Motto tygodnia: Rokita dość ma życia w nędzy - za internat chce pieniędzy!

Autor
ROZALIA SZUM

Ściąga z Orbána

numer 50/16

Dla obecnej władzy, bezrefleksyjnie kopiującej rozwiązania znad Dunaju: co już ma Budapeszt, a czego nie ma Warszawa.

Narodowe sklepy tytoniowe. Od 1 lipca 2013 r. papierosy na Węgrzech kupić można tylko w „Narodowychsklepach tytoniowych”, jednakowo oznakowanych, z szybami oklejonymi tak, żeby dzieci nie mogły nawet zobaczyć, jak wygląda opakowanie papierosów. Dopiero w domu, gdy tatuś zapali po obiedzie. Do koncesjonowanych sklepów nie wejdzie dziecko, to jego zdrowie stało się oficjalnym pretekstem do ich wprowadzenia. Gdyby małe jednak weszło, to zgodnie z ustawą trzeba przestać sprzedawać tytoń, dopóki nie opuści ono lokalu. – Chcemy utrudnić sprzedaż nieletnim i utrudnić ogólny dostęp do papierosów, bez podnoszenia ich cen – trąbił Fidesz, zanim sklepy stały się faktem. Wstępnie chciano przyznać 5400 koncesji w całym kraju. Zanim prawo weszło w życie, na Węgrzech istniało ponad 52 tys. punktów, gdzie kupić można było papierosy. Ustawę dotyczącą sklepów narodowych – podległych Ministerstwu Gospodarki – pisał János Sánta. Przyjaciel Jánosa Lázára, ówczesnego sekretarza stanu Kancelarii Premiera, a wcześniej przewodniczącego rządzącego Fideszu. Prywatnie – przedsiębiorcy, szefa firmy Continental… zajmującej się dystrybucją tytoniu. Jego firmy z wydanych w całym kraju koncesji zdobyły od 100 do 500 na terenie całego kraju, o czym rozpisywała się tamtejsza prasa opozycyjna. Przewodniczącym przedsiębiorstwa tytoniowego został Zsolt Gyulai, polityk Fideszu. O koncesje ubiegali się jego znajomi i rodzina. Otrzymali je. Orbán – tłumiąc protest – autorytarnie stwierdził, że jak władza zechce, żaden ze startujących w przetargu „lewaków”nie dostanie koncesji. Po kilku latach wychodzi na to, że z „korzyści”, którymi rząd węgierski uzasadnił wprowadzenie ustawy, te konkretne odnieśli wyłącznie Lázár, Gyulai oraz ich krewni i znajomi, bo tamtejsze społeczeństwo nadal pali dużo i intensywnie, w tytoń zaopatrując się w trafikach i na czarnym rynku, co widać wyraźnie na ulicach Budapesztu. Dlaczego PiS w ogóle pozwala jeszcze Polakom kupować papierosy w zwykłych spożywczakach, a nie w narodowych sklepach, nie wiadomo. Może kompletnie zapomniało o nałogu palenia, bo pali tylko głupa. Walka z bezdomnymi. Jak tylko Orbán doszedł do władzy, okazało się, że chyba często spaceruje po uliczkach Budy i Pesztu, bo razić go zaczęli bezdomni. W uchwalonej w ciągu zaledwie 23 dni węgierskiej konstytucji znalazły się zapisy o zakazie koczowania bezdomnych w miejscach publicznych. Zapis ten za niekonstytucyjny uznał tamtejszy Trybunał Konstytucyjny, w odpowiedzi na co znacznie ograniczono rolę trybunału w procesie legislacyjnym – zabieg ten w Polsce już znany. Koczowanie w przestrzeni publicznej karane jest grzywnami. Jeśli bezdomni nie są stanie ich zapłacić, sąd może zamienić karę na prace społeczne lub areszt. Według rządu Orbána to rozwiązanie miało to doprowadzić do rozwiązania problemu niebagatelnej rzeszy ludzi, około 35 tysięcy osób wskali całego kraju, pozostających bez domu. Czy się udało? Widać to w przejściach podziemnych metra, szczególnie w centrum: na stacji przy placu Ferenca Deáka, stanowiącej pętlę trzech linii tamtejszego metra, bezdomni śpią w każdym z sześciu wyjść do miasta. Między nimi obojętnie przechadzają się policjanci. Dlaczego nie udało się rozwiązać problemu bezdomności tak, jak chciała węgierska władza? Powód był jeden: nie ma ich gdzie pomieścić; tylko Budapeszcie ośrodki dla bezdomnych oferują ok. 5 tys. miejsc, a bezdomnych w mieście jest ponad 8 tysięcy. Polskie Ministerstwo Pracy i Polityki Społecznej policzyło bezdomnych w styczniu 2015 r. Mamy ich około 36,1 tysięcy, czyli o 5,4 tysiąca więcej niż w 2013 r. Rząd jeszcze nie wyjął ich spod prawa. Widocznie nie kłują władzy w oczy, bo ta nie spaceruje. Pomniki Armii Czerwonej. W Budapeszcie odnowiono cmentarz Kerepesi przy ulicy Fiumei, gdzie w zeszłym roku udał się Putin, aby oddać cześć złożonym tam ciałom 700 tysięcy żołnierzy Armii Czerwonej. Cmentarz ten to miejsce ciche i skłaniające do nostalgii. Nie ma tam grobów jeden obok drugiego, to raczej park z grobowcami, utworzony w 1847 r. Skromne kwatery żołnierzy radzieckich usytuowane są na lewo od głównego wejścia. Odnowione bez zarzutu, z czerwonymi i złoconymi gwiazdami na pomnikach. Ich renowację sfinansował rosyjski miliarder, kwatery odnowiono w2012 i 2014 r. Nie zmieniono napisu na jednym z monumentów, który głosi, że radzieckim bohaterom należy się „wiecznawdzięczność i chwała”, bo „oddali swoje życie za wolność narodu węgierskiego podczas kontrrewolucji w październiku 1956 r.”