Motto tygodnia: Rokita dość ma życia w nędzy - za internat chce pieniędzy!

Autor
AGNIESZKA WOŁK-ŁANIEWSKA

Kongres desperatów

numer 48/16

To zapewne średni komplement, ale Kongres Lewicy wyszedł dużo lepiej, niż można się było spodziewać. O ile na etapie wstępnym organizacja nosiła znamiona typowo eseldowskiej arogancji – zamiast zaproszenia do współorganizacji imprezy małe podmioty otrzymały informację, że kongres odbędzie się 19 listopada, a jego przewodniczącym jest Krzysztof Gawkowski, który cieszy się wśród lewicowej drobnicy jak najgorszą opinią – o tyle sam iwent prezentował się pod tym względem całkiem nieźle.

Urban i Miller

Wprawdzie kierownictwo SLD dopuściło się pewnego nietaktu, gremialnie opuszczając salę obrad przed wystąpieniami mniejszych partnerów – i, co gorsza, zabierając ze sobą dziennikarzy, których zaproszono na konferencję prasową – ale obiektywnie trzeba też odnotować, że Włodzimierz Czarzasty zrobił wiele, aby zdjąć z kongresu odium prywatnej imprezy Sojuszu, na której rzekomi partnerzy występują wcharakterze garni. Wstępne wystąpienie powierzono Bogusławowi Gorskiemu, szefowi PPS, przedstawionemu (niekoniecznietaktownie) jako „nestorlewicy”; do prowadzenia kongresu zaproszono, oprócz reprezentantki SLD, lidera Biało-Czerwonych Andrzeja Rozenka; Sojusz zaakceptował też zasadę „jednapartia – jeden głos” – choć można już dyskutować nad tym, czy szczęśliwe było wystawienie Krzysztofa Gawkowskiego, który przebrał się za Ikonowicza i krzyczał, że powsadza PiS do więzień. Z drugiej strony ten sam Gawkowski zaskoczył mnie szczerze, odwołując się do przykładu Berniego Sandersa i stwierdzając że „lewicama być antyestablishmentowa” – nader trafny postulat, dotychczas raczej nieobecny w myśleniu członków Sojuszu Lewicy Demokratycznej, będącego wszak wcieleniem establishmentu III RP. Włodzimierz Czarzasty mógł lepiej skalibrować swoje wystąpienie na konferencji prasowej – znając życzliwość mediów, dało się przewidzieć, że większość informacji z kongresu otrzyma tytuł „Głównycel lewicy: powrót do Sejmu”, co nie jest najlepszym komunikatem, bo sugeruje raczej tęsknotę za korytem niż walkę o ideały. Z drugiej strony,

warto docenić starania Czarzastego o zachowanie jak najszerszej formuły, najlepiej wyrażone w jego radości, iż udało mu się posadzić w jednej sali Millera i Urbana.

Czarzasty i Zandberg

Oczywiście przemilczanym słoniem w salonie była demonstracyjna nieobecność jedynych lewicowych środowisk, które są przez opinię publiczną postrzegane jako osobne byty: partii Razem i, że tak powiem, szeroko pojętej Barbary Nowackiej. Istnieje pytanie, czy ponawianie zaproszeń pod adresem kogoś, kto na każdym kroku okazuje obrzydzenie, ma sens – acz z drugiej strony ton, w jakim Czarzasty to robi („Może kiedyś zrozumieją, że to nie jest tak, że lewica narodziła się w momencie, kiedy partia Razem powstała, a pan Zandberg leżał razem z Jezuskiem w żłóbku w Betlejem”), sugeruje raczej spory dystans do tych zaproszeń. Jako stary komuch honoris causa, reaguję cokolwiek alergicznie na młodzieńczą arogancję partii Razem i uważam, że SLD może z czystym sumieniem zaprzestać tych umizgów – ale nie da się też zaprzeczyć, że w tradycyjny eseldowski elektorat pielęgnuje mityczną ideę, że „niema wroga na lewicy”, toteż może warto zachowywać choćby formalne oznaki otwartości w tym kierunku.

