Motto tygodnia: Czapki z głów i w górę kiecki – będzie rządził Morawiecki.

Listonosz doniósł

numer 42/16

„Kaczyński boi się kobiet", W nawiązaniu do artykułu pani Agnieszki Wołk-Łaniewskiej„Kaczyński boi się kobiet" („NIE"nr 41/2016). Uważam, że to tytuł na wyrost i sama koncepcja, jakoby rząd się kobiet i Brukseli wystraszył, jakoś do mnie nie trafia. Sejm odrzucił projekt obywatelski STOP ABORCJI, co było oczywiste. Feministki są dumne i miło połechtane, wierząc że to ich zasługa i kobiet ubranych na czarno w poniedziałek. Marzyć fajna rzecz. Pragnę przypomnieć, że w sprawie Trybunału Konstytucyjnego na marsze KOD przychodziło więcej ludzi niż na ten czarny protest i jakoś Kaczyński się tym nie przejął za bardzo (oczym zresztą pisze pani Wołk-Łaniewska),ale teraz mamy uwierzyć, że wystraszył się kobiet w żałobie. Drogie Panie zrobiły dokładnie to, czego prezes oczekiwał: wyszły krzyczeć na ulicę. Odwróciły uwagę ludzi od ustawy CETA, która właśnie w poniedziałek była omawiana w sejmie, zatrzymana na chwilę przez Ziobro, ale kilka dni później przepchnięta, głosami PiS i PO. Nie zapominajmy że pod projektem obywatelskim podpisało się 400 000 ludzi, a protestowało w poniedziałek 100 000 kobiet! To świadczy też o porażce protestu, dla przykładu w 1975 r. miał miejsce podobny protest w Islandii, gdzie zastrajkowało 90% kobiet!, Tym samym prezes pokazał, że interesują ich obywatelskie pomysły, a odrzucając ustawę, robi ukłon w stronę kobiet i grup feministycznych, czyż to nie wspaniałe rozegranie? Dodatkowo zrobił idiotów z europarlamentarzystów (szczególnietych z lewej opcji), którzy rozpoczęli rozmowy na temat łamania praw kobiet w Polsce. „Wczorajpremier Beata Szydło po raz kolejny potwierdziła – może ta oszalała polska opozycja wreszcie usłyszy, odetka sobie uszy – że polski rząd nie prowadzi prac nad zmianą prawa w tym zakresie (aborcji). Zdaje się, że oburza państwa to, że polscy obywatele wnieśli projekt w kwestii ochrony życia. Czy parlament unijny chciałby odebrać prawo obywatelom do obywatelskiej inicjatywy? Prawdy nie zakrzyczycie" – tak przemawiała europoseł PiS Jadwiga Wiśniewska. Czy można to już nazwać „zaoraniem"?Następnie prezes pokazuje, jaki rząd jest dobry i odrzuca ustawę, a opozycja podnosi krzyk! Chcieli jeszcze powyciągać ludzi na ulicę w tej sprawie, wcale nie chodziło im o dobro kobiet, tylko o protesty antyrządowe, na które miał patrzeć cały świat. I jeszcze jedno, hasła w stylu: „Mojamacica – moja sprawa" – są dosyć nieporadnie skonstruowane, gdyż potem faceci mogą to wykorzystać w sądzie: – Jakie alimenty? Jej macica, jej sprawa, mi nic do gadania!, Cóż projekt przepadł, zasłona dymna była, CETA przeszło, Schulz i inni europejscy wojownicy o demokrację w Polsce wyszli na idiotów, feministki zostały zaspokojone ambicjonalnie, Kaczyński zachował pokerową twarz, a opozycja zachowała się jak rozhisteryzowane bachory. Ot, czysta polityka. PS Pan Piotr Gadzinowski w swojej książce „W Hongkongu" opisuje prezesa jako świetnie czującego się w towarzystwie pań, sypiącego dowcipami i szarmanckiego – tacy ludzie nie boją się kobiet. Tomasz G. Warszawa. Bądźcie cicho, Groucho Marx, amerykański komik filmowy żyjący w pierwszej połowie XX w. kiedy nie był w pracy, czyli nie grał swoich komediowych ról, powiedział bardzo mądrą rzecz: „Gdybywszyscy politycy mówili tylko o sprawach, na których się znają, byłoby o wiele ciszej na świecie". Ja dodam też od siebie, że byłoby też bezpieczniej, bo wypowiadane w wyrachowany sposób półprawdy, kłamstwa i konfabulacje podjudzają, podpalają i skłaniają do nieobliczalnych zachowań co bardziej krewkie i