Motto tygodnia: Duda krew prezesowi psuje. Dlaczego? Bo wetuje.

Autor
WOJCIECH mITTELSTAEDT

KOR działa

numer 49/16

Mój syn to noga.

Ludziom futbolu KOR nie kojarzy się z nazwiskami Kuronia i Michnika czy z obalaniem władzy ludowo-demokratycznej. KOR to dla nich Komitet Oszalałych Rodziców, jedna z największych bolączek polskiej dziecięcej i młodzieżowej piłki nożnej.

•••

Może się tak zdarzyć, że chłopczyk, który dopiero zaczął chodzić, kopnie – nawet przypadkowo – piłkę, a już w głowach jego rodziców zakiełkuje nadzieja: może mamy w domu przyszłą gwiazdę stadionów, bożyszcze milionów i potencjalnego bogacza? Nie ma rady, trzeba oddać synka do klubu. Pośpiech wskazany. w wielu ośrodkach przyjmuje się już 4-latków. Poznańska Akademia Piłkarska Reissa gwarantuje chłopcom ciągłość szkolenia właśnie od lat czterech aż do seniora. A senior to przecież piłkarz pełną gębą, profesjonalista, może ruszać na podbój stadionów świata. Piotr Reiss, współzałożyciel akademii, ma za sobą karierę, która nie stawia go co prawda wśród światowych gwiazd (grał w polskiej ekstraklasie i przez kilka sezonów w Bundeslidze, a nawet 4-krotniew reprezentacji Polski), ale pokazuje, że jeśli się bardzo chce, to można.

•••

Rodzice wożą synka do klubu, co miesiąc płacą za treningi i z nadzieją czekają na to, kiedy wreszcie będą mogli zbierać owoce swojej decyzji. Nie zawsze widać postępy. Najgorzej jest wówczas, gdy ambicje rodziców przerastają ambicje syna, który zamiast powtarzać w kółko te same ćwiczenia z piłką, wolałby posiedzieć przed komputerem albo – gdy będzie starszy – zaciągnąć się ziołem z koleżkami. Bywają też tacy krnąbrni chłopcy, którzy w ogóle nie lubią futbolu, tylko ich rodzice nie przyjmują tego do wiadomości. Zaglądają więc na treningi, obserwują postępy pociechy, często pokrzykują na nią podczas zajęć. Na futbolu każdy zna się najlepiej, udzielają więc porad trenerowi. W ten sposób stają się obiecującymi kandydatami do KOR. Zanim rodzice przyprowadzili malca do piłkarskiej szkółki, przeczytali kolorowy folder zachwalający nowoczesny system treningów, opiekę wybitnych fachowców, mają zatem prawo przypuszczać, że oddali syna w najlepsze ręce i postępy widoczne będą z tygodnia na tydzień. Ponieważ z różnych przyczyn, z których podstawową może być brak talentu, sportowy kunszt syna nie rozwija się zgodnie z ich oczekiwaniami, zaczynają reagować coraz gwałtowniej. Najlepszą areną do wyładowania frustracji są oczywiście mecze. Wszyscy są tam dla nich wrogami: trenerzy, koledzy syna, inni rodzice, rywale i sędziowie. To już pełne członkostwo w KOR.

•••

Gazety rozpisują się o chamskich wybrykach podczas meczów w europejskich pucharach, na stadionach ekstraklasy i I ligi, ale naganne zachowanie można zobaczyć na spotkaniach, w których uczestniczą dzieci albo bardzo młodzi zawodnicy. Co prawda nie odpala się tam rac, ale ordynarne odzywki, nawet rękoczyny zdarzają się, i to wcale nie rzadko. Pod presją KOR są nie tylko zawodnicy. Także trenerzy. Rodzice koniecznie chcą ustalać im skład drużyny, oczywiście taki, który gwarantowałby ich latorośli eksponowane miejsce, a jednocześnie domagają się zwycięstw w każdym meczu. Bywa, że publicznie i przy dzieciach krytykują szkoleniowców, podają w wątpliwość ich fachowość, proponują własne metody zajęć. Nie można zapominać, że dziecko bardziej skore jest wierzyć ojcu niż trenerowi, takie działania nie przynoszą więc pozytywnego rezultatu, natomiast powodują jeszcze większe napięcia na linii rodzice–dziecko–trener.