Kalisz i Hartman

Znacznie ważniejsza zdaje się kwestia stosunku SLD do tych środowisk lewicowych, które na kongres przyszły. Wśród nich były partie (PPS,Unia Pracy, Socjaldemokracja Polska, Polska Lewica, Biało-Czerwoni, Ruch Odrodzenia Gospodarczego im. Edwarda Gierka, Ruch Ludzi Pracy, Partia Regionów), większe i mniejsze związki zawodowe, stowarzyszenia (Ordynacka, Pokolenia, Kuźnica, ale także Dom Wszystkich Polska), organizacje kobiece (Demokratyczna Unia Kobiet i Liga Kobiet Polskich), antywojenne (Inicjatywa„StopWojnie” i Ogólnopolski Komitet Antywojenny), lokatorskie (Polska Unia Lokatorów i Stowarzyszenie Obrony Praw Lokatorów), lewicowe think tanki (Centrumim. Ignacego Daszyńskiego czy Fundacja Amicus Europae), a także formacje polityczne, choć niepartyjne – Wolność i Równość prof. Hartmana czy szczególnie bliskie mojemu sercu Porozumienie Socjalistów. W sumie prawie pół setki podmiotów. Indywidualnie, z wyjątkiem OPZZ i ZNP, znaczących, powiedzmy szczerze, niewiele – ale w kupie prezentujących pewien potencjał. Może niekoniecznie potencjał do obalenia rządu i przejęcia władzy – ale do stworzenia zaczynu szerokiego bloku lewicy, który był warunkiem wstępnym jej wszelkich sukcesów po 1989 r. I nie mam tu na myśli bloku takiego jak LiD czy ZLew – czyli stworzonego na polecenia Aleksandra Kwaśniewskiego wbrew woli partyjnych dołów – tylko koalicję szerokiego spectrum formacji dających wyborcom poczucie siły w różnorodności, bez dysonansu poznawczego związanego z koniecznością oddania głosu na listę, na której znajdują się niedawni wrogowie z Partii Demokratycznej, SdRP czy Ruchu Palikota. A środowiskom mikroskopijnym, lecz zdeterminowanym, trzeba sporej determinacji, żeby należeć do planktonowych partii niedających jakiejkolwiek szansy nie tylko na karierę polityczną czy protekcję w zatrudnieniu, ale nawet na poprawę samopoczucia w duchu „wkupie raźniej” – koalicja taka daje szanse na wzięcie udziału w demokratycznym procesie, na włączenie swego głosu i swoich kluczowych postulatów do debaty publicznej. Słowem, może to być szansa na odbudowanie konstrukcji z początku lat 90. kiedy towarzysze nauczeni pewnej pokory w roku 1989, nie mieli jeszcze tak nasrane w głowie jak w roku 2001 i partnerów traktowali może protekcjonalnie, ale w sumie fair. Uważam ten czas za najjaśniejszy etap w historii „postkomunistycznej”lewicy: charakteryzowały go wyrazista niezgoda na antyspołeczny kierunek przemian, stanowcze występowanie przeciw klerykalizacji życia publicznego, ale też odwaga przyznawania się do własnych życiorysów i obrony ludzi Polski Ludowej przed dyskryminacją ze strony nowych elit. SdRP była w Sejmie partią wykluczonych: mimo zajęcia drugiego miejsca w pierwszych całkowicie wolnych wyborach w roku 1991 nie miała miejsca w prezydium, ani jednego przewodnictwa komisji, a gdy na trybunie sejmowej stawał jej sekretarz generalny Leszek Miller, postsolidarnościowi posłowie ostentacyjnie opuszczali salę. Dzięki temu partia miała wybitnie rozwinięte poczucie lojalności wobec swoich wyborców i nie zdążyła się nabawić takiego płynącego z potrzeby wpasowania się w nową elitę kunktatorstwa, które w późniejszych latach skłaniało SLD do umizgów do Kościoła, kontynuowania dzieła Balcerowicza czy składania hołdów Ameryce.

