Motto tygodnia: Gdy Szydło słyszy spicz Junckera, czuje się jak jasna cholera.

Autor
ANDRZEJ WERBLAN

Mój październik 1956

numer 43/16

Miałem wtedy 32 lata. Od trzech miesięcy byłem „pełnym"członkiem Komitetu Centralnego i kierowałem wydziałem propagandy i prasy.

Jak większość byłych pepesiaków (ten rodowód wtedy jeszcze się liczył – upłynęło niespełna 8 lat od zjednoczenia), w rozgorzałym sporze o kierunek polityki PZPR byłem po stronie frakcji reformatorskiej, zwanej puławską. Entuzjastycznie popierałem powrót Władysława Gomułki. W przeddzień VIII Plenum byłem nastrojony optymistycznie. Podanie dzień wcześniej do publicznej wiadomości propozycji zmian w kierownictwie partii okazało się strzałem w dziesiątkę. W Warszawie i w wielu miastach spontanicznie formowały się wiece poparcia dla tych propozycji. Wiedziałem oczywiście o sprzeciwie radzieckim, o żądaniu odroczenia plenum i odmowie Edwarda Ochaba. W moskiewskiej „Prawdzie”ukazał się napastliwy artykuł o „antyradzieckich” wystąpieniach w polskiej prasie. Sądziłem jednak, że rozejdzie się to po kościach; ostatecznie poruszenie w Polsce było po części konsekwencją radzieckiego XX Zjazdu. Rano 19 października zadzwonił Artur Starewicz z informacją o niespodziewanej wizycie radzieckiej delegacji. Zjawiła się połowa radzieckiego Politbiura – Nikita Chruszczow, Anastas Mikojan, Wiaczesław Mołotow i Łazar Kaganowicz. Znał już sceny z powitania na lotnisku. Chruszczow przywitał się najpierw z Rokossowskim i wojskowymi, później z resztą. Krzyczał do Ochaba: „Etotnomier nie prajdiot!”. Wskazując na Gomułkę, pytał: „Aeto kto takoj?”. Pojechałem niezwłocznie do Urzędu Rady Ministrów, gdzie już zbierali się członkowie KC. W sali wyczuwało się podniecenie i niepokój. Frakcje trzymały się osobno, żywo debatowano w grupkach. Natolińczycy (frakcja zachowawcza, neostalinowska) nie kryli satysfakcji – przybyła im mocna odsiecz. Wśród puławian wyczuwało się niepokój, ale też determinację. Krążyły wieści o natolińskich zamiarach siłowej rozprawy z reformatorami, o tym że Kazimierz Witaszewski, wtedy wiceminister obrony, zwołuje do cytadeli kilkuset specjalnie dobranych oficerów pod bronią. Chyba coś było na rzeczy: kilka tygodni później zupełnie przypadkowo zauważyłem u Stefana Matuszewskiego, jedynego wśród pepesiaków prominentnego natolińczyka, notesik z adresami domowymi pepesowskich sojuszników frakcji puławskiej. W przeciwdziałaniu tym zagrożeniom w komitecie warszawskim przygotowywano odwołanie się do załóg wielkich fabryk, gdzie nastroje były bojowo proreformatorskie. Przed dziesiątą na sali pojawili się członkowie biura politycznego. Ochab był wyraźnie zdenerwowany. Gomułka, oficjalny kandydat na funkcję I sekretarza, odwrotnie – spokojny i do spokoju nawołujący. Ochab otworzył obrady: krótko i bez szczegółów poinformował o radzieckiej delegacji. Zaproponował dokooptowanie do składu KC Władysława Gomułki, Ignacego Logi-Sowińskiego, Mariana Spychalskiego i Zenona Kliszki. Po przegłosowaniu propozycji wnioskował o zarządzenie przerwy w obradach na rozmowy z delegacją radziecką. Ze strony polskiej na życzenie Rosjan mieli uczestniczyć wszyscy