Motto tygodnia: W Kijowie w jednej chwili, w Warszawie w drugiej chwili. Struś Pędziwiatr? Nie. Micheil Saakaszwili!

Autor
AGNIESZKA WOŁK-ŁANIEWSKA

Żadniacy wychodzą z szafy

numer 46/16

15 listopada powiedz jednej osobie, że nie wierzysz w boga.

Tak zachęca organizacja Openly Secular. Akcja, firmowana m.in. przez Richarda Dawkinsa i jego Fundację na rzecz Rozumu i Nauki, zrodziła się w Stanach – ale oczywiście przyda się każdemu trapionemu przez zarazę teizmu społeczeństwu. A Polska, niezaskakująco, należy do krajów najbardziej chorych. Badania Pew Fundation – amerykańskiej organizacji zdecydowanie chrześcijańskiej – wykazują, że niewiara powoli staje się najpopularniejszą wiarą na świecie. Ludzie określani w amerykańskiej nowomowie terminem nones (comożna przetłumaczyć na „żadniacy”,osoby niezwiązane z żadną religią) stanowią już 16 procent światowej populacji. Są wśród nich ateiści, agnostycy i posiadacze jakiejś własnej koncepcji supranaturalnej siły sprawczej, nieprzypisani do żadnej zorganizowanej religii. w siedmiu krajach żadniacy są grupą dominującą, w niemal połowie państw świata populacja wyznająca światopogląd żadniacki jest druga co do wielkości. W Stanach ich liczba wzrosła w ciągu siedmiu lat o prawie 7 procent, a liczba chrześcijan spadła w tym samym czasie o 8 procent. Co oznacza, że żadniacy stanowią obecnie prawie jedną czwartą amerykańskiej populacji i ustępują jedynie kultowi nazywanemu tu „ewangelicyzmem”(coskądinąd oznacza coś innego niż w Europie – to różnego rodzaju nowe, przeważnie prywatne przedsięwzięcia religijne, oparte na mniej lub bardziej indywidualnej interpretacji Biblii), wyprzedzając katolików, wyznawców tradycyjnych odmian protestantyzmu i wszelkie religie niechrześcijańskie. Mimo to – jak wynika z badań tej samej Pew Fundation – ateiści są w oczach swoich rodaków gorszymi Amerykanami. Sondaż robiony u zarania zakończonej właśnie kampanii prezydenckiej wykazał, że 53 procent Amerykanów byłoby „mniejskłonnych” do głosowania na kandydata, który jest ateistą. Ateizm okazuje się w oczach amerykańskich wyborców największym grzechem z możliwych – znacznie łagodniej traktują np. palaczy marihuany i cudzołożników; zniechęciłoby to, odpowiednio, 22 i 35 procent wyborców. Jedynie 27 procent Amerykanów odrzuciłoby kandydata tylko dlatego, że jest homoseksualistą. To zdaje się szczególnie istotnym sygnałem – zważywszy, jak bardzo walka o równouprawnienie niewierzących przypomina kampanie ruchu LGBT. Od osób uważających się za „tolerancyjnych konserwatystów” nader często słyszymy, że orientacja seksualna „powinnabyć sprawą prywatną”. Amerykanie, którzy mają akronimy na wszystko, tę filozofięzamykają w haśle DADT – „Don’task, don’t tell”, „niepytaj, nie mów” – w latach 1993– 2011 stanowiącym oficjalną politykę amerykańskich sił zbrojnych wobec osób nieheteronormatywnych. Zasada ta była oczywiście znacznym postępem w stosunku do polityki wyrzucania homoseksualistów z armii, obowiązującej od wojny o niepodległość – jednak trudno uznać ją za przejaw rzeczywistego poszanowania praw mniejszości seksualnych, skoro nikt nie zabraniał heteroseksualistom opowiadać o swoich rodzinach i kochankach oraz sławić zalet życia w zgodzie z „prawemnaturalnym”. Dopiero zniesienie ustawy „Don’task, don’t tell”, które nastąpiło już za czasów prezydenta Obamy, w rzeczywisty sposób wyrównało prawa homo- i heteroseksualistów w siłach zbrojnych USA. Historia ta jest szczególnie pouczająca, albowiem dotyka istoty walki o prawa osób LGBT: żeby orientacja seksualna rzeczywiście stała się „sprawą prywatną” – najpierw jakaś grupa osób musiała ją uczynić kwestią publiczną. Żeby homoseksualiści przestali być na różne sposoby prześladowani, musieli najpierw uświadomić współobywatelom, że są wśród nich i nie mają powodu, żeby to ukrywać. Droga od skazywania na śmierć, zamykania w więzieniach i przymusowego leczenia do równouprawnienia homoseksualnych małżeństw wiodła właśnie przez kampanię comingo utów. Podobną drogę – przekonuje od lat Richard Dawkins – muszą przejść niewierzący. Akcja „Powiedzjednej osobie” to kolejny krok w tej kampanii. W Polsce wydaje się on szczególnie potrzebny.

Mimo że liczba polskich ateistów wzrosła w ciągu dekady 2-krotnie – z 4 do 8 procent według regularnych badań CBOS – gros Polaków zdaje się nie wierzyć w istnienie niewierzących.

Większość z nas musi dość regularnie odpowiadać na inteligentne pytania z gatunku: „Alenaprawdę nie wierzysz? W nic?!”. GUS wspomaga to myślenie, publikując absurdalne dane, mówiące, że w Polsce 92,8 procent ludzi uważa się za katolików, choć inne opracowania tej samej instytucji wskazują, że sam Kościół – a konkretnie Instytut Statystyki Kościoła Katolickiego – przyznaje się do liczby wiernych (33,4miliona), stanowiących nie więcej niż 87 procent populacji III RP. Polacy – według Pew Foundation – są w absolutnej czołówce świata zachodniego, jeśli chodzi o przekonanie, że wiara w boga jest niezbędnym warunkiem moralności: sądzi tak 44 procent obywateli RP; wyprzedzają nas tylko Amerykanie (53procent) i, nie wiedzieć czemu, Grecy (49procent). A badania te były robione w 2014 r. czyli zanim prezes Polski ogłosił, że „wPolsce nie ma żadnego systemu wartości, który byłby realnie konkurencyjny dla tego, który głosi Kościół”, toteż „alboten system wartości podtrzymujemy, albo popadamy w nihilizm”. Dziś jest oczywiście jeszcze gorzej niż przed rokiem: żaden „bezpartyjnyfachowiec”, chcący funkcjonować w jakimkolwiek urzędzie czy przedsiębiorstwie, pozostającym w nomenklaturze PiS, nie przyznaje się do ateizmu; wielu pokornie zapierdala na msze i wykonuje rytualne gesty o znaczeniu magicznym, byle tylko nie stracić środków do życia. Toteż nie namawiamy do ogłaszania swojej niewiary na murach albo Facebooku, który stał się ostatnio nader częstym źródłem zwolnień z art 52. Ale jednej osobie moglibyście powiedzieć. Po co? Żeby żyło się lepiej. Wszystkim.

Foto autor| Ilustr. WŁODEK KIERUS, AVEVALUE| 15280

Wasze komentarze (0)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.