Motto tygodnia: Kaczyński ze zgrozy kwiczy - wokół coraz więcej Misiewiczy

Autor
ROBERT JARUGA MICHAŁ MARSZAŁ

TUSK na podsłuchu

numer 14/13

Kogo obgadywali politycy podczas meczu Polska – Ukraina?

Postanowiliśmy dobrać się władzy do dupy. Ale jak to zrobić, skoro dupę tę chroni gruba moczochłonna pielucha?

Otóż, drodzy Państwo, istnieje na świecie wynalazek, za który należy się Nagroda Nobla we wszystkich kategoriach – kardioidalny mikrofon kierunkowy Yukon DSAS. Co za cholera siedzi w środku tego 40-centymetrowego urządzenia, diabli raczą wiedzieć, niemniej dzięki działaniu w zakresie częstotliwości 500–10000Hz, czułości na częstotliwości 1000 Hz wynoszącej 20+5mV/Pai wzmocnieniu dźwięku do 66 dB da się usłyszeć przez ten mikrofon pierdnięcie myszy z odległości 50 m. Firma Yukon, znana niegdyś z produkowania przyrządów optycznych i nasłuchowych na potrzeby wojska, po upadku Związku Radzieckiego przekształciła się w spółkę międzynarodową i udostępniła swe technologie na rynku cywilnym. Korzystają z niej służby specjalne wielu krajów, muzycy operowi, ornitolodzy chcący odróżnić trele lecącego pochwodzioba żółtodziobego od czarnodziobego… I my.

Hi storii naszych wycieczek za kulisy władzy nie będziemy opisywać, bo nie starczyłoby miejsca. Z ultraczułym mikrofonem siadaliśmy już i na trybunie sejmowej, i w sejmowych korytarzach, zwiedzaliśmy z nim knajpy iministerstwa – za każdym razem z nagrań wychodziła jednak bezbarwna pulpa, której wielogodzinny odsłuch przynosił mizerne rezultaty. Lepiej było wypatrywać okazji do naprawdę ładnego strzału. Taka nadarzyła się 22 marca podczas niesławnego meczu piłkarskiego Polska – Ukraina.

Od czasów upadku kariery Zbigniewa Chlebowskiego i jego słynnych pokątnych hazardowych rozmów na cmentarzach, trudno być pewnym, komu i gdzie przyjdzie ochota na podsłuchiwanie władzy. Ostatnim miejscem, na którym poważny polityk spodziewałby się chyba obecności wścibskiego mikrofonu jest dokładnie przeczesana przez BOR, odgrodzona od plebsu barierkami i rzędami krzeseł trybuna VIP na liczącym 55 tys. gardeł Stadionie Narodowym.

Uda liśmy się nań za ciężkie pieniądze – kupiony od koników za prawie 600 zł bilet do sektora G37 (tuż nad lożą VIP) przygarnął red. Jaruga, a do sektora D20 (340zł, tuż obok loży VIP) red. Marszał. Z przepustkami dla mediów, które mogliśmy załatwić, nie dostalibyśmy się tak blisko władzy, ale za to nie mielibyśmy problemów z wniesieniem sprzętu. Kontrola licznych ochroniarzy była nieprzyjemna, ale na szczęście niezbyt dokładna – na wydarzenia tego typu nie można wnosić urządzeń rejestrujących dźwięk i obraz, ale nam udało się przemycić sprzęt (w tym podręczny wzmacniacz, przedwzmacniacz, dyktafon i reduktor szumów) w butach typu śniegowce, w których red. Marszał wyglądał jak nastolatka, a red. Jaruga jak transseksualista, który rozmyślił się zaraz po operacji zmiany płci.

Ciekawe urządzenia pospinane kablami wzbudzały szerokie zainteresowanie pijanej publiczności i puszczonych samopas bachorów, ale na szczęście nie stadionowych stewardów i chodzących dwójkami patroli policji.

Gdy już odegrano Mazurka Dąbrowskiego, gawiedź posadziła dupy, a sędzia zagwizdał i 22 facetów zaczęło się pocić, podzieliliśmy łupy w stadionowej windzie. Pierwszy dostępu do licznie zgromadzonych gwiazd spróbował Jaruga.