. Nagrobki czerwonoarmistów na cmentarzu to jedno. Czym innym jest złocona gwiazda na Placu Wolności (Szabadság). Stoi wcentrum miasta, niedaleko parlamentu. Przy tym samym placu znajduje się też ambasada Stanów Zjednoczonych. Wygląda na to, że zgniły czy nie, ale kompromis jest na Węgrzech możliwy. Zwłaszcza że pomnik nieźle komponuje się z sąsiednią architekturą. Inne monumenty, które w dużej liczbie zdobiły Budapeszt jeszcze 30 lat temu, zobaczyć można w Parku Pomników (SzoborPark). Władze Budapesztu podjęły sensowną decyzję w sprawie sztuki socrealizmu: zebrały pomniki w jednym miejscu na przedmieściach Budy. Park otwarto w 1993 r. Stał się miejscem pielgrzymek wycieczek zagranicznych. Dzisiaj to coś w rodzaju skansenu komunizmu. Cały czas cieszy się dużym zainteresowaniem zwiedzających, a obecne władze nie planują go zamknąć. Gdyby więc w Polsce poprzednie i obecne rządy miały rozum tam, gdzie zwykle nosi się czapkę, mogłyby zebrać pomniki socrealistyczne i udostępnić je tym, którzy mają potrzebę ich zobaczenia. Niestety na to nie wpadliśmy. Pomnik Braterstwa Broni w Warszawie nie wrócił na Pragę, mimo że dla wielu mieszkańców Warszawy był jak praskie misie, a na pomniku stali też polscy żołnierze generała Berlinga. Dziś w magazynie okrywa go kurz, podobnie jak setki innych monumentów z poprzedniej epoki. Brak wpłatomatów. Zagranicznego turystę spokojnie wykiwają bankomaty Euronetu: rodzimej węgierskiej firmy, która obecnie ma siedzibę w USA. Wypłaca się w nich pieniądze w sposób powszechnie znany, to znaczy najpierw wybiera się język obsługi, a potem wskazuje, ile pieniędzy potrzeba. Detalem zaburzającym całość jest komunikat w języku węgierskim wyskakujący dokładnie w chwili, gdy spodziewamy się ujrzeć nasze pieniądze. Jak człowiek za bardzo się pospieszy i naciśnie w tym momencie zielony przycisk, to w podajniku pojawić się może cała zawartość jego konta – przewalutowana ze złotówek najpierw na euro, a potem z euro na forinta, z naliczonym spreadem. Wtedy odbyć można pouczającą wycieczkę po Budapeszcie w poszukiwaniu wpłatomatu. Odkryje człowiek, że tych na Węgrzech nie ma, ale też zdąży przyjrzeć się funkcjonującym w kraju zachodnim bankom. Wypatrzy ich mało. Austriacki Raiffeisen działa, choć miał zostać znacjonalizowany. Podobnie holenderski ING. Bank Szechenyi znacjonalizowano na Węgrzech jeszcze w 2013 r. państwo ma w nim 49 proc. udziałów. Podobny los czekać może inne placówki z kapitałem zagranicznym, bo Orbán za niezdrową uznaje sytuację, w której 70 proc. sektora bankowego znajduje się w obcych łapach, które węgierski rząd regularnie trzepie linijką. 2 lata temu na 11 największych banków zachodnich nałożono na Węgrzech ogromną karę w wysokości 133 mln zł za stworzenie „kartelu”. Według regulatora miał on szkodzić Węgrom, którzy zaciągnęli kredyty we frankach. Najmocniej ukarano węgierski OTP (54mln zł) i austriacki Erste (24mln), a także włoskie Intesa Sanpaolo i UniCredit. Wprowadzony tam podatek bankowy zahamował wzrost gospodarczy i zaburzył stabilność finansowąkraju, a także zmniejszył zaufanie inwestorów, przy jednoczesnym braku istotnych dochodów do budżetu. Ale Węgry są w budowie.

•••

„Budujemykraj, w którym ludzie pracują nie dla zysku obcokrajowców. Kraj, gdzie to nie bankierzy i zagraniczni biurokraci mają mówić, jak mamy żyć, jaką mamy mieć konstytucję, kiedy możemy podnosić płace czy emerytury. Budujemy kraj, w którym nikt nie może narzucać Węgrom, by służyli interesom innych” – podkreśla Orbán. Polska władza, zapatrzona na Madziarów, gotuje ten sam gulasz. Skutkiem może być wewnętrzne rozsadzenie coraz słabszej Unii Europejskiej, a w perspektywie niechciane, ale realne zbliżenie z Moskwą. Wtedy straci wyłącznie Budapeszt: pomniki z parku wrócą na swoje miejsca. My możemy tylko zyskać. Bez wizy będziemy jeździć, żeby oglądać wrak tupolewa.

AVEVALUE| 16830

Wasze komentarze (0)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.