członkowie Biura Politycznego. W toku tego krótkiego posiedzenia KC doszło do scysji. Kilka osób (HelenaJaworska, Michalina Tatarkówna) domagało się, aby niezwłocznie, jeszcze przed rozmowami z Rosjanami, wybrać nowe kierownictwo partii. Ochab sprzeciwił się i od wniosku odstąpiono. Rozmowy w Belwederze trwały od 11.30 do 1.00 w nocy, z przerwą od 16.30 do 19.00. Ze strony polskiej uczestniczyło 14 członków BP i Gomułka. Całe ówczesne BP liczyło 16 osób, ale dwaj z powodu choroby byli nieobecni – Franciszek Mazur i Hilary Minc. Ze strony radzieckiej, oprócz głównej czwórki, byli obecni ambasador Pantielejmon Ponomarienko oraz Jan Dzierżyński (synFeliksa), pracownik aparatu KC KPZR, i Jurij Biernow, radca radzieckiej ambasady w Warszawie – jako tłumacze. Gdy rozmowy trwały, snuliśmy się po gmachu KC, najczęściej w okolicach gabinetu sekretarza KC Jerzego Morawskiego, nasłuchując wiadomości z Belwederu i z kraju. A te nie nastrajały optymistycznie. Z Belwederu dochodziły odgłosy kłótni, głównie między Chruszczowem i Gomułką. Ale także wieści o tym, jak Gomułka przypomnieniem frazy o „bękarcie traktatu wersalskiego” uciszył Mołotowa. Z kraju natomiast napływały doniesienia o wiecowaniu dla poparcia „nowego kierownictwa”, ale także o marszu radzieckich dywizji pancernych w kierunku Warszawy. Informowały służby drogowe MO. Po południu dowiedzieliśmy się o podejrzanych ruchach polskich jednostek pancernych też w kierunku Warszawy. Robiło się nieprzyjemnie. Wybrałem się do Komitetu Warszawskiego, gdzie mój przyjaciel Stanisław Kuziński uwijał się jak w ukropie. Organizował „obronę” robotniczą Warszawy. Powiedział, że nie zamierza tej nocy nocować w domu, radził mi to samo. Jednak wieczorem, około szóstej, nadeszły wiadomości nieco uspokajające – radzieckie czołgi zatrzymały się między Łodzią i Łowiczem. Na kilka minut wznowiono posiedzenie KC. Ochab zakomunikował, że rozmowy trwają i zaproponował odroczenie obrad do następnego dnia. Nie szukałem już noclegu poza domem. Wczesnym rankiem po wysłuchaniu radiowego komunikatu o zakończeniu rozmów i wyjeździe „gości”wstąpiłem do KC, a o jedenastej rozpoczęło się posiedzenie KC od krótkiej i raczej zdawkowej informacji o rozmowach z delegacją radziecką oraz od dość nerwowej wymiany zdań na temat ruchów wojsk. Następnie wysłuchano przemówienia Gomułki. Słuchała go zresztą cała Polska, było transmitowane przez radio. Robiło wrażenie powagą, nowym językiem, precyzją ocen. Nastrój zmienił się: z natolińczyków zeszła para, radzieccy protektorzy ich zawiedli. Wyjechali bez sukcesu. Dyskusja trwała półtora dnia i nie była zbyt ciekawa. Połowa zapisanych do głosu musiała oddać swe wystąpienia do protokołu, na wygłoszenie zabrakło czasu. Wszyscy czekali na sprawy organizacyjne. Gomułka i Ochab nie zmienili ani na jotę ustalonych wcześniej i ogłoszonych propozycji. Nie ustąpili Chruszczowowi nawet w sprawie Rokossowskiego. Przed głosowaniem, tym razem tajnym, Stanisław Skrzeszewski i Bolesław Rumiński dodatkowo zgłosili kandydaturę Rokossowskiego. Mimo kilku głosów sprzeciwu Ochab po konsultacji z Gomułką to zaakceptował. W rezultacie wynik głosowania pokazał