•••

Szkółki i akademie piłkarskie są często prywatnymi firmami nastawionymi na zysk. Niezadowolony z postępów syna ojciec ma do kogo zgłaszać się z reklamacjami. I często się zgłasza. Klient płaci – klient wymaga. Właściciele zaczynają więc od zatrudnionych przez siebie szkoleniowców żądać zwycięstw za wszelką cenę, a ci nie przebierają w słowach, zwracając się do dzieciaków ze swojej lub przeciwnej drużyny. Zapewne skrótu KOR pierwotnie ktoś użył w żartach. Teraz wszedł już do potocznego futbolowego języka i wielu zwłaszcza młodych ludzi nie ma z nim żadnych pozasportowych skojarzeń. Trudno natomiast się dziwić, że te 3 literki są zmorą pracowników klubów i akademii przygotowujących młodych piłkarzy do dorosłego startu. W wywiadzie dla „PrzegląduSportowego” sędzia z 20-letnimdoświadczeniem Rafał Rostkowski ujął to w kilku zdaniach: „Wielurodziców zapomina, że sport dziecięcy powinien uczyć, bawić i wychowywać. Teraz – i to problem W całym kraju – często deprawuje, stresuje i demoralizuje. Dzieci, patrząc na najbliższych dorosłych – rodziców i trenera – czerpią najgorsze wzorce. Otrzymują lekcje fatalnego zachowania. To dzieje się nie tylko w piłce nożnej, ale tu skala zjawiska jest największa”. Na szczęście KOR nie jest organizacją o charakterze powszechnym. Wielu rodziców potrafi zrozumieć, że spośród tysięcy trenujących chłopców tylko kilku zostanie dobrymi piłkarzami, a jeszcze mniej – wybitnymi. Wtedy udział w zajęciach i meczach staje się dla ich syna przyjemnością, bo który chłopak nie lubi pograć w piłkę?

•••

Największe zagraniczne kluby piłkarskie nie szukają talentów wyłącznie w okolicy. Ich wysłannicy (skauci) obserwują rozgrywki dziecięce w wielu krajach nie tylko w Europie. Chłopca, który zdradza talent, trzeba jak najszybciej ściągnąć do swojego ośrodka szkoleniowego, zanim zrobią to rywale. Organizuje się mu naukę w szkole, posiłki, opiekę medyczną i przede wszystkim treningi. Rodzicom wysyła się na konto wynegocjowaną kwotę. Kontrakt wiąże z klubem utalentowanego młodzieńca na wiele lat. W różny sposób kluby radzą sobie z organizowaniem życia wyrwanym z domu rodzinnego dzieciom. Np. Manchester United lokuje po kilku swoich wychowanków w prywatnych domach zaufanych osób, najczęściej samotnych starszych kobiet, co stwarzać ma namiastkę rodziny. FC Barcelona ma słynną La Masię. Tam dzieciaki są skoszarowane. Obowiązuje rygor, a dzień zaplanowany jest co do minuty. Obydwa kluby w różnych okresach swoją potęgę opierały na zawodnikach wyszkolonych we własnych ośrodkach. Co piąty wychowanek La Masii zostaje zawodowym piłkarzem, jeśli nie w FC Barcelonie, to w innym dobrym klubie. Ale trzeba pamiętać, że trafiają tam już wyselekcjonowani najbardziej utalentowani młodzi ludzie. Chłopcy w centrach szkoleniowych nie są narażeni na stres powodowany przez oszalałych rodziców. Przeciwnie. Jeśli czyta się biografie i autobiografie gwiazd, które tam skoszarowano, można zauważyć, że uczuciem najczęściej im towarzyszącym była tęsknota: za rodziną, za kolegami, a jeśli pochodzili z innego kraju, także za pogodą, kuchnią, obyczajami, językiem. Dziś, gdy są telefony komórkowe i Skype, łatwiej o kontakt z domem. Kiedyś przy budce telefonicznej w La Masii ustawiały się kolejki zapłakanych chłopców.

•••

Skandal pedofilski, który wybuchł ostatnio w angielskim futbolu i o którym jest coraz głośniej, pokazuje, że tęsknota za domem to nie jedyny stres, na jaki narażeni mogą być wychowankowie. Trener ma w klubie dominującą pozycję, może komuś zniszczyć karierę albo – przeciwnie – przyspieszyć jej rozwój. Prasa pisze, że piłkarski skaut Barry Bennell mógł molestować lub wykorzystać setki marzących o sławie chłopców. Już odzywają się głosy, że nie tylko on miał podobne upodobania. Skorzy do przesadnych zachwytów dziennikarze i kibice postrzegają czasem piłkarskie gwiazdy jako nadludzi. Dorosły mężczyzna, który w dzieciństwie przeżył traumę KOR lub skoszarowanego życia w ośrodku szkoleniowym i nie zwariował od tego, chyba rzeczywiście musi być nadczłowiekiem.

Widok ojca biegającego przy bocznej linii boiska i obrażającego wszystkich dookoła, rugającego wyzwiskami nawet syna za każde niepoprawne zagranie, staje się stałym elementem piłkarskiego młodzieżowego krajobrazu.

Foto autor| Ilustr. WŁODEK KIERUS, AVEVALUE| 22313

Wasze komentarze (0)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.