Loża prezydencka, w której zasiadł Bronisław Komorowski z Wiktorem Janukowyczem i nieco na krzywy ryj prezydent Węgier János Áder, była niestety poza zasięgiem pracy urządzenia. Mimo najszczerszych chęci nie dało się nagrać ich reakcji na dwie szybko stracone przez Polaków bramki. Było to szczególnie intrygujące, bo gdy cały stadion krzyczał kurwa! i ja pierdo lę!, Komorowski posługiwać się musiał dobrą miną do dramatycznej gry.

Po lewej stronie od loży prezydenckiej, w sektorze V01 zgromadzili się nie mniej ważni goście: Donald Tusk, Grzegorz Schetyna, Aleksander Kwaśniewski z żoną, Lech Wałęsa, Bogdan Borusewicz, Jerzy Buzek, a także byli piłkarze i obecni działacze PZPN: Zbigniew Boniek, Roman Kosecki (poseł PO) oraz Marek Koźmiński.

Dostęp do nich od strony Marszała był wręcz wymarzony. Funkcjonariusze BOR tracili czujność, wgapiając się w sytuację na boisku, a jeśli już się rozglądali, to w górę, czy aby nikt nie planuje zrzucić worka kartofli na piękny umysł premiera.

Wbrew temu, co mogłoby się wydawać, dobrze wycelowany mikrofon kardioidalny doskonale sprawdził się w warunkach stadionowych. Bez przeszkód docierały do niego dźwięki oddalone o jakieś 20 m (trzebazaznaczyć, że na trybunach VIP-ów jest dużo ciszej niż na pozostałych), a jego immanentną cechą jest niemal całkowite odcinanie nawet najgłośniejszych dźwięków dochodzących pod kątem90 stopni z boku oraz z tyłu.

W ciągu 20 minut pierwszej oraz 45 minut drugiej połowy udało nam się zarejestrować następujące dialogi. Ich ocenę pozostawiamy Czytelnikom.

Po ok. 35 minutach pierwszej połowy LECH WAŁĘSA znika na zapleczu loży. GRZEGORZ SCHETYNA rozmawia z DONALDEM TUSKIEM:

S.: – Ale czapkę przyodział. I wciąż z tym tabletem. W szpitalu nago zdjęcia, klata w Miami, jakieś małpie cyrki… T.: – Technologia nie dla każdego. Jak ta z Poznania od teatru, y… no, chuja papieża…

S.: – No, wrąbała się po uszy. Posuną ją, nie ma siły.

T.: – Tym bardziej że on nie aż taki chuj. Na moje kapował, ale teraz czyszczą.

S.: – Czyszczą. A Lecha z gejami za murem powinni posadzić na trybunie. T.: – To by przeskoczył (śmiech).

S.: – A potem zakaz stadionowy… T.: – I co on, bidul, będzie robił? Żonkę męczyć, bo już dosyć Ameryki.

Operator telewizyjny pokazuje DONALDA TUSKAna stadionowym telebimie. Kibice zaczynają gwizdać. Ponownie GRZEGORZ SCHETYNA zwraca się do Tuska.

S.: – Gwizdajcie, debile, gwizdajcie… T.: – Cicho, mogą nas jeszcze pokazywać. Tamto (stadionowytelebim – przyp. red.) niekoniecznie gra, co w telewizji…

S.: – To po cholerę kamerzysta prowokuje?

T.: – A co, ma mecz pokazywać? (śmiech). Adebile swoją drogą (śmiech). Kanclerzem Niemiec bym był. Po nogach by całowali. A i w piłkę lepiej.

ROMAN KOSECKI (wiceprezes PZPN i poseł PO) do GRZEGORZA SCHETYNY o ZBIGNIEWIE BOŃKU, prezesie PZPN.

K.: – O, rudy idzie… Kurwa, nie dość że rudy, to jeszcze jakiś dzisiaj rozczochrany.

S.: – Ale przy Lato to on jest królowa brytyjska.

K.: – Ja tam Lato lubiłem. W interesach zawsze się wywiązywał.

S.: – Solidny, mówisz?

K.: – Jego robota to Euro. Muchowa tylko do zdjęć, minki robić. Ale on niemedialny był. To go…

S.: – Ale co nabrał, to nikt mu nie zabierze. Daj, Boże, każdemu takie. Daj, Boże.

