Motto tygodnia: Matko Boska! Prezydentem nie będzie Zdanowska?

Autor
BOŻENA DUNAT

Przepraszam, że tu biją

numer 19/15

Źli policjanci z Olsztyna wcale nie tacy źli.

Przedostało się do opinii publicznej, że kilku olsztyńskich gliniarzy torturami wymuszało zeznania. Jak wiadomo, bili, kopali, razili paralizatorem, dusili gazem. Prokuratura zatrzymała czterech oprawców z Komendy Miejskiej. Natychmiast po ujawnieniu afery komendant insp. Andrzej Góźdź przeprosił wszystkich, którzy doświadczyli niewłaściwego zachowania.

„Konsekwencje dyscyplinarne – wyrzucenie ich z pracy oraz karne – zarzuty, tymczasowe aresztowanie i kara nawet do 10 lat pozbawienia wolności to indywidualna odpowiedzialność zatrzymanych” – dobił podwładnych, bo tego oczekiwała od niego Warszawa. Jest tajemnicą poliszynela, że właśnie Komenda Główna Policji zastawiła sidła na katów.

Góźdź zapowiedział podjęcie działań magicznych: rozwiązanie komórki kryminalnej, w której pracowali zatrzymani funkcjonariusze i powołanie nowej. Będzie nią zarządzać nowa kadra kierownicza. „Doświadczona”– sprecyzował inspektor. Zatrudnienie znajdą policjanci nieskażeni kumplowaniem się z katami („nowi policjanci” – chwalił Góźdź).

1. Stanisław Olsztyn 14 lat pracował w olsztyńskiej policji na kierowniczym cywilnym stanowisku. Był doceniany. Zastępował naczelnika wydziału, gdy była potrzeba. Któregoś dnia szef poprosił, żeby zapoznał się z dyskusją w Radiu Szczecin, dlaczego na komisariatach brakuje podstawowych środków czystości. Poprawa funkcjonowania logistyki leżała obywatelowi Olsztynowi na sercu, w trosce o dobro ogółu napisał więc list otwarty. Zaadresował go do Jerzego Dziewulskiego, który wiódł prym w radiowej rozmowie. Wysłał do wiadomości szefów.

Streszczam list: logistyką w policji olsztyńskiej rządził facet przysłany przez lokalne lobby samorządowo-partyjne. Był cienki jak polsilver, poszedł więc w odstawkę. Dostał jednak inną ciepłą posadę, żeby nie drażnić protektorów. Przyszedł ktoś nowy, tym razem z Komendy Głównej Policji. Nowego logistyka nie interesowało to, że pracownicy od siedmiu lat nie otrzymywali długopisów, a papier toaletowy często musieli zastępować gazetami. Oficer zaczął poprawiać warunki pracy kolegom z kierownictwa. Polecił kupić wielkie telewizory i ekspresy do kawy. A dla siebie zestaw kina domowego, który kazał zamontować w służbowym mieszkaniu, żeby mniej się nudzić na prowincji.

„Pewnie to ja będę ryczeć lub dostanę w łeb po tym liście… bo wsadzam kij w mrowisko… a oni wzajemnie dalej będą se włazić w…! Pozostaje mi nadzieja, że żyję w Polsce, a nie na Ukrainie, i dlatego nie pobiją mnie nieznani sprawcy lub nie ulegnę nieszczęśliwemu wypadkowi” – napisał Olsztyn z Olsztyna.

Minął rok. Jest zdrowy. Za to bezrobotny. Tuż po publikacji został zwolniony, bo stracono do niego zaufanie. Ma proces karny o zniesławienie, który wytoczył oficer z Warszawy. Nie nudzi się, bo założył i prowadzi blog „Ku prawdzie”, w którym walczy z patologiami w życiu społecznym.

– Jestem sygnalistą – mówi o sobie.

To słowo robi w policji furorę. Sygnalista to ktoś mający odwagę poinformować szefów, że w służbie dzieje się źle. Człowiek na wagę złota, któremu nie powinien spaść włos z głowy. Tak stoi w instrukcjach.