wpływy frakcji, nazwijmy ją serwilistyczną – mieściły się w granicach 30 proc. Głosowało 75 osób. Gomułka otrzymał 74 głosy, Cyrankiewicz 73, Ochab też 73, Jerzy Morawski i Roman Zambrowski, najostrzej atakowani przez delegację radziecką, po 56. Na Rokossowskiego padły 23 głosy. Cieszył mnie ten wynik, ale zdawałem sobie sprawę, że gdyby do Warszawy dotarły radzieckie czołgi, wynik byłby zapewne inny. Obrady zakończyły się przed wieczorem 21 października. Pierwszy raz wtedy rozmawiałem z Gomułką. Zredagowałem komunikat do prasy o zakończonym plenum. Jeszcze na sali obrad uzgodniłem tekst z nowym już BP i oczywiście z Gomułką. Zaproponowałem mu również spotkanie z naczelnymi redaktorami prasy warszawskiej nazajutrz rano. Przed tym spotkaniem poszedłem po niego, nie znał jeszcze gmachu KC i trzeba było poprowadzić go do właściwej salki. Zauważyłem, że nie chciał pracować w dawnym gabinecie Bieruta, najbardziej okazałym. Zdecydował, że tam będzie sala posiedzeń BP. Sam zajął skromniejszy pokój obok – dawniej urzędował tam Berman. W pierwszych dniach po październikowym plenum trwał najazd na KC setek delegacji, przeróżnych, z całego kraju. Wszystkie sale były zajęte. Niektóre spotkania organizowałem, przede wszystkim z przedstawicielami środowisk inteligenckich. Utkwiło mi w pamięci spotkanie Gomułki z delegacjami studentów warszawskich uczelni. Ponad setka młodzieży, pełna sala. Gomułka poprosił o pytania na kartkach. Czytał każde głośno i odpowiadał, żadnego nie pominął, niektóre tylko, jednotematyczne, łączył. Było kilka pytań o Katyń, otwarcie wskazujących na radziecką winę i domagających potępienia sprawców. Gomułka odczytał te pytania, nie polemizował, w istocie dał do zrozumienia, że w kwestii winy się zgadza. Oświadczył jednak, że nawet przyjmując winę NKWD, na konflikt z ZSRR w tej sprawie nie pójdzie. Oficerów to nie wskrzesi, lecz jedynie przysporzy kłopotów i cierpień narodowi polskiemu, „dodanowe ciernie do tej korony cierniowej, która była jego udziałem”. Zajął takie stanowisko: kłamać nie chcemy, prawdy powiedzieć nie możemy, wybierzemy milczenie. Tego się trzymał, dlatego w „Wielkiej Encyklopedii Powszechnej” PWN nie było hasła „Katyń”. To spotkanie Gomułki ze studentami było stenografowane, odnalazłem zapis w archiwach i fragment dotyczący Katynia opublikowałem 25 lat temu w „Prawie i Życiu”. Obecnie o wydarzeniach październikowych wiemy dużo więcej. Przede wszystkim od ośmiu lat znamy dość dokładnie przebieg wielogodzinnych rozmów w Belwederze. Zdumiewające, ale po stronie polskiej nie były one protokołowane. Zachował się natomiast obszerny 50-stronicowy zapis sporządzony dla Chruszczowa przez Jana Dzierżyńskiego. Odnaleziono go w Moskwie w 2005 r. i opublikowano 2 lata później. Oddaje w pełni dramatyzm sytuacji. Okazuje się, że rozmowy zakończono uspokajającym komunikatem, ale bez porozumienia. Chruszczow na pożegnanie mówił: „Wyjeżdżam z trwogą… Widocznie różnie rozumiemy pojęcie naszego internacjonalizmu”. Wygląda na to, iż liczył, że samej groźby interwencji wojskowej i demonstracyjnego marszu na Warszawę wystarczy do przechylenia szali na rzecz frakcji proradzieckiej.

