Motto tygodnia: Droższa benzyna to PiS-u wina.

Autor
TADEUSZ JASIŃSKI

Pochwy pod specjalnym nadzorem

numer 01/17

Inwigilacja cip, zakaz finansowaniain vitro i szczepień przeciw HPV – pisowskiego pierdolca na punkcie seksu ciąg dalszy.

Od kiedy minister Radziwiłł zamknął program dofinansowywania in vitro z budżetu, Nowoczesna i Platforma rozpoczęły w samorządach lokalnych batalię o to, aby parom starającym się o dziecko gminy fundowały zapłodnienie pozaustrojowe. Nie przeszkadza im nawet to, że kopiują eseldowski pomysł hulający od lat w Częstochowie. Do niej dołączyła ostatnio Łódź. Ale debaty toczą się w samorządach Warszawy, Wrocławia i Poznania. Ba, nawet w Rzeszowie…, Nie po to jednak Radziwiłł strzępił język, mówiąc, że należy do „bardzo dużej grupy ludzi w Polsce, która uważa metodę in vitro za nieetyczną i nie chce wykładać pieniędzy na jej finansowanie”,aby tolerować widzimisię samorządowców. Efekt jest zatem taki, że resort zdrowia już kombinuje, żeby żadna gmina nie wpieprzała się w procedury medyczne, na które ministerstwo ma mieć monopol.

Zakazać

Okazało się, że wystarczy drobna zmiana ustawy o świadczeniach zdrowotnych finansowanychze środków publicznych, aby minister zdrowia mógł lokalne inicjatywy medyczne wysłać w kosmos. Zgodnie z zapisami przygotowanej noweli, jeśli minister uzna dany program za „niecelowy”, będzie mógł go „zawiesić”na 2 lata. Od takiej decyzji nie będzie przysługiwać odwołanie. To jednak nie wszystko. PiS chce przy okazji zmienić także ustawę o odpowiedzialności za naruszenie dyscypliny finansówpublicznych. I byłoby tak, że gdy samorządowy program zdrowotny dostanie negatywną ocenę Agencji Oceny Technologii Medycznych i Taryfikacji (AOTMiT),to władzom lokalnym nie będzie wolno takiego programu realizować ani finansować. Do tej pory agencja też opiniowała wnioski samorządów, ale jej ocena nie była dla miast i gmin wiążąca. AOTMiT zaś to nie jakieś niezależne gremium szalonych naukowców, ale podporządkowana ministrowi zdrowia państwowa jednostka organizacyjna. Prawo zaś stanowi, że „prezes agencji jest powoływany przez ministra właściwego do spraw zdrowia spośród osób wyłonionych w drodze otwartego i konkurencyjnego naboru”. A o tym, jak działają w państwie PiS „otwartei konkurencyjne nabory”, wiadomo choćby z przykładów podobnych do przypadku Bartłomieja Misiewicza. Co będzie, gdy jakaś rada czy sejmik, mimo sprzeciwu agencji, postanowi swój projekt przeprowadzić? Niby niewiele, bo zaledwie zakaz pełnienia funkcji publicznych, ale ponieważ większość lokalnych polityków żyje z pieniędzy wybierających ich podatników, to kara taka jest dla nich de facto zakazem wykonywania zawodu. Łódzcy radni, którzy przeforsowali finansowaniein vitro, apelują teraz do innych samorządów, aby korzystały, póki mogą. Udostępniają też bezpłatnie program in vitro, który w lecie dostał pozytywną ocenę Agencji Oceny Technologii Medycznych i Taryfikacji. Bo jeśli ten sam kwit złoży jakieś inne miasto, to agencja prawem precedensu nie będzie mogła go nie zaklepać. Ale nie z PiS-em te numery…

