Motto tygodnia: Sprawa Igora Stachowiaka pokazuje, jaka jest władza Ziobry i Błaszczaka.

Pisk narodu polskiego

numer 43/16

PiS chce dobrze zmienić instytucję referendum, żeby zdobyć władzę w miastach i gminach.

Czy dojdzie do kolejnego referendum w sprawie odwołania Han ny Gronkiewicz-Waltz ze stanowi ska prezydenta Warszawy? Wnio sek złożyło Stowarzyszenie Oburzonych. Przymierza się do tego inicjator referendum sprzed trzech lat Piotr Guział. Ideę popiera Nowoczesna. PiS ma ujawnić swój pomysł na stolicę. Mar szałek Senatu Stanisław Karczewski zdradził, że na pewno nie ma tam miejsca dla pani prezydent. Co do referendum, zdania są podzielone. Dominuje opinia, że przy obowiązującym pra wie inicjatywa może się nie po wieść.

130 tys. podpisów.

Dr Marcin Rachwała napisał książkę o doświadczeniach referendalnych z lat 1992-2010. W tym czasie odbyło się 547 referendów. Tylko 65 udanych. W pozostałych przypadkach do urn poszła niewystarczająca liczba obywateli. Co ciekawe, większość – 542 referenda – odbyła się na poziomie gmin. Rzadko udawało się zorganizować taki protest w dużym mieście. Skuteczne były jedynie w Bytomiu oraz Elblągu. Nie odbyło się żadne referendum w sprawie odwołania sejmiku województwa. Jak wiadomo, podstawą do organizacji referendum jest uchwała rady gminy bądź wniosek mieszkańców, poparty stosowną liczbą podpisów. Tylko w małych miejscowościach wystarczy skrzyknąć stryjów. Do odwołania prezydenta Krakowa potrzeba 60 tysięcy niezadowolonych. W przypadku Warszawy chodzi o około 130 tysięcy mieszkańców. – Czy to nie przesada, skoro wystarczy 100 tysięcy wspierających, aby zmusić Sejm do pracy nad obywatelską inicjatywą ustawodawczą? – retorycznie pyta PiS.

Tania kartka w Krakowie.

0 tym, jak trudno zebrać podpisy niezadowolonych, przekonał się ostatnio Łukasz Gibała. Były poseł 1 przewodniczący Stowarzyszenia Logiczna Alternatywa, w ostatnich wyborach kandydat na prezydenta Krakowa, postanowił odebrać władzę urzędującemu prezydentowi Jackowi Majchrowskiemu. Bo stworzył w ratuszu klikę kolesi i zabetonował miasto. Gibała wiedział, że weryfikacja podpisów jest bardzo restrykcyjna. – Niech Państwowa Komisja Wyborcza na bieżąco je weryfikuje wpływające listy – poprosił. – Wtedy będziemy wiedzieli, kiedy przestać zbierać. – Nie wolno – usłyszał. Za inicjatywą odwołania Majchrowskiego opowiedziało się 90 tysięcy mieszkańców. O jedną trzecią więcej niż trzeba. – Pewnie wystarczy – uznali organizatorzy. Jak wiadomo, nie wystarczyło. PKW uznała jedynie 48 tys. podpisów. W pozostałych nie zgadzały się PESEL-e. Albo pochodziły od „słoików”- ludzi mieszkających w Krakowie, ale zameldowanych gdzie indziej. – Chcieliśmy pokazać Majchrowskiemu czerwoną kartkę, bo źle rządzi Krakowem. Udało nam się pokazać mu żółtą kartkę – podsumował Gibała. To była tania kartka. Do referendum nie doszło, zatem wydatki PKW na ten cel były nieduże. Miasta praktycznie żadne.

Droga kartka w Warszawie.

