Motto tygodnia: Za Platformy ciepła woda z kranu, za PiS-u koncertowy zamach stanu.

Autor
TADEUSZ JASIŃSKI

Polska dla zwierzaków

numer 48/16

Ćwierć wieku temu Polska była postrzegana przez Zachód jako kraj, w którym po ulicach zapieprzaj ą białe niedźwiedzie. Od tamtej pory robimy wszystko, żeby naprawdę zapieprzały.

Minister rolnictwa Krzysztof Jurgiel w lutym podjął decyzję o odstrzale 40 tys. dzików w 50-kilometrowej strefie przygranicznej. Na ten cel przeznaczył 18 mln zł. No i dupa. – Polski Związek Łowiecki nie spełnił swojej roli. Idzie to w kierunku rozwiązania tego związku, bo albo współpracuje z państwem i ta redukcja będzie dokonana, a jeżeli nie, to trzeba będzie podejmować inne działania – powiedział Jurgiel we wrześniu.

Kto zobaczy w mieście dzika…

Jurgiel prawie nigdy nie mówi do rzeczy. Tym razem jednak miał rację. Myśliwi od lat się opierdalają. I to tak, że zaczyna się o to przypieprzać Unia Europejska. Według jej rekomendacji dzikich świń powinno być u nas 135,5 tys. a jest prawie 300 tys. Unia według naukowych kryteriów wykoncypowała, że „bezpieczna”liczba dzików to 5 osobników na 1 tys. ha. Jeśli kudłatego i chrumkającego tałatajstwa jest więcej, to zaczyna je ciągnąć do ludzi. Wpierdalają zatem ziemniaki i kukurydzę z pól albo szwendają się po miastach w poszukiwaniu kontenerów z żarciem. Myśliwym nie chce się strzelać do odyńców, bo im się to zwyczajnie nie opłaca. Najpierw musi takiego 200-kilogramowego futrzaka wpakować do samochodu, potem szukać punktu skupu, i to tylko po to, by zainkasować 1,50 do 2,50 zł za kg. Dla kogoś, kto wydaje na fuzję kilkanaście tysięcy, te parę groszy nie jest warte zmarnowanego czasu.

Z powodu braku biedy w ograniczaniu populacji dzikich świń nie bierze udziału chłopstwo. Zamiast kłusować, aby przynieść rodzinie kawałek mięsa na obiad, podlaski rolnik woli wypełniać kwity o unijne dotacje, „500plus" i odszkodowania za wyrządzone przez dziki straty w uprawach. Bo to się lepiej kalkuluje.

I dlatego w ostatnich 15 latach populacja dzików zwiększyła się trzykrotnie.

Przebobrzyliśmy

Jak wynika z danych Głównego Urzędu Statystycznego, w Polsce żyje niemal 90 tys. bobrów. Zdaniem leśników dane te mogą być bardzo zaMyśliwiniżone. I pomyśleć, że tuż po wojnie doliczono się w całym kraju ledwie 200 sztuk. Polska Akademia Nauk zakupiła zatem w 1948 r. z radzieckiej hodowli bobrów europejskich w Woroneżu 26 sztuk tych gryzoni. Wypuszczono je w Oliwie i na Biebrzy. Tak się jednak złożyło, że większość z nich posłużyła miejscowej ludności na czapki i kołnierze. W czasach Gierka, gdy chłopa stać już było na zakupy kaszkietów i szalików w domach towarowych, prof. Wirgiliusz Żurowski zainicjował kolejny program restytucji bobrów. Wyhodowane w Popielnie bobry oraz te z Suwalszczyzny, których jeszcze § nie zjedzono, były przesiedlane na terenie ‚ całej Polski. I się zaczęło. Teraz gryzonie są wszędzie. Podgryzają lasy, podtapiają łąki i pola, rozkopują wały ‚ przeciwpowodziowe. W ciągu ostatnich lat zbobrowały ponad 200 tys. m sześciennych drewna wartego jakieś 50 min zł. W tamtym roku na same odszkodowania za bobrzą działalność poszło do rolników 17 min zł. A żeby było śmieszniej, ojciec tego bobrzego stada, pracownik Polskiej Akademii Nauk oraz członek Państwowej Rady Ochrony Przyrody prof. Wirgiliusz Żurowski uważa, że populacja bobrów w Polsce nie powinna przekraczać 6 tys. osobników. Bobry widać mają się dobrze, skoro przez ostatnie 16 lat ich liczba zwiększyła się 5-krotnie. Dlatego, że są objęte ochroną. Niechcianą zresztą przez państwo. Bo skoro na Białorusi, Litwie, Łotwie, w Obwodzie Kaliningradzkim, Estonii oraz w ekologicznych Finlandii i Szwecji bobry należą do zwierząt łownych, to dlaczego u nas jest zakaz noszenia traperskich czapek?, Oczywiście przez myśliwych.

20 lat temu resort środowiska przedstawił pomysł, aby bobry wpisać na listę zwierząt łownych. Polski Związek Łowiecki jednak nie przystał na to z dwóch powodów. Po pierwsze na myśliwych spadłby obowiązek wypłaty odszkodowań za straty spowodowane przez bobry. Po drugie myśliwi bali się medialnej zjebki ze strony ekologów za strzelanie do tych miłych stworzeń.

mieli rację. Na ekologiczną minę nadziała się właśnie Generalna Dyrekcja Ochrony Środowiska. Zapowiedziała bowiem odstrzelenie 27 tys. bobrów. I mimo że zastrzegła, iż gryzonie będą mogły być odstrzeliwane w miejscach, gdzie wywołują najwięcej strat, to zielone lobby nie zostawiło na urzędasach suchej nitki.