DONALD TUSK do ROMANA KOSECKIEGO, którego syn Jakub wszedł na boisko w drugiej połowie.

T.: – E, widzę synek po tatusiu odziedziczył. Zapieprza jak chiński skuterek.

K.: – Ja w jego wieku byłem młodszy (śmiech).

T.: – Widział… (niewyraźnyfragment). Ale się nie podniesiemy. 3:1 i będzie koniec. Albo czwartą wbiją. Zero grania…

(do Tuska podchodzi asystent, wręcza mu telefon. Tusk znika w kuluarach. Po kilku minutach wraca do Koseckiego).

T.: – Związane ręce mam. Grzesiu będzie startował, obiecuje, pogra, we mnie nie uderzy.

K.: – Się rozumie.

T.: – Bo jak walnie, to i jemu się po łbie dostanie. Nie mogę, wiesz, teatrzyk musi odegrany zostać.

K.: – A ty, czemu kwitów nie każesz wyciągnąć?

T.: – Ostatni do tego jestem. Od napierdalania to bokserzy są. Zresztą atmosfery nie ma, nastroju, rozumiesz…

K.: – Bo na ciebie nic nie ma. Zresztą spokojny jesteś.

T.: – Nie ma, nie ma… Każdy swoje za kołnierzem ma. Ale za długo siedzę, żeby z byle kijkiem wyskakiwać.

K.: – I słusznie. Na spokojnie jedziemy, na spokoju.

BOGDAN BORUSEWICZ do MARKA KOŹMIŃSKIEGO, wiceprezesa ds. zagranicznych PZPN, chwilę po akcji niewykorzystanej przez Ludovica Obraniaka, spolszczonego Francuza.

B.: – Matko Boska… K.: – Pan się cieszy, że w piłkę trafił (śmiech).

B.: – A, to ten Francuzik… W białym mu dobrze (śmiech).

K.: – Ale nie w formie zupełnie.

B.: – Dobrze, że żabojad z boiska do okopu nie ucieka (śmiech).

JOLANTA KWAŚNIEWSKA, mijając się w przejściu z LECHEM WAŁĘSĄ.

K.: – A skąd pan takie ciepłe dostał (Wałęsatrzymał w ręku kubek z gorącym napojem – przyp. red.)?

W.: – A tam dają, za szkłem.

K.: – Ziąb okrutny.

W.: – Przynajmniej piciu przynoszą, a tam (wzwykłych sektorach – przyp. red.) stój pani w kolejce jak do czyśćca.

K.: – (śmiech) Niech pan koniecznie ucałuje ode mnie małżonkę.

W.: – A pani męża. Godzinę już siedzi, rękę podał, ale słowem się nie odezwie.

ALEKSANDER KWAŚNIEWSKI doDO NALDA TUSKAiGRZEGORZA SCHETYNY tuż przed końcowym gwizdkiem.

K.: – Dziękujemy, gra marna, cięgi zbieramy, ale miło było.

S.: – OdUkraińców dostać, straszny wstyd.

T.: – Przy takim kopaniu to o San Marino się boję.

S.: – Chociaż ty to Ukrainę miło wspominasz.

K.: – Głódź był moim actimelkiem (śmiech).

T.: – Widzimy się jak umówione.

K.: – Jak zwykle. Dzięki!

(Chwilępo odejściu Kwaśniewskiego). T.: – Patrz go, jaki chujek opalony. S.: – Ale Jola zmarzła. Cienki kożuszek taki.

Za bezpieczając się przed ewentualnymi zarzutami natury prawnej, informujemy, iż wszystkie rozmowy zostały przez nas zarejestrowane i będą zrozumiałe nawet dla głuchoniemych biegłych. Co zaś się tyczy zarzutów natury etycznej – powyższe rozmowy, choć miały charakter prywatny, padły w miejscu publicznym. A że je usłyszeliśmy dzięki wyjątkowo czułym uszom, cóż… Nieetyczne to było wypuszczanie Kwaśniewskiej na mecz w cienkim kożuszku! ?? jaruga@redakcja.nie.com.pl michal@redakcja.nie.com.pl

Foto popis| EAST NEWS

Wasze komentarze (1)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

Strona główna