Lewica i PiS

Obecna sytuacja SLD w wielu aspektach przypomina tę po roku 1989: lewica poniosła głęboką klęskę, której się nie spodziewała, Polska znajduje się w fazie radykalnej przemiany ustrojowej, która jest dla wielu obywateli szokiem, odgórna klerykalizacja życia tak publicznego, jak codziennego przybrała niespotykane dotychczas rozmiary, historia pisana jest od nowa pod zamówienie nowej władzy, ludzie Polski Ludowej znowu boją się nie tylko o swoje prawa obywatelskie, ale także o podstawy egzystencji, a nawet wolność. Gdyby SLD umiał odnaleźć w sobie tamtą bezkompromisową determinację, która pozwoliła mu na odbudowanie pozycji lewicy po 1989 r. – pisowskie nieszczęście nie poszłyby tak całkiem na marne. Oczywiście są jednak także zasadnicze różnice, które czynią zbudowanie nowej lewicy szczególnie trudnym. Przede wszystkim – w odróżnieniu od czasów balcerowiczowskich, kiedy polityka gospodarcza była z zasady bezwzględna społecznie i lewica mogła ją zwalczać bez skrępowania – dziś wiele działań rządu ma lewicowy charakter. Nie da się np. być człowiekiem lewicy i zwalczać program „500plus”, który nie tylko zmniejszył skalę ubóstwa skrajnego o jedną trzecią (zgodniez raportem Banku Światowego: „TheDistributional Impact of Taxes and Transfers in Poland”), ale także stworzył presję płacową, dzięki której pracodawcy zaczęli wreszcie uczciwiej płacić pracownikom. Jeśli lewica chce mieć coś do powiedzenia wPolsce „dobrej zmiany” – musi wypracować spójne i sensowne podejście do polityki społecznej PiS, zamiast dołączać do frontu „opozycjitotalnej” pod znakiem KOD czy PO. To oczywiście nie jest zadanie na jedno sobotnie przedpołudnie – ale w dyskusji kongresowej ani w pokongresowej deklaracji nie dostrzegłam nawet zaczynu takiego myślenia.

Polska i Ludowa

Z drugiej strony – niezwykle pilna staje się kwestia stosunku do Polski Ludowej, a mówiąc wprost: obrony historii i ludzi PRL, zwalczanych przez obecną władzę z obsesyjną żarliwością i kompletnie lekceważonych przez mainstreamową opozycję. Agresja PiS ma wymiar symboliczny – jak zakaz upamiętniania jakichkolwiek postaci czy symboli związanych z historią lewicy, awansowanie zdrajcy na generała czy postulaty degradacji Wojciecha Jaruzelskiego – ale ma także wymiar nader praktyczny: zapowiedź wyrzucenia z policji wszystkich oficerów funkcyjnych, którzy zaczynali służbę wMO, wsadzanie do więzień komendantów wojewódzkich milicji z roku 1981 czy też nowelizacja ustawy dezubekizacyjnej, odbierająca także te emerytury, których funkcjonariusze „służbtotalitarnego państwa” dosłużyli się w państwie demokratycznym. Nie mam specjalnych złudzeń co do skuteczności tych wysiłków – PiS udowodniło, że może uchwalić wszystko – ale przecież walka opozycyjnej SdRP z Balcerowiczem także nie miała bieżącej skuteczności; dała za to lewicy poparcie społeczne, które najpierw pozwoliło jej zdobyć drugie miejsce w wyborach, a 2 lata później przejąć władzę. Jeśli lewica chce odzyskać wiarygodność woczach swoich tradycyjnych wyborców, musi być w tej sprawie bezkompromisowa i nieustraszona – tym bardziej że nie będzie miała żadnej konkurencji; ani opozycja parlamentarna, ani KOD, ani „autorytety”nie będą bronić komunistów i esbeków. Tymczasem na Kongresie Lewicy o obronę historii lewicy upomniał się jedynie Jacek Zdrojewski z Polskiej Lewicy, jednym zdaniem poparł go Bolesław Borysiuk z Partii Regionów; Sojusz Lewicy Demokratycznej, który na ludziach Polski Ludowej zbudował tożsamość (anawet swego czasu potęgę), zdaje się nie dostrzegać problemu.

Nacjonaliści i muzułmanie

Na tym się oczywiście zadania lewicy nie kończą. Czeka nas konieczność wypracowania nowego spojrzenia na neoliberalny kapitalizm, który polska, europejska i światowa socjaldemokracja początku milenium nie tylko akceptowała, ale wręcz afirmowała.

Czeka nas znalezienie alternatywy dla globalizacji przynoszącej zyski jedynie międzynarodowym korporacjom, a także odpowiedzi na kryzys uchodźczy i problemy imigracji oraz wyrastającej z połączenia tych zjawisk, fali nacjonalizmu i otwartości wyborców na prawicowy populizm.

Z pewną desperacją wierzę, że powołana na Kongresie Rada Dialogu i Porozumienia Lewicy jest w stanie zmierzyć się z tymi zadaniami. Bo jak nie, to mamy przejebane. I jako lewica, i jako społeczeństwo.

awl@redakcja.nie.com.pl

Foto autor| Rys. HENRYK CEBULA, Foto popis| Rys. TOMASZ WIATER, AVEVALUE| 29943

Wasze komentarze (0)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.