bezkrytycznie reagujące osobowości. Stąd tak łatwo skrzyknąć do jakiejś hucpy, do jakiejś rozróby otumanione grupy otumanionych napaleńców. Kto idzie za wygadanym, obiecującym niebo w gębie i na ziemi wodzem? Tylko ci, którym łatwo puszczają hamulce i z których wyłażą psychiczne i rzeczywiste potwory, którzy mogą bezkarnie zadośćuczynić swoim często dewiacyjnym upodobaniom. Komedianci nie zawsze jedynie rozśmieszają. Często swoim przemyślanym dowcipem ostrzegają przed typami pragnącymi niezasłużonej władzy. Ta powyżej przytoczona myśl Groucho Marxa świadczy o tym, że Stańczyki z wszystkich czasów mieli i mają rację bytu!, Kałucki Jerzy „Czarny protest", W medialnym hałasie wokół projektu zaostrzenia ustawy antyaborcyjnej umknął jeden aspekt sprawy – panie po części same na siebie ściągnęły problem. Znam szereg koleżanek wątpiących religijnie, krytycznych wobec instytucji Kościoła, ale gdy przyjdzie co do czego, to… ślubu nie wyobrażają sobie bez stempla kościelnego – wiadomo, tradycja, rodzice etc. Potem z zaangażowaniem i wypiekami na twarzy przygotowują i posyłają dzieciątko do komunii, bo szkoła, koledzy itd. Polityką na ogół się nie interesują, ale jak przychodzą wybory, głosują często według wskazań duchownego pierwszego kontaktu, bo zadbany, elokwentny i sympatyczny miejscowy ksiądz rzadko kojarzy się z bezduszną machiną Watykanu. Czasem tylko nachodzi wątpliwość. Jak to – był taki dobry dla ludzi, a go przenieśli? Właściwe otrzeźwienie przychodzi w sytuacjach takich jak ostatnio, gdy watykański nowotwór rozgościł się na dobre w organizmie państwa i pazernością zagraża ich prawu do decydowania o sobie. A zwykle jest to otrzeźwienie krótkotrwałe. Panie, bądźcie bardziej konsekwentne!, A co do hierarchów. Wkurw człowieka bierze, gdy utuczeni na ludzkim lęku przed śmiercią, napuszeni osobnicy głoszą troskę o godność ludzkiego życia. Brzmi to równie fałszywie jak rzekome łzy współczucia u krokodyla wobec pożeranej ofiary. Widać to szczególnie, gdy wizytują kraje, gdzie śmierć z głodu jest równie częsta jak u nas klepanie różańca, a mimo to nakłaniają miejscowych do zaniechania prezerwatyw i beztroskiego rozmnażania. Troszcząc się o godne życie owieczek, najpierw powinni posłuchać zaleceń swego szefa – Franciszka. Ich miejsca pracy nie muszą wielkością konkurować z wyrzutniami rakietowymi, a obiekty mieszkalne równać się powierzchnią ze stadionem piłkarskim, zaś propagandę i kościelne nauczanie można by szerzyć na własny koszt. Dzięki skromniejszej egzystencji byliby bliżej wiernych, a zaoszczędzone środki państwo mogłoby przeznaczyć na rzeczywiście godniejsze życie obywateli. Wtedy też może mniej kobiet decydowałoby się na aborcję. Janusz Mazanek, Nasielsk Żołnierze wyklęci częściowo, Jestem stałym czytelnikiem „NIE". Sam widzę przesadę w świętowaniu „wyklętych", a zwłaszcza podawania ich jako ideału młodzieży. Sprawa jest znacznie bardziej złożona, niż się wydaje (…). Armia Krajowa była wojskiem podziemnym legalnego rządu polskiego. W międzyczasie rząd nierozumiejący uwarunkowań wojennych i powojennych przestał być uznawany za reprezentację narodu przez zdecydowaną większość państw zwycięskiej koalicji, ale i znaczną, choć mniejszą część polskiego społeczeństwa. (…) w armii znajdują się różni ludzie i szlachetni, wspaniali, bohaterscy, a i tchórzliwi, ale i kurwy i złodzieje. To jest w każdej formacji wojskowej, także współczesnej. Tak było i w szeregach AK, ale i w AL, NSZ, a i w partyzantce radzieckiej, ba – w wojskach frontowych. Bandytyzm był zwalczany przez dowództwo, co w warunkach podziemnych było sprawą trudną. M.in.ze względu na solidarność