Nie przesądzając o wyroku sądu karnego, bo proces trwa, warto pochylić się nad wyrokiem sądu pracy, w którym sygnalista Stanisław Olsztyn zabiegał o przywrócenie do roboty. Sędzia Grażyna Giżewska-Rozmus przyznała rację policji. Bo Komenda Główna Policji stwierdziła, że zakup telewizorów i ekspresów „tonie były priorytetowe i najpilniejsze wydatki w garnizonie”, ale przecież nie naruszono prawa.

Policjantom nie powinno się wydawać, że jedynym ograniczeniem prawa do wolności wypowiedzi jest tajemnica służbowa. Że prawa obywatela, konstytucja i takie tam… Żeby nie przynudzać, streszczam przydługi wywód sądu: pracownik policji musi dbać o wizerunek policji, bo jest narodowe zapotrzebowanie, żeby była wiarygodna. „Fakty,o których napisał (Olsztyn – przyp. B.D.),mogły zostać przez niego poruszone, jednakże sposób wypowiedzi pracownika na stanowisku kierowniczym winien cechować się pewną powściągliwością, jeżeli chodzi o poziom oraz charakter ocen i komentarzy” – wywiodła sędzia.

2. Szczytno to miasto w województwie warmińsko-mazurskim, szerzej znane z tego, że funkcjonuje tu Wyższa Szkoła Policji. Tutejsza Miejska Komenda Policji posłużyła mi za dowód na to, że w policji w ogóle nie są potrzebni dowódcy („Pies bez suki”, „NIE”nr 44/2013). Swego czasu przełożeni skontrolowali, jak przebiega akcja „Bezpiecznyweekend”. Statystycznie było OK. Zatrzymano do kontroli 122 auta, odłowiono pięciu kierowców na podwójnym gazie. Ale… policjanci obstawili drogi z przyzwyczajenia. „Plan działań kontrolno-prewencyjnych”, nadesłany z Warszawy, zawieruszył się w biurkach komendantów.

Wiewióry ze Szczytna zdecydowały się na rozmowę z „NIE”,bo w tym samym czasie odeszli ze służby naczelnik Wydziału Kryminalnego, jego zastępca, naczelnik Wydziału do Walki z Przestępczością przeciwko Mieniu, jego zastępca, naczelnik Wydziału Prewencji i naczelnik Wydziału Ruchu Drogowego.

Jako powód pomoru policjanci wskazali nowego komendanta – Cezarego Gołotę. Gołota wsławił się w Szczytnie wprowadzeniem swojej córki i jej kumpli do Stanowiska Łączności Szyfrowej Policji i magazynów z bronią. Niewielu może tam wejść, a już na pewno nie cywile.

Wsławił się też karaniem na oślep, byle zadowolić publikę. Przykładów jest wiele. Choćby taki: pociąg walnął w samochód. Nikt nie ucierpiał. Kilka kilometrów dalej kierowca wbił się w drzewo. Trup. Dyżurny miał pod parą jedną ekipę dochodzeniowo-śledczą i jednego technika kryminalistyki.

– Zacznijcie od trupa – polecił.

Pociąg stał 2 godziny, pasażerowie zainteresowali swoim dramatem media. Co powiedzieć dziennikarzom, żeby byli zadowoleni? Inspektor Gołota uznał, że najlepiej ukarać dyżurnego za niewłaściwą reakcję na zdarzenie.

Dziś wiadomo, że to nie były incydenty bez znaczenia, lecz zdarzenia, które powinny postawić na nogi przełożonych z komendy wojewódzkiej. W2014 r. spadła wykrywalność najbardziej uciążliwych dla mieszkańców przestępstw, takich jak rozboje, kradzieże i uszkodzenia mienia. Komenda Miejska Policji w Szczytnie jest najgorsza w regionie, wniosków nie wyciągnięto.

Rodzynek z ostatniej chwili: ktoś zakapował, że jeden z prowadzących odprawę naczelników jest na bani.

Zainteresowany odmówił dmuchania.

Zastępca komendanta zabrał delikwenta na badanie krwi. Szpital znajduje się 2 km od komendy, ale na kilka godzin ślad po panach zaginął. Gdyby incydent zainteresował przełożonych, niech pogrzebią w Elektronicznej Książce Dyżurnego Komendy Powiatowej Policji w Szczytnie, w której zanotowano anonimowe zgłoszenie i zapisano, co było dalej.

