Motto tygodnia: Czapki z głów i w górę kiecki – będzie rządził Morawiecki.

Autor
PRZEMYSŁAW ĆWIKLIŃSKI

Spętany stanikiem

numer 50/16

13 grudnia 1981 r. Wpierw byłem napięty, potem wypięty.

Słuchałem radiowej Trójki – wieczornego programu Piotra Kaczkowskiego. Podłączony do radioodbiornika magnetofon ZK-140T nagrywał rockowe utwory, których jeszcze nie miałem w swojej taśmotece. O północy radio zamilkło. Nazajutrz zamiast „Teleranka”,którego ze względu na wiek nie wypadało mi oglądać, było przemówienie Jaruzela. Wojna!, Poszedłem do kościoła z matką i rodzeństwem. Ojciec został w domu, prychnąwszy: – Jak trwoga, to do Boga. Kazanie proboszcza Haląga było pojednawcze. Z jednym niespodziewanym i niepokojącym cytatem z Broniewskiego: „Sąw ojczyźnie rachunki krzywd, obca dłoń ich też nie przekreśli…”. Dokończyłem w myślach: „…alekrwi nie odmówi nikt…”. Krwi?! Mam iść na wojnę z „obcą dłonią”, czyli z Ruskimi? I bić się do krwi? Przecież mam dopiero 18 lat. Matka modliła się po cichu, a ojciec głośno powtarzał, nie wiedząc, że to szlagwort piosenki Tadeusza Rossa: – Wejdą, nie wejdą…, Nie weszli. Jaruzelski dał radę bez nich. A ja nie musiałem składać daniny krwi.

•••

Lekcji nie było do Nowego Roku. Spotykaliśmy się z kumplami i knuliśmy. Może by coś napisać białą farbą na czerwonych murach gdańskiego technikum łączności? Coś oWRON-ie, czyli Wojskowej Radzie Ocalenia Narodowego – że chujowa i antynarodowa. Albo o stanie wojennym – że też chujowy i antynarodowy.

– Co to za stan wojenny? – zapytał kolega Marek D. z pogardą w głosie. – Pinochet do zrobił stan wyjątkowy! Strzelanina, trupy na ulicach. A Jaruzel co? Zrobił stanik wojenny. Napiszmy: „Preczze stanikiem wojennym!”.

Nie podchwyciliśmy pomysłu. Ostatecznie napisaliśmy banał: „Młodzież z Technikum Łączności solidarna z internowanymi bohaterami”. Internowanym bohaterem był kolega Jarosław P. z piątej „a”– jak się dowiedzieliśmy – działacz Ruchu Młodej Polski. A nie wyglądał… Znacznie później wyszło na jaw, że był też konfidentemSłużby Bezpieczeństwa. Można było knuć albo nie knuć. Ci, którzy knuli, byli skazani na dziewczyny z trądzikiem i tłustymi włosami, w powyciąganych swetrach i w okularach ze szkłami grubymi jak denka od słoików. Tak były zajęte knuciem, że się nie depilowały. Ci, którzy nie knuli, podrywali wygolone dziewczęta na dyskotekach, które z powodu godziny milicyjnej zaczynały się o czwartej po południu. Panny te pachniały perfumami „Evasion”z Peweksu, całowały się z języczkiem, a bzykały dopiero na drugiej randce.