Gdy Chruszczow spotkał się ze stanowiskiem nieustępliwym, choć umiarkowanym, wstrzymał ruch wojsk. Dwie dywizje to było za mało do skutecznej interwencji.

Wyjechał, czekając na dalszy rozwój sytuacji. Wciąż liczył na jakieś ustępstwo, choćby na zachowanie Rokossowskiego w kierownictwie PZPR i na czele wojska. Z zamiaru ewentualnej interwencji nie rezygnował. W Moskwie czekała go jednak niemiła niespodzianka – stanowczy sprzeciw Chin wobec tego planu i w ogóle wobec radzieckiego traktowania państw sojuszniczych. Pojawił się zarzut o wielkomocarstwowy szowinizm. W drodze do Moskwy była chińska delegacja na bardzo wysokim szczeblu. Chruszczow zaprosił zatem na 23 października na poufne spotkanie również przywódców europejskich demokracji ludowych, oczywiście bez Polski. 22 października w rozmowach z przybyłym już Liu Shaoci wciąż bronił opcji interwencyjnej. Następnego dnia wobec nieustępliwego stanowiska Chin, a także w obliczu błyskawicznego konsolidowania się w Polsce władzy w ręku Gomułki – odpuścił. 24 października rano powiadomił Gomułkę telefonicznie, że wojska stacjonujące nieopodal Warszawy otrzymały rozkaz powrotu do baz. O roli Chin w polskim kryzysie Gomułka dowiedział się dopiero 28 października z depeszy ambasadora PRL w Pekinie, który poprzedniego wieczoru w długiej rozmowie z Mao Zedongiem i Zhou Enlaiem został o stanowisku i poczynaniach Chin poinformowany. Wkrótce jednak wyjaśniło się, że przywódcy chińscy traktowali kryzys polski instrumentalnie – jako dogodną okazję w walce o partnerski, równy radzieckiemu status w bloku wschodnim. Gdy uzyskali swoje i zmusili Kreml do respektu, natychmiast, niejako w nagrodę, udzielili poparcia interwencji na Węgrzech. Dało to Gomułce do myślenia. Patrząc z perspektywy sześciu dziesięcioleci, można powiedzieć, że jesienią 1956 r. wydarzył się w Polsce historyczny ewenement. Główni i bardzo różni aktorzy na scenie politycznej poprawnie zdawali egzamin z narodowej odpowiedzialności. Potrafili połączyć odwagę z realistycznym umiarem. Sprawujący faktyczną władzę kilkutysięczny „zakon”byłych członków Komunistycznej Partii Polski, który uprzednio fatalnie zgrzeszył wobec narodu stalinizmem i nadmiarem przemocy, tym razem w większości działał odważnie i z determinacją na rzecz liberalizacji i destalinizacji oraz autonomii wobec ZSRR. Szczęśliwym zbiegiem okoliczności w osobie Gomułki znalazł się przywódca na miarę sytuacji, zdecydowany, odważny, a jednocześnie z wysokim wyczuciem realizmu. Społeczeństwo z kolei ogromną większością udzieliło zwrotowi 1956 r. racjonalnego poparcia. Wiecowało i miejscami demonstrowało, ale poza Poznaniem nie przekroczyło granicy, za którą czaiła się konfrontacja zbrojna z ZSRR i klęska, los Węgier. Prymas Stefan Wyszyński, mimo krzywd własnych i Kościoła, nie szukał rozliczenia, lecz wsparł Gomułkę w chwili decydującej. Nawet Jan Nowak-Jeziorański w Monachium wymógł na amerykańskich mocodawcach zgodę na czasową zmianę kursu Radia Wolna Europa. Zaniechał ataków na „reżim komunistyczny”, relacjonował i komentował wydarzenia z przychylnym obiektywizmem. Dzięki temu Polski Październik osiągnął jeśli nawet nie wszystko, to prawie tyle, ile w tamtych warunkach było możliwe w zakresie autonomizacji i narodowej odrębności. ?

AVEVALUE| 33821

Wasze komentarze (0)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.