grupową. A w szeregach Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego znajdowali się – a jakże – bandyci i złodzieje, o czym można przekonać się, czytając materiały źródłowe wytworzone w czasie ich działalności. Można wymieniać nawet wyroki sądowe zapadające na funkcjonariuszy, gdy przekroczone zostały wszelkie granice moralne. Były to zazwyczaj odpryski większej całości. Sprawą naczelną dla żołnierzy AK pozostających w dalszej konspiracji była walka o pełną suwerenność, co wobec ogromnej przewagi wojsk radzieckich i umycia rąk przez państwa „sojusznicze"stanowiło mrzonkę. Przez całą okupację niemiecką wojsko czekało z bronią u nogi, by wyzwolić kraj. Akcja „OstraBrama", „Burza",kampania 29 dywizji, powstanie warszawskie kończą się podobnie. Pełni zapału żołnierze – jeżeli omija ich niewola niemiecka – trafiają albo do pozostającego pod radziecką kontrolą wojska polskiego, albo do sowieckich łagrów na „internowanie", gdzie przeżywają (albonie) w nadzwyczaj trudnych warunkach. Ci, którzy ocalają, usiłują przetrwać. Krajowi przedstawiciele rządu emigracyjnego po oficjalnym rozwiązaniu formacji próbują skontaktować się z władzami radzieckimi, by znaleźć wyjście z sytuacji. Trafiają po procesie moskiewskim do więzień, gdzie wielu z nich umiera. Większość podziemia próbuje pokazać siłę, by zaczęto się z nim liczyć. Zaczyna się bezwzględna walka na śmierć i życie. Pierwsza amnestia tzw. „Radosława"- Rządu Jedności Narodowej, powołanego przy udziale części polityków emigracyjnych, jest jawnie sabotowana przez organy bezpieczeństwa publicznego, nadzorowane przez stalinowskie władze radzieckie. Dla formacji okupujących Polskę pozostałości Armii Krajowej są „zaplutymikarłami reakcji", które należy zwalczać wszelkimi możliwymi środkami i metodami. Władze warszawskie są często bezsilne. W naszym kącie kraju tuż po ogłoszeniu amnestii radzieckie wojska frontowe przeprowadzają wspólnie z organami „Smiersza"wielką operację, w wyniku której ginie bez śladu prawie 800 osób. Na mniejszą skalę obławy tego typu przeprowadzane są w całym kraju. Trudno się dziwić, że ujawniają się nieliczni. Wzmaga to chęć zemsty. Uderza się przede wszystkim w ludzi, współpracujących z „uzurpatorską" władzą. Tak naprawdę to ludność wiejska ma wszystkiego dość i wojny, i dalszej kontynuacji walki, i rabunków ze strony nie tylko żołnierzy podziemia, ale i Sowietów i ubowców, chce normalizacji. Oczywiście wielu „leśnych"ulega demoralizacji. Pod siły polityczne podszywają się zwykłe bandy rabunkowe. Próbujących zapanować nad chaosem oficerów albo wydaje się UBP, albo skrytobójczo likwiduje. Tak jest aż do kwietnia 1947 roku, do amnestii, która znowu dla wielu weteranów AK jest oszukańcza. Po kolejnym przesileniu politycznym i rozpoczęciu stalinizacji do więzień wędrują ludzie, którzy mają dość walki i chcą pracować nad odbudową kraju. W lesie pozostaje garstka nieprzejednanych, tych właśnie „wyklętych",którzy, aby przeżyć, muszą zdobyć żywność pod szantażem karabinu. Jestem synem żołnierza AK, który o mały włos stałby się „wyklętym". Wystarczyło, że nie zdążył na zbiórkę grupy dezerterów z Torunia, prowadzonych przez kpt. Jana Mazura do oddziału „Łupaszki". Przeżył tortury w Koronowie, więzienie we Wronkach. Losy jego tak się potoczyły, że umierał jako sekretarz POP PZPR tuż przed wyprowadzeniem sztandaru przez Rakowskiego. Dodam, że jako nauczyciel i działacz społeczny był szanowany przez społeczność miasta. Pozostał wierny służbie Polsce, takiej, jaka była, a nie w chmurach. Wojciech Batura

AVEVALUE| 18899

Wasze komentarze (0)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.