Motto tygodnia: Droższa benzyna to PiS-u wina.

Autor
TADEUSZ JASIŃSKI

Marchewka z nowotworkiem

numer 05/17

Polska żywność jest tak zdrowa jak wczasy pod Giewontem lub odwiedziny u cioci w Krakowie.

Z badań wynika, że dla 89 procent Polaków informacja, iż dany produkt został wyprodukowany w kraju, jest zachętą do zakupu. O polskich produktach spożywczych mamy tylko dobre zdanie. Jesteśmy przekonani, że są zdrowsze i tańsze niż zagraniczne. Czyżby?

Zdrowy jak brojler

Tego mniemania nic nie zmieni. Nawet takie przypadki jak z sierpnia zeszłego roku, gdy w RASFF – europejskim systemie szybkiego alarmowania o stanie żywności i pokarmów – zapaliło się czerwone światełko stwierdzające przekroczone dopuszczalnej normy doksycykliny. W efekcie niektóre produkty największej w Polsce firmy mięsnej zostały wycofane ze sprzedaży. Klienci, którzy nabyli wędliny produkcji Animex Foods, mogli liczyć na zwrot kosztów zakupu. Jak uspokajał producent, „wżadnych wędlinach nie stwierdzono przekroczenia norm antybiotyku”, lecz jedynie z winy hodowcy bydła w próbce surowego mięsa z 6 lipca przekroczono dozwoloną zawartość antybiotyku. Nawet dziecko hodowcy zwierząt wie, że antybiotyki podawane zwierzętom powodują same korzyści. Przyspieszają rozwój, pobudzają apetyt, zabezpieczają przed niektórymi chorobami, zmniejszają liczbę zwierząt niedorozwiniętych oraz zwiększają przyswajalność białka przez zwierzę. W tuczu świń o ciężarze od 15 do 95 kg antybiotyki dają zwiększenie przyrostu wagi o blisko 15 proc. Poprawiają wyniki szybkiego tuczu brojlerów. Wpływają na zwiększenie ciężaru jaj. Podawane cielętom, zwiększają przyrost masy do 15 proc. jednocześnie uodporniając je na przeziębienia i biegunki. Główny Inspektorat Weterynarii, raportując dane dotyczące popytu na antybiotyki w Polsce, pisze, że „tendencjasprzedaży jest niestety tendencją wzrostową”. No i zapotrzebowanie namedykamenty wzrasta z roku na rok, i to w coraz szybszym tempie – od 475 ton w 2011 r. do 516 w 2012, by w 2013 r. osiągnąć poziom 562 ton. Nie ma się jednak co bać, bo zdaniem Głównego Inspektoratu Weterynarii „zużycieantybiotyków na kilogram żywca w polskich hodowlach nie odbiega od ogólnego poziomu wUE, więc mówienie o drastycznym wzroście poziomu stosowania antybiotyków jest nieuzasadnione”. Takie sformułowania bawią specjalistów z branży. Zwłaszcza w kontekście tego, co wroku 2013 udowodniła TVN. Czyli istnienia w Polsce olbrzymiego czarnego rynku handlu tanimi naszpikowanymi antybiotykami paszami. I samymi antybiotykami też. Kilka miesięcy przewąchiwania przez reporterów sprawy wykazało, że oficjalne dane o sprzedaży antybiotyków hodowcom można schować w kapcie. Drugi obieg dostarcza bowiem rolnikom3 razy tyle specyfików, ile oficjalny.

6 tygodni na sterydach

W roku 2006 zaczął więc obowiązywać w Polsce zakaz stosowania antybiotyków jako stymulatorów wzrostu. Gwarancją przestrzegania prawa miały być regularne kontrole ferm i hodowli. Antybiotyki można stosować tylko wówczas, gdy zwierzęta chorują. Ich podawanie musi być zatwierdzone przez weterynarza. Po wyleczeniu rekonwalescenci przechodzą karencję przed ubojem aż do całkowitego usunięcia pozostałości antybiotyków z organizmu zwierzęcia. Przed wprowadzeniem mięsa na rynek jest ono dokładnie badane. Wszelkie odstępstwa od normy to łamanie prawa, za które producenci są karani grzywnami w wysokości 92 tys. zł i przepadkiem całej partii mięsa, która jest poddawana utylizacji. Jeszcze jedno.

Normy te nie obowiązują drobnych hodowców, w związku z tym nikt nie sprawdza jakości produkowanego przez nich mięsa na obecność antybiotyków i sterydów.

Procedury, jak widać, są. Są też wielkie pieniądze do zdobycia. I dlatego system kontroli jest dziurawy. A jest, bo jak bez dopingu uzyskać zaledwie 6-tygodniowycykl produkcyjny kurczaka? A dokładnie tyle ptaszysko ma rosnąć od wyklucia się do chwili kupienia go w sklepie. Jego krewniak chowany na wiejskim podwórku w tym wieku jest ledwie wielkości pięści. Przyrost wagi kurcząt na fermach wynika z wysokobiałkowych pasz naszpikowanymi sterydami. Sterydy wywołują u ptaków wielki apetyt, ale rozwalają im układ odpornościowy. Żeby nie chorowały, wciska się im antybiotyki, które nie dopuszczają do infekcji stada. Co prawda rozwala im to wątroby, ale w 6 tygodni szlag ich z tego powodu nie trafi. Specyfiki podaje się w taki sposób, aby w trakcie badania mięsa były nie do wykrycia.

