Motto tygodnia: Rokita dość ma życia w nędzy - za internat chce pieniędzy!

Próg wyższy od Jarosława

numer 52/16

Jak zmienić konstytucję, nie mając konstytucyjnej większości?, To pytanie ewidentnie nurtuje prezesa Polski i jego akolitów.

Zmiany w Trybunale Konstytucyjnym to tylko przygrywka; teraz – jak słyszymy z tzw. dobrze poinformowanych źródeł – przyszła kolej na prawdziwą reformę. Zmianę ordynacji wyborczej w taki sposób, aby nowa metoda liczenia głosów dała PiS dwie trzecie nowego Sejmu, nawet jeśli nie dadzą mu tego wyborcy.

Podnieść

Nie tak dawno w „Rzeczpospolitej” spekulował na ten temat Marek Migalski. Trafnie, acz cynicznie zauważa on, że „Kaczyńskiwykazałby się brakiem frasobliwości, gdyby nie zmienił zasad gry na swoją korzyść” – i wymienia kilka możliwych scenariuszy: wprowadzenie tzw. ordynacji mieszanej, czyli wybierania co drugiego posła jak dotychczas, z list partyjnych, a co drugiego w okręgach jednomandatowych; zmiana granic obwodów wyborczych, tak aby okręgi tradycyjnie pisowskie zyskały po kilku posłów, a antypisowskie straciły; wprowadzenie „postępującychprogów” koalicyjnych: 8 proc. dla koalicji dwóch ugrupowań, 16 dla trzech, 24 dla czterech etc. Interesująco były europoseł PiS nie wymienia tego jedynego, bardzo prostego rozwiązania, nad którym – według naszych informacji – PiS obecnie pracuje: podniesienia progu wyborczego do 10 proc. Jak powszechnie wiadomo, mamy zapisany w konstytucji system proporcjonalny – i 2 rozwiązania wyraźnie tę proporcjonalność zniekształcające: próg wyborczy na poziomie 5 proc. dla partii i 8 proc. dla koalicji oraz premiujący zwycięzców system D’Hondta. Dlatego PiS, które zdobyło 37,58 proc. głosów, ma dziś 235 mandatów, a nie – jak wynikałoby z proporcjonalnego wyliczenia – 174. Lewica zaś, która dostała 7,55 proc. nie ma ani jednego mandatu, choć wyborcy przyznali jej 35. Rozwiązania te wprowadzono w roku 1993 pod wpływem dość traumatycznego doświadczenia, jakim były pierwsze całkowicie wolne wybory z roku 1991, kiedy to do Sejmu dostało się 29 ugrupowań (wtym 11 jednoosobowo), co utrudniało wyłonienie stałej większości i trwałej koalicji. Nie da się jednak ukryć, że było to działanie pochopne: wustabilizowanych demokracjach tego typu zmiany, radykalnie wypaczające podstawowe zadanie wyborów, jakim jest wyłonienie reprezentacji obywateli, wprowadza się po wielu latach niepowodzeń w zbudowaniu sprawnych i trwałych koalicji w parlamencie wybranym zgodnie z demokratycznymi zasadami. Żeby było zabawniej, pamiętam dość dokładnie telewizyjną dyskusję na ten temat, toczoną w 1993 r. między Karolem Modzelewskim i Jarosławem Kaczyńskim (choćnie dam głowy, czy nie był to Lech). Prof. Modzelewski zwracał uwagę, że debata dotyczy w gruncie rzeczy tego, czy ordynację należy konstruować, mając na względzie wygodę rządzących czy rządzonych. Kaczyński, niezaskakująco, był entuzjastą wzmacniania władzy kosztem demokracji.

Naprawić

Większość posłów w typowej dla Polski okresu transformacji nadgorliwości przyjęła ten drugi punkt widzenia i postanowiła „naprawić system” odgórnie, nie dając wyborcom szansy na wyciągnięcie wniosków z lekcji pierwszej kadencji i samodzielną modyfikację swoich zachowań wyborczych – choć z dzisiejszej perspektywy wydaje się dość oczywiste, że jedne wybory i 2 lata funkcjonowania demokracji to było doświadczenie za małe na to, żeby podejmować decyzję tak radykalną. I, co ważniejsze, nieodwracalną: odejście od systemu dyskryminującego mniejsze partie i powstające dopiero siły musiałoby zostać przegłosowane przez Sejm, w którym rządzą partie na tym systemie zyskujące. Wprawdzie najnowsza historia RP notuje jedną taką zmianę – w 2001 r. metoda D’Hondta została na chwilę zmieniona na bardziej sprawiedliwą i proporcjonalną metodę Sainte-Lague’a – ale był to łabędzi śpiew AWS, która wiedząc, że z kretesem przerżnie wybory, postanowiła (skutecznie)osłabić potencjalne zwycięstwo SLD. Nawiasem mówiąc, dozgonne poczucie krzywdy towarzyszy z Sojuszu, którzy dostali wówczas tylko 216 mandatów zamiast spodziewanych 240, nie uwzględnia faktu, iż z podziału głosów lewicy należało się mniej niż 190 miejsc w Sejmie.

