł oskarżenia prywatnego wobec sprawców niegodziwości, lecz jedynie w dwóch przypadkach toczą się postępowania karne, można powiedzieć, że cała kampania jest społeczeństwu potrzebna jak na dupie czyrak. A przyznanie kontrolerom statusu funkcjonariusza publicznego zupełnie im się nie należy.

Trzy

Zarobki zatrudnionego w Warszawie kontrolera wynoszą według słów rzecznika ok. 4700 zł brutto (umowao pracę), czyli powyżej średniej krajowej. Zaiste, usłyszenie czegoś bardzo brzydkiego raz na ponad 72,5 tys. sprawdzonych pojazdów (wszystkichpłatnych miejsc jest wWarszawie ok. 30 tys.) nie jest chyba aż tak dotkliwe. W dialogu między kierowcami a władzami miejskimi, zamiast szacunku, bardziej przydałaby się odrobina szczerości, tym bardziej że płatne parkingi wprowadzone są już niemal wszędzie – od Świnoujścia po Przemyśl. Droga władzo, my, kierowcy, wiemy, że chcecie na nas zarabiać, a zarobione pieniądze wydawać na realizację celów nie tylko sprzyjających zmotoryzowanym – oprócz rzekomych mitycznych parkingów, wydaje się także na pensje urzędników, przedszkola, parki czy co tam komu potrzebne. Mamy świadomość, że wożenie dupska do centrów miast powinno być dobrem niejako luksusowym, że samochód śmierdzi, zajmuje miejsce i – wzorem zachodnich miast, słusznie zresztą – bardziej niż o interesy jednostek, dbać trzeba o ekologię i tkankę miejską traktowaną jako całość. Dlatego

przestańcie pierdolić, że w tym wszystkim chodzi o dobro kierowców, którzy stoją w korkach tak jak stali, a gdy już znajdą wolne miejsce parkingowe, przez kilka minut muszą stukać paluchem na mrozie w jakąś skomplikowaną maszynkę.

Niech opłaty za postój będą zróżnicowane w zależności od dzielnicy i niech strefy płatnych parkingów mają odniesienie do rzeczywistości. Jakimś cudem na ruchliwej ul. Rakowieckiej, gdzie codziennie tysiące urzędników parkują pod budynkami ABW, Sztabu Generalnego Wojska Polskiego, Urzędu Dzielnicy Mokotów czy Prokuratury Krajowej, strefy płatnego parkowania nie ma. A na znajdującej się 500 m dalej spokojnej willowej ul. Słonecznej, gdzie mieści się redakcja tygodnika „NIE”i właściwie niewiele poza tym – strefa jest. Wtedy, gdy przyznacie, że wcałej zabawie chodzi głównie o kasę, a parkowanie w centrum miast to usługa płatna jak każda inna, ograniczycie słanie wiązanek kontrolerom, bo i nikt nie kurwuje dyrektorowi teatru za to, że ten domaga się 50 zł za wstęp na wodewil.

Foto autor| MICHAŁ MARSZAŁ Fot. KRZYSZTOF OLEJNIK, AVEVALUE| 21681

Wasze komentarze (0)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.