Pestycyd zamiast pesto

We wrześniu zeszłego roku szwedzka sieć supermarketów wycofała ze sprzedaży 19 ton polskich jabłek. Po badaniu wykonanym przez szwedzką Narodową Agencję Żywności okazało się, że w kilogramie jabłek było 0,08 miligrama chloropiryfosu, przy dopuszczalnym maksymalnym unijnym limicie 0,01 miligrama. Zdaniem pisowskiego Polskiego Radia to wina Unii, bo jeszcze do niedawna dopuszczalne było znalezienie w jabłku aż 0,5 miligrama tego pestycydu. W zeszłorocznym „RocznikuPaństwowego Zakładu Higieny” zamieszczono raport, z którego wynika, że w około 0,5 proc. polskich warzyw i owoców jest więcej pozostałości pestycydów, niż wynoszą dopuszczalne normy. Nie napisano natomiast, czy mowa o nowych, czy o starych normach. Ale konkluzja była nader optymistyczna – ryzyko jest minimalne. Przecież normy są ustalone tak, że dawka toksyczna jest zazwyczaj kilkadziesiąt razy większa. Jeśli mamy pecha trafić na te 0,5 proc. to i tak raczej nic złego nam nie będzie. Statystycznie jesteśmy w zużyciu pestycydów daleko za średnią unijną. Zużywamy około kilograma substancji aktywnej na hektar. Na Zachodzie – 1,5 kg. Tyle że dostępne dane są za rok 2012 (askok w oficjalnym zużyciu między rokiem 2005 a 2012 wyniósł 50 proc.) i jak zwykle odnoszą się do sprzedaży oficjalnej, a nie tego, co faktycznie rolnicy kupują od szemranych, ale tanich i sprawdzonych dostawców. Oprócz tego rachunek jest obarczony błędem wynikającym z tego, że podzielono ilość pestycydów na deklarowane przez rolników hektary uprawne. A tych, zdaniem znawców, jest o ok. 20 proc. mniej, niż się deklaruje. Gdy do tego dorzucimy fakt, że naprawdę towarowa uprawa odbywa się na połowie tego areału i tam wylewa się wszystkie fungicydy i herbicydy, to okaże się, że w ilości stosowanych środków ochrony roślin nie tylko nie ustępujemy Zachodowi, ale nawet znacznie go przewyższamy. A w zużyciu herbicydów nawet bardziej niż znacznie.

Niezdrowe, bo polskie

Na razie jednak obowiązuje rządowy optymizm i kombinowanie, jak by tu zwiększyć sprzedaż najlepszej w świecie polskiej żywności polskim konsumentom. „Powinniśmywrócić do osobnych polskich norm jakości żywności, trochę wyższych niż europejskie” – powiedział wice-Jurgiel nazwiskiem Bogucki podczas posiedzenia sejmowej komisji rolnictwa i rozwoju wsi. Żeby tylko… W sklepach będą specjalne półki wyłącznie z polską żywnością. A w celu łatwiejszego kojarzenia producentów z konsumentami Agencja Rynku Rolnego w tym roku chce uruchomić aplikację mobilną „Polskasmakuje”, która będzie dostępna dla wszystkich systemów operacyjnych działających na smartfonach. Do tego, że każdy rząd opowiadał bajki o ekologii i przymiotach naszego rolnictwa, można się było przyzwyczaić. Wciskano nawet, że stosujemy mniej niż na Zachodzie nawozów sztucznych. Sranie w banię. Nawozy są rozsiewane głównie na polach wielkoobszarowych. Czyli tych, z których plony trafiają do największych zakładów przetwórczych, w których zaopatrują się giganci dostarczający towary do sklepów. Worków ze związkami azotu, potasu i fosforu ląduje na tych areałach tyle, ile w całym cywilizowanym rolnictwie. Ci, którzy mają małe gospodarstwa, z reguły nie nawożą. No i tego, co zbiorą, nie sprzedają, tylko wykorzystują do skarmiania produkowanego na własne potrzeby mięsa. O tym, że rząd, mówiąc cokolwiek o rolnictwie, nie wie, co mówi, świadczy choćby to, że nie istnieje sensowny model kontrolowania zwierzęcych epidemii. Bo niby skąd się wzięła rozrastająca się plaga ptasiej grypy czy afrykańskiego pomoru świń…, W 2015 r. wszystkie stacje monitorujące jakość powietrza w Polsce odnotowały 40-krotnośćdopuszczonej przez WHO wartości benzo(a)pirenu, przy której pojawia się prawdopodobieństwo nowotworu. Wszystkie, czyli również te z terenów rolniczych. A może nawet przede wszystkim. 76 proc. emisji tego cholerstwa w Polsce powstaje w wyniku indywidualnego ogrzewania budynków. Na wsiach i w małych miastach. Benzo(a)piren ma to do siebie, że jest w cudownie prosty sposób wchłaniany przez rośliny. I to zarówno te, które wpieprza potem człowiek, jak i przeznaczone na paszę dla zwierząt wpieprzanych przez człowieka. W emisji wymienionego węglowodoru przebijamy wszystkich w Unii, i to wielokrotnie. Nasze uprawy i hodowane zwierzęta też przebijają. Na razie zanieczyszczenia żarcia benzo(a)pirenemnie ma w spisie kontrolowalnych skażeń. Ale w Brukseli już się o tym myśli. Jeżeli się wymyśli i wprowadzi, to żywność z Polski dostanie w Europie wilczy bilet. I wtedy takie pierdoły jak wojna z Czechami o sól drogową w mięsie, skażone kurczaki czy spestycydowane jabłka będą tylko miłym wspomnieniem. Polskie żarcie będzie truło tylko Polaków. A jedynymi, którzy tego nie dostrzegą, będą politycy PiS i trujący dupę dziennikarze mediów narodowych.

AVEVALUE| 21774

Wasze komentarze (0)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.