Motto tygodnia: Rokita dość ma życia w nędzy - za internat chce pieniędzy!

Autor
Jerzy Urban

Tam, gdzie kupa dojrzewa

numer 01/17

Moim czytelnikom i widzom, a też nabywcom „NIE”oraz autorom życzę w 2017 r. dobrego stolca. Wielkorządcy naszego największego w Europie klozetu Jarosławowi Kaczyńskiemu też życzę, żeby się zesrał. Zapisuję te dobre słowa, siedząc w sraczu, amam ich w domu 9. Ktoś zapyta, po co komu 9 WC. Na chuj. W tym miejscu nachodzą mnie myśli, które zapisuję. Na półeczce koło kibla leży notatnik i długopis. Moje życie, nie tylko umysłowe, toczy się w klozetach, od kiedy tylko wstałem z nocnika. Nie ma w tym metafory, to czarodziejskie miejsca. Wczasach gdy redakcja „Polityki” mieściła się w pobliżu pomnika bojowników getta, a ja w niej pracowałem, wychodziłem zWC na korytarz, rozglądając się, czy nikt mnie nie widzi. Nie umiałem bowiem spuszczać wody; technika przerastała mnie już wepoce Gierka. Na plastikowej rurze spadającej od zbiornika wody do sedesu namalowana była strzałka w dół. Sądziłem, że wskazuje ona, iż należy się wypróżniać do porcelany, a nie na sufit. Tymczasem trzeba było pociągać tę rurę, gdyż była ona spłuczką, której nie mogłem znaleźć. Gdy w 1989 r. Tadeusz Mazowiecki sformował swój rząd, opuściłem ławy rządowe w Sejmie i już jako dziennikarz przeniosłem się piętro niżej. Dokładnie pod prezbiterium dla ministrów imarszałków izby rozpościera się rozległy, wytworny, czysty już w PRL sracz i tam podziemnie kontaktowałem się z politykami. Do pisuarów kapali szczynami, a na mnie poufnościami. Klozet w „Hotelu Europejskim” wspaniałością przerastał sejmowy. Gdy go otwarto, wydrukowałem recenzję. Z zachwytem opisywałem ten salon kupy, delektowałem się architekturą wnętrza. Nazwałem go najwspanialszym miejscem w Warszawie, salonem stolicy i z powodu tego zauważenia miałem wymówki polityczne. Nic to jednak w porównaniu z tarapatami, w które wpadłem dekadę później jako rzecznik rządu w tymże super kiblu. Dziewczyna, z która biesiadowałem w restauracji „Europejskiego”,zaprosiła mnie do podziemi, żebym się upewnił, że nie jest dziewicą. Tam zacząłem jej ufać, także w zakresie informacji politycznej. W rezultacie popadłem w starcie z ministrem spraw wewnętrznych gen. Kiszczakiem. Wywołałem notę protestacyjną ambasadora Wielkiej Brytanii do polskiego MSZ. Wreszcie poprosiłem o pomoc szefa wywiadu oraz kontrwywiadu. Szczegóły tej historii pominę, gdyż oddaliły się od klozetu, zresztą opisałem je już ze dwa razy. Lecę wstecz o 20 lat. Działo się to w latach 60. XX wieku. W podziemnym także sraczu, ale w pałacyku dziennikarzy w Warszawie przy ul. Foksal pobił mnie generał Wojska Polskiego w pełnym umundurowaniu i przy orderach, gdyż przyszedł pić po jakiejś galowej uroczystości. Przedtem, gdy siedział na górze przy stoliku, otaczał go satyryk Józio Prutkowski, ale nie zaraził armii poczuciem humoru. Wojsko trwało przy poczuciu honoru. Przy innym stoliku ja piłem z kolegami, a przy jeszcze innym szeregowiec kierowca generała raczył się wyłącznie wodą sodową, wężykowy zaś krzyczał do kelnera, żeby syfon doliczył do jego rachunku. My więc ostentacyjnie posłaliśmy żołnierzykowi najdroższe dania, choć się bronił. I zachwycaliśmy się głośno feudalizmem w armii i hojnością jej dowódców. Kiedy więc w klozecie stałem przy pisuarze, spasiony i wielki generał naskoczył na mnie od tyłu, waląc w łeb w obronie honoru właśnie. I może zostałoby mi tylko tyle rozumu, ile ma marszałek Kuchciński, gdyby nie pospieszył mnie ratować Kazik Dziewanowski, po latach za Skubiszewskiego ambasador wUSA i autor świetnego przemówienia Wałęsy do Kongresu i książki „Brzemię białego człowieka”. Subtelny hrabia odciągnął ode mnie czerwonego zmordy i przekonań byka w lampasach. W czasach szkolnych klozet był dla uczniów (wtym dla mnie) azylem, klubem wolności, miejscem różnych misteriów, w tym kultu chujów, które mierzyliśmy sobie porównawczo. Tu się paliło papierosy, bo innych niż tytoń ziół jeszcze nie znano, oglądało się biedapornograficzne ilustracje, wymieniało się znaczki pocztowe i uwagi o belfrach, dziewczynach, reżimach domowych, czyli o całym świecie. Prowadziło to często do zapomnienia, że można tam się także wysrać i wysikać. Dziś, gdy sracz tak się rozrósł, że ogarnął całą Polskę, klozet wypełnia też rzeczywistość. Przy pisuarze i na sedesie ludzie oglądają na swoich ekranach to samo, co przed defekacją i po niej. Wraz ze zniknięciem miejsca kontemplacji umarła i ona sama. Zapewne należę do niedobitków gapiących się pod deskę klozetową, a nie na internet.