Kolejny mechanizm zaporowy to frekwencja. Referendum jest ważne, jeśli weźmie w nim udział co najmniej 3/5liczby głosujących w wyborach. Włodarze nie mobilizują swoich, aby poszli głosować na „tak”. Proszą: zostańcie w domach. W ten sposób najskuteczniej przeciwstawimy się przeciwnikom. W poprzednim referendum w Warszawie przeciwko HGW głosowało 322 017 wyborców. Bo podwyższyła ceny biletów tramwajowych, źle prowadzi inwestycje, nie przygotowała miasta do przejęcia gospodarki odpadami. „Za”HGW było jedynie 17 465 mieszkańców. Pani prezydent nie spadł włos z głowy. Frekwencja wyniosła 25,66 proc. Aby pozbawić ją urzędu, musiałoby iść do urn co najmniej 29,1 procent mieszkańców. Zabawa kosztowała PKW i stolicę ok. 3 mln zł. Identycznie skończyło się referendum w Kielcach, przeprowadzone w czerwcu 2016 r. – Nie ma inwestycji, miasto się wyludnia – krzyczeli organizatorzy. Żeby zmienić włodarza, do urn powinno iść 25 procent obywateli. Stawiło się 17,61 procent. 26 982 osób uważało, że prezydent Wojciech Lubawski powinien złożyć urząd. 596 go poparło. Nie wiem, ile utopiła PKW. Kielce – 300 tys. zł. Burmistrz w płocie. W tej kadencji, czyli od jesieni 2014 r. odbyło się 27 referendów. Zwykłe nieudacznictwo czy niegospodarność włodarza nie wystarcza, aby go odwołać. Musi się naprawdę bardzo postarać, żeby rozpalić wyobraźnię wyborców i wylecieć. Skuteczne było np. zeszłoroczne referendum w Chrzanowie. Marek N. to absolwent prawa, filozofii i politologii na Uniwersytecie Jagiellońskim. Na Uniwersytecie Papieskim obronił doktorat z nauk humanistycznych. W Chrzanowie cieszył się wzięciem, bo przez lata udzielał mieszkańcom porad prawnych. – Dobry kandydat na burmistrza – mówili ludzie, stawiając krzyżyk przy jego nazwisku. Marek N. był głową Chrzanowa krótko. Zgubiło go zamiłowanie do poezji. Wydał tom wierszy, zaprezentował je podczas uroczystego spotkania w kilka miesięcy po objęciu urzędu. Następnej nocy wsiadł za kierownicę swojej fiesty. Zignorował nakaz skrętu w prawo. Pojechał w lewo, co zauważyli policjanci. Ruszyli za piratem, nie wiedząc pewnie, że ścigają burmistrza, który ma wpływ na karierę zawodową ich komendanta. Marek N. skończył ucieczkę w drewnianym płocie. Wydmuchał 1,7 promila. Burmistrz nie przyznał się do winy. – Nie pamiętam szczegółów zdarzenia – oświadczył i zapadł się pod ziemię. Zdążył jedynie zapewnić, że z urzędu nie zrezygnuje. Nie stało się nic, co dyskwalifikowałoby go jako burmistrza. A płot był drewniany i niski. – Będzie referendum – postanowili radni. – Jak piłeś, to się nie chwiej – przyklasnęli obywatele.

Za małe kieszonkowe.

W tym samym czasie skutecznie odwołano również burmistrza wielkopolskich Sulmierzyc. Piotr K. rządził tutaj drugą kadencję. Serc nie porwał, dostał tylko 6 głosów więcej niż kontrkandydat. Trwałby na stołku do dzisiaj, gdyby nie remont szkolnego poddasza. Chciał mieć z niego coś dla siebie. W chwili przekazywania pieniędzy do urzędu wkroczyło CBA. Piotr K. opuścił miejsce pracy w kajdankach. Zdjęcia widziała cała Polska. Prokuratura przedstawiła zarzuty korupcyjne. Kwota mała – 20 tys. zł. Złość mieszkańców/była większa. 342 857 głosów.

Bat w postaci referendum jest nieskuteczny – podkreślają przy różnych okazjach politycy PiS. PiS marzy o zmianie prawa. Próg 3/5powinien być obniżony. Wystarczy przeanalizować nieudane referenda, żeby policzyć, że zmiana nie musi być duża. Jeszcze lepiej, żeby próg został zniesiony. Jeśli większość mieszkańców, którzy przyszli do urn podczas referendum, jest za odwołaniem włodarza, powinien się spakować. Taka zmiana przepisów dawałaby dobrze zorganizowanej partii pewność, że stanowiska samorządowe zajmą jej poplecznicy. Założę się 0 skrzynkę wódki, że w pół roku po zmianie prawa wszyscy samorządowcy nosiliby legitymację PiS. Nie tylko dlatego, że przez czas niezbędny do rozpisania nowych wyborów, czyli przez około pół roku, władzę sprawowałby żołnierz PiS. Czyli komisarz wyznaczony przez premier Szydło. Powód jest głębszej natury. Zwyczajni obywatele niechętnie chodzą do urn. Ta niechęć wzrasta, jeśli muszą się fatygować często 1 w gównianych sprawach. Najlepszym dowodem jest tzw. referendum Komorowskiego, zorganizowane przed ostatnimi wyborami prezydenckimi. Pytano m.in.o jednomandatowe okręgi wyborcze. Skończyło się megaklapą. Do urn przyszło niespełna 8 procent uprawnionych. To nie jest przypadek. Weźmy przywołany wcześniej Chrzanów. Na referendum w sprawie odwołania Marka N. stawiło się 7650 obywateli. Kolejne wybory wygrał facet, który sprawował urząd przed poetą. Poparło go jedynie 5613 osób. Identycznie w Sulmierzycach. 966 mieszkańców pokazało Piotrowi K. figę. Kolejnego burmistrza wsparło 584 mieszkańców.

Dla rozwoju demokracji lokalnej zbawienne byłoby podniesienie progu, a nie jego zniesienie. Skutecznie odwołać włodarza powinna ta sama liczba osób, jaka go powołała.

Plus jeden głos. Referendum nie jest sposobem na dyscyplinowanie rządzącego. inne mechanizmy.

AVEVALUE| 24820

Wasze komentarze (0)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.