Zabetonować

Tak czy inaczej: lekarstwo, wprowadzone w 1993 r. okazało się gorsze od choroby. Pewną niestabilność władzy okresu transformacji (bezprzesady – w ogromnie rozdrobnionej pierwszej kadencji były tylko 2 rządy: Olszewskiego i Suchockiej) zastąpiono zacementowaniem sceny politycznej, uniemożliwiającym stopniową modyfikacjęskładu Sejmu, czyli wprowadzanie do niego małych kilkuosobowych reprezentacji nowych sił politycznych, które sprawdzając się, mogłyby torować drogę większemu klubowi w następnej kadencji. Każda nowa formacja wchodząca do Sejmu jest albo jakąś modyfikacją wcześniejszych partii, często sępem żywiącym się ich trupem (jakPiS i PO w stosunku do upadłych AWS i Unii Wolności), albo projektem finansowymludzi zamożnych (jakRuch Palikota i Nowoczesna). Samoobrona była jedynym bodaj przypadkiem, kiedy to lud z ulicy wkroczył do Sejmu – i powszechny ostracyzm, jaki ją otaczał, stanowił najlepszy dowód na to, co klasa politycznamyśli o reprezentacji motłochu na salonach. Ateraz PiS chce wprowadzić 10 proc.

Zmanipulować

Według dzisiejszych sondaży – ale tak naprawdę według układu sił od dobrych kilku lat – 10-procentowypróg wyborczy zredukowałby Sejm do trzech sił politycznych. To plan Jarosława Kaczyńskiego – od dawna mówi on, iż jest przeciwny systemowi 2-partyjnemu, bo takie dwie partie mogłyby „byćmiędzy sobą dogadane”, ale 3–4 ugrupowania w parlamencie to optymalna liczba. Optymalna może wydawać się zwłaszcza dzisiaj, gdy jego partia ma poparcie większe niż dwie następne razem wzięte, które zresztą konkurują ze sobą o ten sam elektorat (średniasondażowa PiS z ostatniego miesiąca wynosi 33,8 proc. Nowoczesnej – 17,8, PO – 15,4). Jeśli z gry wypadnie Kukiz ’15,który do pewnego stopnia wkracza wrezerwuar antyestablishmentowych, niezadowolonych z III RP wyborców PiS, oraz PSL z jego imponującą zdolnością koalicyjną i jeśli definitywnie wykosi się lewicę – co Kaczyńskiemu jest miłe osobiście, bo choć nie doznał za PRL jakichś szczególnych prześladowań (amoże właśnie dlatego), komuny generalnie nienawidzi – to szanse PiS na konstytucyjną większość w przyszłej kadencji gwałtownie rosną. Oczywiście teoretycznie istnieje też innamożliwość: rządzić tak, żeby przekonać do siebie dwie trzecie społeczeństwa i zdobyć konstytucyjną większość w drodze wyborów, a nie manipulacji nimi. To oczywiście tylko teoria, w wypadku PiS jeszcze bardziej absurdalna niż w wypadku np. PO, która starała się uśmiechać do wszystkich:

władza prezesa Polski i jego namiestników, takich jak Macierewicz czy Ziobro, pomyślana jest w sposób wyzywająco konfrontacyjny.

Społeczna polityka rządu, z „500 plus” na czele, niewątpliwie buduje lojalność jego własnego elektoratu – ale podobnie silnie PiS buduje swój elektorat negatywny. Poprzez agresywną retorykę, ostentacyjną arogancję większości parlamentarnej, bezczelne działania wymierzone w przeciwników politycznych i ich wyborców, począwszy od zamachu na TK, a skończywszy na ograniczaniu prawa do zgromadzeń. PiS ma na własność jedną trzecią wyborców – ale jeśli nie wybuchnie wojna z Rosją, nie ma szans nawet zbliżyć się do 40 proc.; jego elektorat negatywny jest zbyt potężny. Manipulacja progiem wyborczym daje znacznie bardziej realną szansę na rzeczywistą budowę IV RP.

