Motto tygodnia: Za Platformy ciepła woda z kranu, za PiS-u koncertowy zamach stanu.

Autor
SAMUEL KOPYDŁOWSKI

Śmietnik dla doktorów

numer 49/16

O uczonym, który lodówki robił. Ale przestał.

Listopad 2013. Po powrocie z Wrocławia do prowincjonalnego miasta X jestem pełen nadziei. Myślę, że zmoimi kwalifikacjami znajdę pracę w kilka dni – skoro pracowałem na renomowanej uczelni w dużym mieście. Przecież gdy zobaczą moje CV: cenionych pracodawców, prestiżowe dyplomy kilku kierunków – „dotychczaso takim kandydacie tylko marzyli”. Daję im kilka dni.

Listopad 2013 – czerwiec 2016.

Wysyłam setki CV w mieście X. Ubiegam się o różne prace – w zawodzie, około, i „mocnonie w zawodzie”. Sądzę, że doktorat jednak zrobi wrażenie, „pozatym mało który kandydat ma kilkuletnie doświadczenie na tym samym lub podobnym stanowisku”. w końcu piszę CV w kilku wariantach (w kolejnym podając coraz mniej faktów z przeszłości zawodowej). Mimo to odbijam się od sekretarek większości dyrektorów szkół w mieście X i od sekretarki dyrektora biblioteki wojewódzkiej (uprzedzonatelefonem o intruzie, dziarsko zagradza mi drogę na 4 m od dyrektorskich drzwi: „Pan dyrektor upoważnił mnie do odbioru CV!”; nie mam sił zaprotestować). – Większość młodych ucieka z miasta X. Na przykład dwoje moich podopiecznych z kółka oazowego po studiach zostało w Lublinie. Tutaj nikt nie przyjeżdża – wszyscy uciekają – mówi miejscowy ksiądz poproszony o rozmowę. Gdy mówię, jak bardzo pewny byłem ponad 2,5 roku temu, że w tak małym mieście jak X doceni się doktorat, mam wrażenie, że ksiądz ledwo powstrzymuje się od śmiechu. Czerwiec 2016. Idę do agencji pośrednictwa pracy w mieście X. – Co, niż demograficzny? – Pani B. robi na mnie wrażenie umiejętnością zamknięcia złożonego meritum w krótkim pytaniu retorycznym. Muszę robić na Pani B. wrażenie przemądrzałego – zamiast krótkiego „takjest” wdaję się w pogawędki, a przynajmniej usiłuję; zauważam, że po ponad 2,5 roku bezskutecznego szukania pracy w mieście X bardzo przejmuję się wrażeniami rozmówcy, rzadko i niepewnie myślę o sobie. – Może ukryję coś w CV? W sensie wykształcenie i dotychczasowych pracodawców…? – Muszę sprawiać wrażenie doszczętnie przybitego, kilka lat temu nie uwierzyłbym, że to powiem. – Proszę niczego nie ukrywać! – replikuje Pani B. – Proszę zostawićCV jakie jest. (Pochwili, która wydaje się wystarczająca długa, by zakopać się pod ziemię, odkopać i ponownie zakopać, tyle że dwa metry głębiej). Coś dla pana znajdę… Interesuje pana praca w Fabryce Y? Szukamy do pracy w dziale zaopatrzenia, nie każdego przyjmują!, 16 czerwca 2016. Jestem już przed fabryką Y, czyli przed montownią lodówek poważnego azjatyckiego inwestora Z w mieście X. Na szkoleniu dowiem się, że dyrektorem generalnym fabryki jest wymagający pan Alain, były oficer armii francuskiej. „Trzebamieć się na baczności, Dyrektor ceni porządek!”. Lecz teraz jeszcze tego nie wiem; stoję przed budką strażnika, który kilka razy i z kilku stron ogląda mój dowód osobisty, po czym do kogoś dzwoni. Musiał usłyszeć „tak”– wypisuje jakąś kartkę i z uśmiechem wskazuję bramę, przez którą mam przejść. Za chwilę minę ją z jednorazową przepustką. – Pańskie imię i nazwisko? – pyta facet w fioletowym uniformie, średniego wzrostu, około czterdziestki. Sprawia wrażenie kulturalnego, mówi starannie, siedzi wyprostowany na krześle jak dziecko strofowane przez groźną mamę. Opowie mi jeszcze o rzeczach, do których „zmuszago prawo”, choć ja wcale „niemuszę tego wiedzieć”. – D. W. – odpowiadam. – D. W.! To pan (śmiech)!To pan od „tego”doktoratu!, Już mnie znają – myślę. – A nie mówiłem Pani J. by ukryć „ten”doktorat?! w niczym mi nie pomógł, a teraz przeszkodzi nawet w zdobyciu pracy w fabryce. – To problem, tak? – odzywam się prawie zrezygnowany. – Nie, skoro takie ma pan zainteresowania… – Czyli mam szansę na tę pracę?, – Tak. Mamy duże zapotrzebowanie – słyszę. 