Motto tygodnia: Duda jest łowcą – ukradł marsz narodowcom.

Autor
BOŻENA DUNAT

SĘDZIA przenoszony drogą płciową

numer 09/14

Nas, obywateli, sądzą niezawisłe klany rodzinne.

Sądownictwo ogarnia feudalizm – trzecia władza staje się dziedziczna. Zdaniem sędziowskiej kliki zwanej samorządem najlepszym sędzią jest syn sędziego i ojciec przyszłego sędziego. Prezydent, mając opaskę na oczach, wiesza dziedzicom tych urzędów łańcuchy z orłem.

Nie jesteśmy gołosłowni.

W Sądzie Rejonowym w Olecku był wolny etat sędziego. Zgłosiło się 22 kandydatów. Z tego grona trzeba było wybrać szczęśliwca, który złoży ślubowanie w Belwederze i otrzyma nominację z rąk prezydenta Komorowskiego. Czyli dostanie dobrze płatną robotę do emerytury. W najgorszym razie jakieś 7 tys. zł miesięcznie do późnej starości, bo przecież usuwa się z zawodu tylko w sytuacjach ekstremalnych, np. gdy ktoś po pijaku skasuje dziecko na pasach.

Procedura naboru jest skomplikowana, nad rekrutacją czuwa właściwy sąd okręgowy. W tym przypadku był to Sąd Okręgowy w Suwałkach. Wśród pretendentów znalazł się syn Waldemara M., sędziego tego sądu, o czym świetnie wiedział urzędujący prezes. Nie posługuję się nazwiskiem sędziego, tylko inicjałem, bo tak robi, komentując tę sprawę, Sąd Najwyższy. M. opiniował kilku konkurentów syna. Wystawił pozytywne oceny, ale z zastrzeżeniami.

Potem zebrało się kolegium sędziów. Wszyscy, a więc również Waldemar M., który jest członkiem tego ciała, uznali, że młodyM. jest świetny. Uzyskał maksymalną liczbę głosów.

Podobno ktoś coś chlapnął, bo ogólne zgromadzenie sędziów, w którym uczestniczy przedstawiciel Ministerstwa Sprawiedliwości, wprawdzie potwierdziło kwalifikacje kandydata M., ale nie przyznało mu pierwszego miejsca na podium, tylko drugie.

Papiery pojechały do Warszawy, bo ostateczną decyzję o tym, kto dostanie togę, podejmuje obecnie Krajowa Rada Sądownictwa. Tam zauważono, że sędzia M. nadmiernie maczał palce w procedurze oceniania przyszłego sędziego M. Zdecydowano, że błąd ma charakter nieodwracalny, nikt więc nie dostanie nominacji. Choć nie wszyscy członkowie rady byli tego zdania (na16 osób 4 wstrzymały się od głosu, jedna była przeciw).

Krajowa Rada Sądownictwa uznała też, że zarówno tatuś kandydata, jak i jego kolega prezes, który wiedział o pokrewieństwie panów, naruszyli zasady etyki i wystąpiła o ich dyscyplinarne ukaranie.

Jednak Sąd Apelacyjny w Gdańsku wywiódł, że nic się nie stało. Przecież takie zachowanie jak w Suwałkach jest powszechne. Dlaczego więc M. i jego przełożony mieliby wiedzieć, że coś zrobili nie tak?

Sąd Najwyższy był innego zdania, sprawa wróciła więc do Gdańska do powtórnego rozpatrzenia z informacją, że głosowanie na krewnych może kształtować niewłaściwy społeczny odbiór wymiaru sprawiedliwości.

Kilka lat temu redaktorka z białostockiego „Kuriera Porannego” popełniła publikację „Mamo,tato, ja też chcę być sędzią”. Najważniejszą część stanowią nazwiska sędziów miejscowego sądu apelacyjnego. Na 28 w nim zatrudnionych w gazecie pojawiło się 13. Aż tylu sędziów miało dzieci bądź bliskich krewnych (synowa,bratanek), którzy pokonali konkurentów i zostali sędziami. W tym dwóch sędziów dochowało się więcej niż po jednym sędzi.