Skoczyć

Gwoli ścisłości: 10-procentowypróg wyborczy nie jest zjawiskiem nieznanym światu. Na jego temat wypowiadał się nawet trybunał strasburski. Uznał, że rozwiązanie to nie jest pogwałceniem prawa do wolnych wyborów gwarantowanego przez Europejską Konwencję Praw Człowieka. Chodziło o Turcję. W Turcji 10-procentowypróg obowiązuje od lat 80. kiedy to wprowadzono go, żeby zapobiec ciągłym zmianom rządów – przez dwie poprzedzające dekady Turcja miała 20 różnych gabinetów, przez dwie następne – zaledwie 6, w tym 3 monopartyjne. Turecki próg wyborczy zaskarżyli do Strasburga Mehmet Yumak i Resul Sadak – dwaj reprezentanci kurdyjskiej partii DEHAP, którzy w 2002 r. nie dostali się do parlamentu mimo zdobycia 46 proc. głosów w okręgu Şirnak. Wskali kraju DEHAP zdobyła 6,2 proc. W kuriozalnym orzeczeniu trybunał zwracał uwagę, że „skarżący mogli przewidzieć, że nie dostaną mandatów, jeśli ich partia nie przejdzie progu” (jakbyto kiedykolwiek było kwestionowane) oraz powoływał się na argument rządu Turcji, iż „obecnyparlament odzwierciedla więcej niż 50 proc. głosów wyborców”. W istocie było to 54,7 proc. – 45,3 proc. oddanych głosów zostało zaś zmarnowane. Do Zgromadzenia Narodowego dostały się tylko dwie z osiemnastu startujących partii, dzięki czemu AKP, partia obecnego tureckiego dyktatora Recepa Tayyipa Erdogana, dostając zaledwie 34 proc. głosów, zdobyła 362 miejsca w 550-osobowymparlamencie. Co oznacza, że podczas gdy głosy 15 milionów Turków wylądowały w koszu, głosy 10 milionów dały Erdoganowi władzę absolutną nad 80-milionowymspołeczeństwem – władzę, której dotychczas nie wypuścił z rąk i wszyscy wiemy, co z tego wynikło. Oczywiście wypowiadając się na temat progu wyborczego w wyborach z 2002 r. Wielka Izba Europejskiego Trybunału Praw Człowieka nie mogła przewidzieć brutalnej dyktatury Erdogana z roku 2016, ale trudno nie zauważyć, że rozumowanie trybunału – przypomnijmy, praw człowieka – zmierza w nieco zaskakującym kierunku. Trybunał w dwóch instancjach uznał, że absurdalnie wysoki próg, eliminujący reprezentację nieomal połowy głosujących, nie narusza art. 3 protokołu nr 1 do Konwencji o Ochronie Praw Człowieka i Podstawowych Wolności, który mówi o „swobodziewyrażania opinii ludności w wyborze ciała ustawodawczego”, albowiem państwa mają prawo dokonywać swobodnego wyboru celów przy tworzeniu ordynacji wyborczych. Mogą skupiać się na tym, aby parlament rzetelnie odzwierciedlał decyzje wyborców, ale mogą też ponad tą rzetelnością stawiać łatwość tworzenia i stabilność rządu. Wprawdzie trybunał odnotował również, że najwyższy na świecie, 10-procentowyturecki próg wyborczy jest uzasadniony w Turcji, która ma za sobą historię niestabilności politycznej i rządowej, ale może być niedopuszczalny w innych krajach z innymi doświadczeniami – lecz trudno oczekiwać, żeby takie subtelności powstrzymały prezesa Polski przed ostatecznym sięgnięciem po władzę. Pomijając już fakt, że od zaskarżonych wyborów do definitywnego rozstrzygnięcia tej kwestii przez trybunał minęło 6 lat – co daje władzy zdobytej w drodze manipulacji ordynacją aż nadto czasu na okopanie się w sposób nieodwracany. Przydałaby się tu jakaś optymistyczna puenta, ale żadnej nie udaje mi się znaleźć. Jeśli Jarosław Kaczyński rzeczywiście planuje wprowadzić 10-procentowy próg wyborczy i wyeliminować w ten sposób wszelką realną opozycję – to po prostu to zrobi. A Państwo mogą panu prezesowi skoczyć. AGNIESZKA WOŁK-ŁANIEWSKA

awl@redakcja.nie.com.pl

Foto autor| Ilustr. WŁODEK KIERUS, AVEVALUE| 25815

Wasze komentarze (0)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.