Wilk w dom

Wilk jest takim głupszym krewniakiem psa. Zamiast dać się sformatować do postaci buldożka francuskiego, spać w łóżku, wpieprzać smakołyki, puszczać bąki i wyprowadzać pana na spacer, woli o suchym pysku popierdalać na deszczu i mrozie. No i służyć rodzicom do straszenia dzieci. Ekolodzy umyślili sobie, że takie głupie indywiduum trzeba dopieścić. No i proszę. O ile w roku 1970 wyło u nas 56 wilków, o tyle dziś jest ich niemal 20 razy więcej. O ile kiedyś wpieprzały owieczki na Podhalu, to dziś polują na co się da na Mazurach, Podlasiu, Pomorzu, Dolnym Śląsku, a nawet na Ziemi Lubuskiej. Rozpanoszone wilki nie są jednak takimi idiotami, jak usiłują je przedstawiać obrońcy zwierząt. Drapieżniki zatraciły wrodzony instynkt i skoro człowiek może im nagwizdać, to przestały bać się ludzi. Po cholerę mają się uganiać za sarnami czy jeleniami, jeżeli mogą spokojnie uszczknąć pasące się kozy, owce, a nawet cielaki. A gdy się im napatoczy jakiś pies pasterski, to w ramach konkurencji międzygatunkowej zagryzą i jego. Czy można się zatem dziwić, że Krajowa Rada Izb Rolniczych domaga się przywrócenia wilka na listę zwierząt łownych? Ba, są za tym nasi leniwi myśliwi. Polski Związek Łowiecki wystosował do ministra środowiska prośbę o zgodę na umożliwienie corocznych odstrzałów 60 wilków między 1 września a 31 marca. Wniosek uzasadniają m.in.tym, że np. w Grecji i Finlandii na wilki się poluje. Natomiast nie poluje się na nie we Francji i w Niemczech. Może dlatego, że ich tam nie ma? I co dziwne, nasze watahy z Lubuskiego wcale za granicę się nie wybierają. Czyżby między deklarowaną przez „starą”Unię miłością do wilków a praktyką miejscowych bauerów była jakaś różnica?

Rykowisko ze śmiechu

Polskie wilki opierdalają się bardziej niż myśliwi. Podstawą ich diety powinna być sarna i jeleń. Gdyby zatem chciały spełniać swoją przyrodniczą funkcję utrzymywania równowagi, to nie mielibyśmy do czynienia z występowaniem w Polsce największej populacji jeleniowatych od czasów zlodowacenia. Od czasu wejścia do Unii jeleni przybyło nam 2,5-krotnie. Porykuje ich sobie w Rzeczpospolitej ponad 128 tys. Ryczy i wpieprza co się da, ze szczególnym uwzględnieniem zasiewów. Pogłowie saren w tym czasie skoczyło 2-krotnie. I wynosi teraz 800 tys. pyszczków do wykarmienia. Wiosną 2001 r. szacowano populację danieli na 5,9 tys. Teraz jest ich niemal 21 tys. Do rogacizny należy zaliczyć też łosie. Sl Na przełomie XX i XXI wieku doliczono się ich u nas niecałych dwóch tysięcy. Teraz łosi ci u nas jest 10 razy więcej. Bo od 15 lat nie można do nich strzelać. Takie stwory nie dość, że obgryzają drzewa, wyjadają chronione prawem rośliny i krwawicę chłopstwa, to z uporem godnym lepszej sprawy wpierdalają się pod samochody. Jest jeszcze jeden przedstawiciel rogacizny, z którym zderzenie rozjebałoby nawet białoruskiego TIR-a. Żubr to jest. I, o ile w 2000 r. miał w Polsce 715 krewniaków, o tyle teraz już niemal 2 razy tyle. Ekolodzy się cieszą, a ludzie odpowiedzialni za żubry i nieco znający się na nich załamują ręce, bo z leśnym bydłem nie ma co zrobić. Pomysł z przesiedlaniem ich do kolejnych puszcz jest bez sensu, bo w większości z nich nie ma żubrzego papu ze względu na występowanie roślinności iglastej. Bez jedzenia żubry zdechną tam z głodu. I dlatego fachowcy proponują kontrolowany odstrzał. Ekolodzy głosują za zagłodzeniem.

Zającu, już ci nie pokażę

Pierdołom o tym, że przyroda w Polsce da sobie sama świetnie radę, przeczą fakty związane z lisem i zającem. Zajęcy ci u nas w ostatnich latach zrobiło się 7-krotnie mniej. Zestawmy to z informacją, że liczebność lisów w Polsce jest 4 razy wyższa niż kilkanaście lat temu. Osiągnięty stan 200 tys. chytrusów wyjaśnia, co się stało z zającami. Nie trzeba chyba dodawać, że rudzielce obrodziły, bo myśliwym nie chce się do nich strzelać. Bo to ani kasa, ani splendor. Stosunkowo najmniejszy przyrost liczebności odnotowały w ostatnich latach niedźwiedzie brunatne. W chwili wchodzenia do Unii doliczono się ich 110. Teraz to 170 sztuk. W Małopolsce i na Podkarpaciu wilki zagryzły 865 zwierząt hodowlanych, głównie owiec. A miśki rozpierdoliły ledwie 220 rodzin pszczelich wraz z ulami. Miód został rzecz jasna dopisany do rachunku, który wystawiają dziczyźnie rolnicy. Rachunku, który summa summarum płaci państwo. Rachunku, który w tamtym roku wyniósł ponad 70 mln zł. Rachunku za to, że państwo zamiast prowadzić racjonalną gospodarkę leśną, zrobiło z naszego kraju park safari.

AVEVALUE| 20306

Wasze komentarze (0)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.