Redaktorka pogadała o tym zjawisku z prezesem sądu apelacyjnego Januszem Dubijem. Oto najciekawszy fragment:

– Nie jest prawdą, że dzieci sędziów z mlekiem matki wysysają wydawanie wyroków?

– Ja mówię, że osłuchanie prawnicze, przebywanie z rodzicami prawnikami przynosi pewne efekty. Nie oznacza to, że dziecko sędziego musi zostać sędzią. Moja rodzina jest też takim przykładem. Córka została sędzią, a syn od początku nie interesował się prawem.

– Ale Pana syn i tak znalazł w sądzie pracę jako informatyk.

– Tak, jest informatykiem, i co w tym złego?

Lublin, rok 2010. Do konkursu na 27 etatów w sądzie rejonowym zgłosiło się ponad 500 chętnych. Komisja konkursowa kierowana przez prezesa Mariusza Tchórzewskiego wskazała najlepszych. Wybrano dużą grupę krewnych sędziów i pracowników sądownictwa. Synów sędziów, brata sędziego, córkę kierowniczki sekretariatu, męża kierowniczki finansowej.

– Z nepotyzmem się nie zetknąłem – oświadczył prezes, którego pytano, co to za cud, że kwalifikacje na sędziego przenoszą się drogą płciową.

Lublin, rok 2012. W Sądzie Rejonowym Lublin-Zachód pojawiły się 2 wakaty. Stawiło się 35 chętnych. Wśród nich Monika O., prywatnie małżonka wiceprezesa Sądu Rejonowego Lublin-Wschód Łukasza O. A także Joanna S.-L.,prywatnie córka przewodniczącej Wydziału Karnego Sądu Okręgowego w Lublinie Anny S.

Kolegium Sądu Okręgowego oraz Zgromadzenie Sędziów Okręgu Lubelskiego, w którym zasiadają wspomniana przewodnicząca oraz wiceprezes, pozytywnie zaopiniowały kandydatury swojaków.

Zrobił się szum.

Przewodnicząca i wiceprezes oświadczyli, że nie pomyśleli o wyłączeniu się z głosowania, bo taka jest tradycja. Nie chodzi zresztą o to, aby pod byle pretekstem stawać z boku, ale oceniać obiektywnie, nie faworyzując bliskich. Powszechnie wiadomo, że sędziowie mają obiektywizm we krwi.

Mimo tego tłumaczenia córka i małżonka w tym rozdaniu przepadły. Nominację dostała Monika O. i Przemysław T.

Można pomyśleć, że skoro była zadyma, pewnie zyskały na niej osoby spoza środowiska sędziowskiego.

– Żona T. jest sędzią Sądu Rejonowego Lublin-Zachód. Monika O. też nie jest z zewnątrz – podpowiada mój informator.

– Żeby się upewnić, czyją córką jest pani Monika, przedzwońcie do Sądu Rejonowego w Białej Podlaskiej i poproście o rozmowę z przewodniczącym, do wyboru, I lub III wydziału – radzi blog Summum Ius Summa Iniuria tępiący przejawy nepotyzmu w sądownictwie.

– Nieistotne, kto jest czyim rodzicem, to przecież dane poufne – słyszę w Białej Podlaskiej.

I Wydziałowi Cywilnemu Sądu Rejonowego przewodniczy Agnieszka O., a sędzia Wojciech O. III Wydziałowi Rodzinnemu i Nieletnich.

Czyli stało się tak, że w wyniku afery rozkręconej przez regionalną „Gazetę Wyborczą” 2 etaty, zamiast trafić do dziecka sędziego i małżonki sędziego, trafiły do dziecka sędziego i małżonki sędziego, tyle że innego.