Dopóki władzy PiS, dopóty klozety w ogóle nie mają przyszłości, gdyż nie mieszczą się w polskiej ani chrześcijańskiej tradycji. Wyklucza je polityka historyczna. Czyż idąc chrzcić Polskę, Mieszko I nie skakał w krzaki? Czyż husaria nie srała pod siebie?, Czyż powstańcy warszawscy nie zajęli sobą kanalizacji, wcześniej hamując zbrojnie spływanie tam gówna? Pozbawili przecież ludność i żarcia, i wody w rurach. Czyż żołnierze wyklęci budowali wodociągi w lasach?

Czyż to nie europejscy najeźdźcy, czyli Krzyżacy, zbudowali w Malborku pierwsze sracze, w których woda spłukiwała odchody?, WC kłóci się z polską tradycją. Skłaniać będzie do ich przyszłego zamykania. Moralności także zagrażają, bo gdzież onanizują się chłopcy i dziewczęta. Gdzież następuje próba sił pozamałżeńskich. Za stodołą zaś nie można zamknąć drzwi, aby w środku gromadzić myśli. W krzakach nie ma sposobu zamknięcia się przed dobrą zmianą. Chrystus miał tylko pustynię do dyspozycji. Kaczyński przez przeczyszczenie rozumie czystki. Woli spławiać ludzi niż gówno, co się dopiero okaże. Dziesiąty sracz mam w pracy, wyłącznie do własnego użytku. Redakcja jest blisko siedziby Błaszczaka i ABW, na długość jednej taśmy papieru toaletowego od gabinetu Macierewicza. Do belwederskiego pałacu Dudy będą ze 4 rolki, a do Szydło 6. Redakcję „NIE”warto więc zrepolonizować i urządzić tu podręczne więzienie. Mój osobny klozet w „NIE”ma 16 mkw. Wystarczy na celę zbiorową dla całej sejmowej opozycji. Trzeba tylko wynieść sedes, bidet i inne zbędności, a wstawić wiadro oraz okratować i zaślepić okno, bo wychodzi na ul. Słoneczną.

WPolsce istnieją jeszcze osoby, które zamykając się wdomowym WC, nie zabierają tam urządzeń elektronicznych. Tacy ludzie odpoczywają tam od społeczeństwa lub – jeśli są pisowcami – od narodu. Przez kilka minut pielęgnują indywidualizm, awrazie sraczki robią to często. Wydalą, podetrą się iwracają do stada, ale już z przebłyskami samodzielnej myśli. Sracze są więc niebezpieczne dla PiS, gdyż stopniowo wypłukuje mu się tam elektorat. ??

AVEVALUE| 17710

Wasze komentarze (0)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.