Motto tygodnia: Gdy Szydło słyszy spicz Junckera, czuje się jak jasna cholera.

Autor
M.Z.

Resortowi ziemianie

numer 50/16

Po „resortowych dzieciach” przyszła kolej na „czerwonychhrabiów”.

Media rządowe biorą się za lustrowanie tych przedstawicieli sfer ziemiańskich, którzy po wojnie zamiast emigrować i wielbić „żołnierzywyklętych” udzielili poparcia Polsce Ludowej. Na początek Tomasz Lenczewski zlustrował Dominika Horodyńskiego („DoRzeczy” nr 49). Posłużył się metodą standardową do „dzikiej”lustracji. Półprawdy i zmyślenia z teczek ubeckich zaczerpnięte, a domieszka prawdy gwoli uwiarygodnienia. Podstawowe fakty biografii Horodyńskiego skrótowo przedstawione odpowiadają rzeczywistości. Wszystko natomiast, co dotyczy działalności w Polsce Ludowej, to już tylko półprawdy, interpretacje stronnicze, a odczyt motywacji zupełnie zakłamany.

Katolicki socjalista?

Dominik Horodyński pod wpływem doświadczeń okupacyjnych, traumy powstania warszawskiego, w którym uczestniczył jako adiutant „Radosława” i – w konsekwencji – rozczarowania polityką rządu emigracyjnego, zaraz po wojnie zdecydował się na współpracę z nową władzą, z Polską Ludową. Z pozycji realizmu politycznego, gdyż nie podzielał jej marksistowskich założeń ideologicznych. Współorganizował, a później redagował tygodnik „Dziśi Jutro”, przystąpił do stowarzyszenia PAX. Tyle prawdy. Lenczewski przypisuje Horodyńskiemu ponadto fanatyczne ponoć zauroczenie „katolickimsocjalizmem” jako koniecznością dziejową. To już mity. Koncepcja czegoś w rodzaju „katolickiego socjalizmu” nie istniała, a sam Horodyński nie uchodził za praktykującego czy też filozoficzniezaangażowanego katolika. Ale to drobiazgi.

Ze znamionami agenta?

W relacji Lenczewskiego zgrzeszył on przede wszystkim (tytułartykułu: „Dziejegrzechu Dominika Horodyńskiego”) współpracą z Ministerstwem Bezpieczeństwa Publicznego. Wraz z całym kierownictwem PAX-ui jego wodzem Bolesławem Piaseckim miał uprawiać „kolaboracjępolityczną noszącą znamiona agentury”. Nie podpisał wprawdzie żadnych zobowiązań, nie pozostała po nim, gdyż nie była prowadzona, teczka operacyjna, inwigilowano go i podsłuchiwano. Jednak dla dziennikarskiego lustratora był agentem. Miał nadany przez UB pseudonim, o którym zapewne nie miał nawet pojęcia. „Odludzi tej miary, co Bolesław Piasecki, Dominik Horodyński, Konstanty Łubieński czy Ryszard Reiff władze bezpieczeństwa nie wymagały formalnego zobowiązania do współpracy” – pisze Lenczewski. Dziwna to agentura. Jednak w tej narracji wszystko, co robił Horodyński – publicystyka, wyjazdy zagraniczne, próby oddziaływania na emigrację w kierunku przychylnym dla Polski Ludowej itp. – nabiera cech realizacji instrukcji MBP, personalnie zaś dy

Łowca stanowisk?

Dominik Horodyński jest teraz charakteryzowany z jednej strony jako „fanatyczniei szczerze oddany władzy ludowej”, z drugiej jako koniunkturalny łowca stanowisk, posad i apanaży. Wychodzi na swoje nie dzięki postawie i talentom, lecz znajomościom i poparciu. Zachęcony destalinizacyjną odwilżą opuszcza Piaseckiego i PAX, zostaje zatrudniony w redakcji „PolishPerspectives”, kilka lat później dzięki znajomości ze Stefanem Żółkiewskim dostaje się do redakcji „NowejKultury”. Gdy pod koniec lat 60. jako korespondent w Rzymie angażuje się we wspieranie przygotowań do porozumienia PRL z RFN, to według Lenczewskiego po to, żeby przy okazji załatwić sobie posadę w dyplomacji.

Zamiłowany hazardzista?

Później, gdy kieruje warszawskim tygodnikiem „Kultura”i pod jego skrzydłami wyrasta spore grono aktywnych zwolenników „Solidarności” – Ryszard Kapuściński, Teresa Torańska czy nawet dzisiejszy realizator pisowskiej „dobrejzmiany” w mediach Krzysztof Czabański – to owe zasługi dla antyreżimowej opozycji Lenczewski przypisuje oczywiście nie Horodyńskiemu, lecz „całemuzespołowi”. Nie omija też podłych kalumnii. Przytacza pogłoskę o tym, że przyczynił się do uwięzienia swego przełożonego z AK „Radosława”. A tradycyjne umiłowanie jeździectwa (Horodyński był koniarzem ekspertem i czasami pojawiał się na wyścigach) interpretuje jako „zamiłowaniedo hazardu”. Na koniec konkluzja: wybór polityczny dokonany u progu Polski Ludowej, koniunkturalnie modyfikowany w miarę zmiany sytuacji zapewnił Horodyńskiemu „dośćwygodne i dostatnie życie w PRL”. Zgodnie z natrętną manierą oficjalnej poprawności politycznej, respektowaną przez cały obóz posolidarnościowy z nielicznymi wyjątkami, również Lenczewski odmawia Horodyńskiemu jakichkolwiek racji i przypisuje mu wyłącznie niskie pobudki, wzgląd na karierę, apanaże, dostatki.

Hrabiowie?