•••

13 grudnia zdecydowałem się na knucie. Miałem maszynę do pisania, której nie wahałem się użyć na szkodę komuny. Zamiast Trójki słuchałem Wolnej Europy iGłosu Ameryki. Radio stereo hi-fi zamieniłem na radziecki odbiornik na baterię „Okiejan”– z powodu świetnego odbioru. Pewnego wieczoru usłyszałem czytany przez spikera „Listdo cudzoziemców” Mrożka. – Ja pierdolę, ale mocne! – zawyłem z rozkoszy i poczułem, jak rośnie we mnie odwaga. Przy najbliższej powtórce nagrałem list i przepisałem go na maszynie przez kalkę w sześciu kopiach. Najmniejszy odstęp między wierszami – w godzinie próby należy oszczędzać papier. Oryginał był czytelny, ale na szóstej kopii trzeba się było domyślać, czy tekst jest po polsku, czy po mołdawsku. „Niejest prawdą, jakoby Polsce groziła wojna domowa” – pisał Mrożek, a ja razem z nim. Przez całą noc. Wyprodukowałem120 ulotek. – „Zbrojne starcie dwóch części tego samego narodu, wyznających odmienne przekonania – to jest wojna domowa. Tymczasem jeżeli w Polsce w ogóle są jeszcze komuniści, to – z wyjątkiem patologicznych przypadków – nie są już motywowani żadną szczerą i głęboką wiarą w komunistyczny dogmat. Są motywowani okolicznościami, oportunizmem, samooszustwem. A przeważnie są to ludzie, którzy wszystko postawili na system, którzy bez niego nie znaczyliby nic i którzy w służbie systemu poszli już tak daleko, że już nie mają albo wydaje im się, że nie mają – odwrotu”. Mój ojciec był patologicznym przypadkiem. A ja jego wyrodnym synem. Bojownikiem. Wyłożyłem ulotki w szkole na parapetach, bo po Nowym Roku wznowiono lekcje. Na dużej przerwie wezwał mnie dyrektor Emir Chazbijewicz, polski Tatar, po wprowadzeniu stanu wojennego powszechnie uważany za Ruska. Chazbijewicz wskazał mi krzesło. Trzymał moją ulotkę. Zastanawiałem się, czy mnie też – jak kolegę P. – junta internuje i umieści w ośrodku odosobnienia w Strzebielinku. – Ech… – westchnął dyrektor i pokazał mi drzwi. Takie zlekceważenie zniechęciło mnie. Knucie ograniczyłem zatem do noszenia opornika w klapie marynarki, na którą nakładałem kurtkę. Zresztą zawsze lubiłem zapach „Evasion”…, Kolega D. – ten, który stan uważał za stanik – nosił w klapie kondensator. Był w opozycji do opozycji.

•••

Wiedziałem, że knuje kolega z innej szkoły – Adam Hlebowicz – który uratował mojego brata, gdy ten topił się w Bałtyku. Z wdzięczności dostarczałem Hlebowiczowi „Małego Modelarza” – miesięcznik z kartonowymi modelami samolotów i okrętów do sklejania. Czasopismo miałem od ciotki Sławki, która pracowała w drukarni Wydawnictwa Obrony Narodowej. Hlebowicz tak się wprawił w knuciu, że przestał dopiero niedawno, gdy dobra zmiana wyniosła go na fotel dyrektora radiowej Trójki. Bohaterem pierwszych dni stanu wojennego został red. Stanisław Danielewicz, felietonista i recenzent muzyczny „DziennikaBałtyckiego”. Opublikował tam banalny felieton „Wracamydo płyt, o których się mówi”. Pierwsze litery akapitów tworzyły hasło: „WRONASKONA”. – Ja pierdolę, ale kozak! – zawołał kolega Grzegorz R. a wraz z nim całe Trójmiasto. Danielewicza oskarżono o „osłabienie gotowości obronnej PRL”, „poniżenie naczelnego organu PRL” oraz „próbęwywołania niepokojów publicznych lub rozruchów”. Przesiedział 9 miesięcy w areszcie śledczym, zanim prokuratura wojskowa umorzyła śledztwo, zmieniając kwalifikację czynu na „wyszydzanieorganu państwowego”.

•••

Pierwszą i jedyną szykaną, jaka mnie spotkała w stanie wojennym, był brak studniówki. Zrekompensowaliśmy to sobie, urządzając w domu kolegi Dariusza K. prywatne przyjęcie, które zakończyło się wypiciem należących do jego ojca zapasów „Soplicy” i – ale tylko jeśli chodzi omnie – bzyknięciem koleżanki z technikum hotelarskiego Wioletty B. zwanej „Świnią”. Wiola została „Świnią”nie z powodu tuszy, uszu czy twarzy. Wpierwszej klasie namiędzyszkolnej zabawie tańczył z nią kolega Piotr S. – No i co, daje się pomacać? – zapytał kolega Grzegorz R. – Nie. – A to świnia!, W październiku 1982 r. zacząłem studiować na Uniwersytecie Jagiellońskim. Do Krakowa przyjechałem z Wybrzeża – z kolebki „Solidarności”. Długo chodziłem w glorii bohatera walki z komuną, co przysparzało mi wymiernych korzyści. Renata C. koleżanka ze studiów i z Chrzanowa: – Musiało być wam trudno…

Ja: – Nawet sobie, złotko, nie wyobrażasz, jak trudno. Do dziś budzę się w nocy zlany potem. Jeszcze tej samej nocy Renata chciała się o tym przekonać.

Wiele lat potem opowiedziałem o tym generałowi Jaruzelskiemu, dziękując mu z stan wojenny. Podziękowania przyjął z wyraźną rezerwą. ?? [email protected]

AVEVALUE| 26508

Wasze komentarze (0)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.