3. Nieoficjalnie wiadomo, że Komenda Główna Policji miała przecieki, że nad Łyną biją. Równie dobrze mogła uderzyć na chybił trafił. Znęcają się na wszystkich naszych „dołkach”. Z raportu Europejskiego Komitetu przeciw Torturom wynika, że Polska nie wykonuje zaleceń, choć te same są powtarzane od lat. Chodzi m.in.o egzekwowanie odpowiedzialności nie tylko od sprawców, ale również ich przełożonych, wprowadzenie mechanizmu raportowania takich wydarzeń, ochronę sygnalistów, czyli funkcjonariuszy, którzy sypną kolegów, wprowadzenie prawa do obrońcy z urzędu już na etapie zatrzymania. Zatrzymani skarżyli się wizytatorom na uderzenia otwartą dłonią lub pięścią, kopnięcia, uderzenia pałkami, zbyt ciasne zapinanie kajdanek. Ale też, choć takie skargi były nieliczne, na bicie pałką po stopach, rażenie prądem, przypalanie papierosem. Członkowie komitetu twierdzą, że widzieli opisywane obrażenia na ciałach aresztowanych.

Nie chcę bronić oprawców wymuszających zeznania. Jednak warto zauważyć, że wyrok w olsztyńskiej sprawie jeszcze nie zapadł. Trzeba też pamiętać, że rzadko jest tak, iż przestępca zgłasza się i ochoczo opowiada, co zmalował, prosząc o łagodny wymiar kary. Zwykle policjanci prośbą czy groźbą wymuszają zeznania. Rzeczą państwa jest stworzenie systemu, który uniemożliwia czy utrudnia drogę na skróty.

W tym przypadku wpojono opinii publicznej przekonanie, że oprócz złych metod oprawcy mieli złe intencje. Wcale nie chodziło im o walkę z dilerami narkotyków, którzy podsuwali prochy uczniom olsztyńskich szkół. Sens tego, co poszło w mediach, jest taki, że funkcjonariusze zwinęli i skatowali niewinnych ludzi.

Chodziło o to, aby nadrobić statystyki. Zmuszali do zeznań, ci zaś, którzy się nie zgadzali, byli torturowani – poinformował jeden z tabloidów.

4. Taktyka spychania winy na podwładnych, którą uprawiali olsztyńscy komendanci, okazała się nieskuteczna. Ostatnio komendant miejski Andrzej Góźdź i komendant wojewódzki Józef Gdański podziękowali za robotę. Takie sugestie miały przyjść z Warszawy, choć Góźdź zapewnia: – To była wyłącznie moja decyzja.

Dymisje zostały przyjęte. W oświadczeniu Gdański napisał, że wszystkiemu winni są policjanci, którzy podeptali wartości. Nie ma sobie do zarzucenia żadnego przeoczenia, niedopilnowania, nic… Odchodzących w niesławie komendantów pożegnano z pompą – jak bohaterów. Kronikarz zanotował, że brawom nie było końca, bo odchodzili ludzie honoru.

Normalni obywatele denerwują się, bo Góźdź będzie miał teraz dużo czasu na polowania. Komendant miejski stał się rozpoznawalny w regionie z powodu zabicia krowy. To była ulubiona Esterka starszej rolniczki spod Jezioran, chowana od maleńkości, zatem choć morderca wysupłał 5 tys. zł, i tak babina pochorowała się z żałości. Doszło do niepotrzebnej publicznej dyskusji: czy myśliwy może zbijać krowy? Przecież nie wolno walić z gnata w ciemno. Góźdź wyjaśnił, że krowa zginęła od rykoszetu. Trafił w dzika, ale kula odbiła się od szczeciny i skończyła w Esterce. Zanim dyskusja doszła do tego poziomu, trup Esterki sczezł, a dzik zaszył się leśnych ostępach.

Foto autor| Rys. HENRYK CEBULA

AVEVALUE| 22311

Wasze komentarze (0)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.