Zawiesić

W planowanej noweli ustawy o finansowaniu programów zdrowotnych ze środków publicznych w artykule 48 ab. 1 stoi jak byk, że „ministerwłaściwy do spraw zdrowia może zawiesić realizację programu polityki zdrowotnej”. A zawiesi, gdy uzna go za niecelowy. Niecelowość zaś jest pojęciem tak rozciągliwym, że może uzasadnić zawieszenie wszystkiego, co Radziwiłł zawiesić postanowi. Zawieszać zaś jest co. Przecież ponad 200 samorządów w Polsce prowadzi obecnie szczepienia dziewczynek przeciw wirusowi brodawczaka ludzkiego. Inną jego nazwą jest HPV i według dostępnej wiedzy medycznej powoduje raka szyjki macicy, odbytu, pochwy i zewnętrznych narządów płciowych. A tylko z powodu tego pierwszego nowotworu w Polsce co roku idzie do piachu 1700 kobiet. W normalnych krajach szczepienia na to paskudztwo są finansowane przez państwo. U nas nie, bo wśród rządzących polityków dominuje przekonanie, najlepiej wyrażone przez dr. Tomasza Terlikowskiego – „upowszechnienie szczepionki byłoby prostą drogą do rozwiązłości polskich dziewczynek. Ato jest nie dość że niemoralne, to jeszcze groźne, gdyż mogą się one nabawić chorób wenerycznych”. Wydawało się, że szczepienia przeciwko HPV znajdą się od stycznia w kalendarzu szczepień obowiązkowych obok szczepionek na pneumokoki imeningokoki. Wydawało się, bo zniknęły z rozporządzenia równie szybko, jak się w jego projekcie pojawiły. Zdaniem ludzi znających układy w Ministerstwie Zdrowia, szczepieniom przeciwko HPV przeciwny jest sam szef resortu. A skoro jest przeciwny, to po wejściu w życie nowelizowanych ustaw będzie mógł lokalne programy szczepień uznać za niecelowe i zakończyć proceder „urozwiąźlania” dziewczynek. Zrobi tym dobrze jedynie księdzu z Leżajska, który wreszcie nie będzie już musiał nadwerężać strun głosowych na – jak to ma w zwyczaju – opowiadanie wiernym, że szczepionki przeciw brodawczakowi powodują bezpłodność.

Nie przerywać

Żeby nie było, że rozrodczość i seksualizm są fetyszami tylko Radziwiłła. Błaszczak nie jest gorszy. W wypichconej przez jego resort noweli ustawy o aktach stanu cywilnego nie ma co prawda nic, co stanowiłoby zakaz. Jest jednak kontrola nad domniemanym zakazem czuwająca. Zakazem przerywania ciąży. Jak bowiem inaczej rozumieć takt, że

w urzędach będą także zbierane informacje o urodzeniu martwych dzieci oraz trzeba będzie podawać dane o liczbie poprzednich ciąż, okresie ich trwania, rodzajach i miejscu porodów, jak również wykształceniu i adresie zamieszkania rodziców? Przecież nie tylko w celach statystycznych…

Obowiązujące teraz przepisy nakładają już i tak obowiązek pozyskiwania danych o stanie zdrowia dziecka, czasie trwania ciąży oraz miejscu i wielorakości porodu, wcześniejszych ciążach i żywotności urodzonych wcześniej dzieci. Po cholerę wiedza o tych, którzy nie zdążyli nawet być obywatelami i po cholerę komu wiedza, czy matka martwego płodu miała doktorat, a ojciec skończył podstawówkę?, W uzasadnieniu ustawy napisano, że chodzi o „potrzebęsporządzenia bilansów ludności oraz prowadzenia polityki zdrowotnej w okresie okołoporodowym”. A od kiedy to minister spraw wewnętrznych ma coś wspólnego z polityką zdrowotną? Zrozumiałe byłoby jeszcze, gdyby chodziło o zagrożenie epidemiologiczne, ale wydaje się, że „okresokołoporodowy” nie stanowi zagrożenia publicznego. Nic zatem dziwnego, że przy fobiach dzisiejszej władzy można dojść do wniosku, że wszystko to ma na celu monitorowanie macic. Zwłaszcza tych, które zaciążyły. Gdy bowiem dołożyć ten przepis do innych mówiących o obligatoryjnych wizytach u lekarza i dokumentowaniu tego faktu, to nie sposób oprzeć się wrażeniu, że w ten biurokratyczny sposób jest wywierany na kobiety strach przed skrobanką czy inną formą pozbycia się zygoty. Na szczęście aż tak źle jeszcze nie jest. Nikt nie zmienił dotychczas kwitu Ministerstwa Zdrowia o wdzięcznej nazwie: „Kryteriaoceny stosowane przy dokonywaniu wpisów w dokumentacji dotyczących czasu trwania ciąży, poronień, urodzeń żywych i zgonów płodów”. A tam napisano, że „urodzeniem martwym określa się zgon następujący przed całkowitym wydaleniem lub wydobyciem z ustroju matki, o ile nastąpił po upływie 22. tygodnia ciąży lub później”. Wszystko, co wypadnie z macicy wcześniej, jest zwykłym poronieniem. A Błaszczakowa nowela ustawy o poronieniach nie wspomina. I nie każe ich nigdzie zgłaszać. Przynajmniej na razie.

Foto autor| Ilustr. WŁODEK KIERUS, AVEVALUE| 17846

Wasze komentarze (0)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.