Ponieważ o tej puencie w mediach cicho, zaniepokoiłam się o utrącone panie. Przejrzałam wszystkie uchwały Krajowej Rady Sądownictwa w przedmiocie przedstawienia wniosku o powołanie do pełnienia urzędu na stanowisko sędziego i uspokajam Czytelników. Bingo!

Dziś Joanna S.-L.i Monika O. są sędziami – jedna w Sądzie Rejonowym w Lubartowie (było28 kandydatów), druga w Sądzie Rejonowym w Puławach (pokonała 26 kandydatów). W uzasadnieniach KRS przeczytałam, że były najlepsze: skończyły prawo na piątki, egzamin sędziowski też, miały bogatą praktykę w sądach lubelskich i, co wynika z głosowania, cieszą się uznaniem środowiska sędziowskiego.

Z lektury protokołów wynika, że środowisko niesłychanie rzadko jest komuś przeciwne, przecież wystarczy, jak wstrzyma się od głosu, bo kogoś zna niewystarczająco.

– Czyli nie z piaskownicy – mówią odtrąceni.

Poseł Jacek Czerniak słusznie uznał, że może chodzić o wady systemu. Zapytał zatem ministra sprawiedliwości: w ilu apelacjach sędziowie oceniali, czy ich potomstwo nadaje się na sędziów? Czy minister potępił te praktyki? W jaki sposób zamierza zapewnić kandydatom do zawodu niemającym z nim związków rodzinnych takie same prawa, jakie ma progenitura sędziów? Czy upomniał Lublin?

Podsekretarz stanu Grzegorz Wałejko odpowiedział grzecznie i na okrągło, że jest dobrze, a będzie lepiej. Był chory albo na haju, bo w ogóle nie zauważył poselskich pytań.

Czerniak zadał je ponownie. Tym razem odpisał mu inny podsekretarz. Wojciech Węgrzyn wyjawił, że występowanie związków rodzinnych w jednostkach organizacyjnych nie jest cechą specyficzną jedynie dla sądów.

Nie wie niestety, jak wielki to problem w sądach, bo brak podstawy prawnej, aby takie dane zbierać.

Powinno być dobrze, bo pieczę nad naborem sprawują prezesi sądów oraz Krajowa Rada Sądownictwa. Poza tym sędziowie zobowiązani są przestrzegać zasad etyki, czyli m.in.nie wykorzystywać swego statusu i prestiżu sprawowanego urzędu w celu wspierania interesu własnego lub innych osób.

Również podsekretarz Wałejko nie odpowiedział posłowi, czy minister sprawiedliwości pogroził paluchem sędziom z Lublina.

Załóżmy, że sędzia rejonówki robi błąd. Do więzienia trafia niewinny człowiek. Czy sąd odwoławczy przyjrzy się sprawie obiektywnie, jeśli rozdaje w nim karty tatuś czy mąż osoby, która spartoliła robotę? Nikt nigdy nie próbował policzyć, ile niesłusznych wyroków utrzymano, ile spraw rozmyto, aby sędziemu nie stała się krzywda.

Rodzinne więzy to naprawdę potężna siła. Niedawno głośno było o mecenasie z Białegostoku, który zabił aplikantkę. Została uduszona i zmasakrowana: pęknięta śledziona, uszkodzone nerki, ciało było jednym wielkim siniakiem. Krewni mecenasa sądzą w Sądzie Okręgowym oraz Sądzie Apelacyjnym w Białymstoku. Mówi się, że

w trosce o ich uczucia miejscowi prawnicy postanowili być solidarni z mordercą i zgromadzili blisko 4 mln zł tytułem poręczenia, pragnąc, aby oczekiwał na prawomocny wyrok na wolności.

Tego, czy adwokaci i radcy, zbierając pieniądze, liczyli na to, że będą przez ciocię i wuja mordercy traktowani życzliwiej podczas ferowania wyroków, nie wiem. Tylko o to pytam. ??

Foto autor| Rys. RYSZARD DĄBROWSKI

O autorovi| BOŻENA DUNAT, [email protected]

Wasze komentarze (1)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.