19 czerwca 2016. Telefon z agencji. Dostałem się. Umowa na 2 tygodnie. 20 czerwca 2016. Kilka dni później stoję już w fioletowej koszulce przy taśmie produkcyjnej. Dookoła przemyka mnóstwo ludzi, wszyscy dokądś się śpieszą. Dowiem się, że ulubionym słowem poważnego azjatyckiego inwestora jest „wydajność”. Czuję na sobie spojrzenia pozostałych robotników. Dziwnie kłębią się wokół mnie osoby w różnokolorowych koszulkach (każdykolor koszulki to inny przydział). W końcu nie wytrzymują: – To ty ten doktor?, Dowiaduję się, że kilka dni przed przyjęciem mnie kierownik obszedł wszystkie działy, z dumą oznajmiając, że jego podwładnym zostanie doktor. A teraz oni obstawiają który to. Oglądają mnie jak małpę w zoo – „doktorw fabryce w niedużym mieście X”. Do pracy wstaję o czwartej, potem autobus. Dojeżdżam razem z Białorusinami (sązdesperowani jeszcze bardziej niż ja, poza tym nie znają języka). Praca zaczyna się o szóstej. Kończy się o czternastej. Nie narzekam na dojazdy, gorzej z autobusami powrotnymi. Latem toną w pocie robotników opierających się o siebie tak, że nie wetkniesz szpilki. Robotnicy mają za zadanie zmontowanie lodówki. Norma to 200… na godzinę. W hali produkcyjnej działa kilka linii produkcyjnych. Wszystkie powinny pracować wydajnie. W praktyce oznacza to: „Toaleta (oryginalniedosadniej) tylko za zgodą przełożonego!”. Mnie wolno do toalety bez tych formalności – obiecano lżejszą pracę. Wystarczy, jak powiem, że potrzebuję. Przecież jestem konsultantem ds. zaopatrzenia! – wprawdzie bez żadnego szkolenia, wystarczy, że pod koniec zmiany podpisałem kwitek „przeszkolony” i oddałem przełożonemu. W sumie do końca pracy jeszcze dwa razy podpisałem „przeszkolony”, ostatnią pod jawną oceną szkolenia (Na co komu poufna?). Zaliczyłem na „bardzodobry” 5-minutowe„szkolenie”, na którym żaden z czterech nowo przyjętych pracowników nie zdążył zadać pytania. 28 czerwca 2016. Zaprzyjaźniam się z kolegą ze zmiany. Okazało się, że w tym roku z wyróżnieniem skończył ekonomię. Jednak wylądował tu gdzie ja i robi lodówki. „Awansujesztylko wtedy, kiedy twój kolega zdobędzie awans, i zechce wciągnąć cię do biura”. – Po tych słowach rezygnuję z wizyty u dyrektora personalnego. 4 lipca 2016. Przedłużono mi umowę. O 2 tygodnie. 15 lipca 2016. Moja praca, która miała być „lekka”,nie jest tylko „logistyką”,lecz przenoszeniem lodówek z palet na stanowiska, po kilkadziesiąt dziennie. Potem sprawdzaniem ich począwszy od poprawności zapakowania, a skończywszy na dokręceniu najdrobniejszej śrubki. Lodówkę należy wypakować i zapakować ponownie. Wszystko na czas! Spróbuj się jednak pomylić…, Gdy mylę się drugi raz w ciągu ośmiu godzin, słyszę: – W tej pracy nie potrzeba Bóg wie jakiego wykształcenia. Liderka woła mnie do pokoju, w którym czeka groźny kierownik w fioletowym uniformie (Ten sam, który przyjął mnie do pracy). – Twój błąd oznacza łatwą reklamację. A ona kosztuje fabrykę więcej niż twoja pensja!, Kierownik rezygnuje z drugiej zmiany. Liderka każe mi w piątek zadzwonić do agencji, „bonie wie, czy przedłużono mi umowę” (kończy się w niedzielę). 2 razy próbowała rozmawiać z kierownikiem – nie miał dla niej czasu. W agencji nic nie wiedzą, lecz sprawdzą. Po chwili oddzwaniają: – Bardzo nam przykro, przekazano nam, żebyśmy nie przedłużali panu umowy. Komentarze. Ta sama agencja pośrednictwa pracy, która nie pozwoliła mi ukryć doktoratu w CV, nigdy nie złożyła mi oferty zgodnej z kwalifikacjami. Jej własne kadry to absolwenci studiów zaocznych prywatnych uczelni w prowincjonalnym mieście X. Łącznie przesłałem CV do trzech agencji. Odezwały się dwie. W tym jedna, która zaprosiła mnie „pomyłkowo, bo nie doczytała CV”.

Foto autor| Ilustr. WŁODEK KIERUS, AVEVALUE| 16595

Wasze komentarze (0)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.