Horodyńscy należeli do największych posiadaczy ziemskich w II RP. Na powojennej zmianie granic i ustroju stracili ogromne majątki na Wileńszczyźnie i trochę mniejsze, ale za to bardzo dochodowe, w Galicji. Nie byli hrabiami, w opowieści Lenczewskiego to defekt, choć w rzeczywistości powód do chluby. W dawnej Rzeczpospolitej tytułów arystokratycznych nie nadawano i nie honorowano, tytuły książęce zachowali jedynie potomkowie trzech rodów dynastycznych – Piastów, Rurykowiczów i Giedyminowiczów. Liczne później tytuły hrabiowskie pochodziły z nadania monarchów zaborczych.

Horodyńscy bez trudu uzyskaliby ten tytuł w Rosji lub Austrii, ale się o to nie ubiegali. Wysoką pozycję towarzyską mieli bez tego. Jedyny potomek tej rodziny mógł po 1945 r. dużo wygodniej i dostatniej urządzić się na emigracji. Miał tam dobre koneksje. Wybrał jednak kraj i Polskę Ludową. Był to wybór ideowy, a nie koniunkturalny. Chciał służyć sprawie narodowej. Majątków przecież nie odzyskał, mimo zaangażowania po stronie władzy dotyczył go, jak wszystkich rozparcelowanych ziemian, zakaz przebywania w pobliżu dawnych posiadłości.

Wielu

Podobnego wyboru dokonało wielu polskich ziemian. Wśród nich kilkunastu z najznamienitszych rodów. Krzysztof Mikołaj Radziwiłł, przedwojenny senator, a w Polsce Ludowej wysoki urzędnik MSZ i poseł na Sejm Ustawodawczy. Bracia Morawscy, Zdzisław i Kazimierz, wnuki księcia Zdzisława Lubomirskiego, przewodniczącego Rady Regencyjnej Królestwa Polskiego z lat 1917–1918. Pierwszy był dziennikarzem, w pewnym okresie redaktorem naczelnym „Życia Warszawy”, członkiem PZPR; drugi znanym działaczem świeckiego ruchu katolickiego, pod koniec PRL członkiem Rady Państwa. Z arystokracji wywodzili się Ignacy Krasicki, wpływowy dziennikarz w PRL, i Konstanty Łubieński, działacz katolickiego „Znaku”,poseł na sejm PRL wielu kadencji. Liczni byli ziemianie prowadzili w PRL aktywną działalność zawodową bez angażowania się w politykę, zwłaszcza w administracji rolnej i stadninach koni, także w nauce (np. profesorowie Listowski i Czetwertyński). Niektórzy w czasach stalinizmu byli nękani represjami, ale po 1956 r. restrykcje te ustały.

Łatka

Zbyt łatwo też przykleja się dziś łatkę agentury policyjnej do stowarzyszenia PAX. Założone przez konserwatystów i byłych działaczy ONR było projektem politycznym, a nie agenturalnym. Bolesław Piasecki, więziony przez NKWD, złożył propozycję współpracy nie agenturalnej, lecz politycznej z pozycji Realpolitik, nawiązującej do koncepcji Romana Dmowskiego. Został zwolniony i jego propozycja podobała się Gomułce, który umożliwił jej realizację najpierw w formie grupy „Dziśi jutro”, a od 1947 r. PAX-u. Wwykonaniu Piaseckiego ten projekt miał zabarwienie autorytarne, ciążył ku zachowawczym i twardogłowym frakcjom PZPR, ku natolińczykom w 1956 r. a nacjonalistom Moczara później. W okresie stalinizmu PAX zapisał się niechlubnie poparciem i usprawiedliwianiem represji wymierzonym w duchowieństwo katolickie. Jednocześnie jednak tworzył parasol ochronny dla wielu intelektualistów stroniących od oficjalnej marksistowskiej ideologii, dawał im szansę pracy i publikacji. Niektórych uratował od więzienia. Wydawnictwa PAX publikowały książki, które nigdzie indziej nie mogłyby wtedy się ukazać. Wkręgu tego stowarzyszenia i jego agend znalazło się wielu byłych akowców i intelektualistów katolickich dalekich od tradycji ONR, m.inPaweł Jasienica i Tadeusz Mazowiecki. W okresie destalinizacji w latach 1955–1957ludzie ci w kilku falach od PAX-u odchodzą. Większość do innych bliższych episkopatowi stowarzyszeń katolickich, niektórzy, jak Horodyński, nawet do PZPR.

Nękanie

Błędnie interpretowana lub co najmniej nadinterpretowana jest zależność PAX-u od ówczesnej policji politycznej. Kontakty kierownictwa tego stowarzyszenia z MBP i Brystygierową traktowane są jak służba agenturalna. W rzeczywistości była to konsekwencja faktu, że w Polsce Ludowej od samego zarania władze dość nieopatrznie powierzyły policji politycznej zarząd nad polityką wyznaniową i kontaktami państwa z Kościołami oraz organizacjami o charakterze wyznaniowym. Ten stan rzeczy utrzymał się po 1956 r. i z tego powodu obecnie wielu duchownych ma problemy. Są nękani i sekowani przez gorliwych lustratorów, gdyż w aktach bezpieki pozostały ślady ich kontaktów w różnych sprawach paszportowych, przydziału materiałów, licencji wydawniczych itp. a przy okazji pogawędek o polityce. Policja polityczna wszystko gorliwie notowała i upychała w teczkach. Dziś na tym materiale żerują lustratorzy, oficjalni i woluntariusze, z niewielką kompetencją historyczną, a za to z nadmiarem złej wiary.

Foto popis| rektorki V departamentu Julii Brystygierowej. AVEVALUE| 21971

Wasze komentarze (0)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.