Motto tygodnia: Rokita dość ma życia w nędzy - za internat chce pieniędzy!

Autor
MICHAŁ MARSZAŁ

Komu w drogę, temu miś

numer 39/16

Z cyklu „Nowezawody”: pluszakownictwo.

Wciągu ostatnich miesięcy kilkanaście milionów Polaków było niedożywionych, źle zakwaterowanych i nieodpowiednio ubranych – okres ten nazywamy wakacjami. Według raportów CBOS oraz instytutu ARC nieprzyjemności związanych z wyjazdem uniknęło 49 procent dorosłych Polaków i aż 71 procent dzieci nie wyjechało na wakacje. Jeśli kogoś nie stać na samodzielny wyjazd albo na wysłanie na wakacje dziecka, a nawet psa (pobytw SPA dla zwierząt to ok. 100 zł za dobę plus opłaty za sesje fitness, manicure itp.), może skorzystać z usług biura podróży założonego przez Agnieszkę Pawlak zWarszawy. Jej firma Panda Tours jako pierwsza na świecie zajęła się… turystyką pluszowych misiów. Historia Polski zna wiele mód, które porywały obywateli do z pozoru zabawnych zachowań – zbierania pokemonów, noszenia dzwonów, robienia tatuaży z henny, słuchania Depeche Mode albo zbiorowego palenia Żydów w stodołach. No, ale czegoś takiego jeszcze nie grali…

News przy obieraniu ziemniaków

Pani Agnieszka jest kobietą nietuzinkowej urody, podkreślonej tym, że włosy ma koloru niebieskiego. Z pluszaków już dawno wyrosła – liczy 27 lat. Pochodzi ze Skarżyska-Kamiennej, skończyła administrację, ale nie zamierzała do końca życia przybijać papierów datownikiem. – Kiedyś po powrocie z pracy zaczęłam obierać ziemniaki, a w telewizorze leciał akurat dokument o Japonce, która każdego dnia urządzała spotkania przy herbatce dla maskotek przysłanych jej z Tokio, Osaki czy Jokohamy. – Pijana czy niespełna rozumu?, – Całkowicie poważnie. Ludzie nadawali do niej misie z całego kraju, ona sadzała je w kółku, odgrywała spotkanie i robiła zdjęcia, po czym odsyłała to wszystko właścicielom, a oni płacili niemałe pieniądze. Można było zamówić dla misia masaż, aromaterapię, dietę wegetariańską…, Po Kraju Kwitnącej Wiśni, który zafundował światu tak wytworne rzeczy jak bukkake, origami oraz pilotów samobójców, można było spodziewać się czegoś więcej. – Postanowiłam więc pomysł zmodyfikować i zabierać pluszaki do największych polskich i europejskich atrakcji turystycznych – tłumaczy szefowa Panda Tours. Początkowo interes szedł jak lodziarnia w zimie, znajomi pukali się w głowę, a rodzina groziła wydziedziczeniem, tym bardziej że samo tłumaczenie dwóch stron regulaminu usługi na język japoński kosztowało 1500 zł. Niemniej dzięki wzmożonym zabiegom promocyjnym zamówienia zaczęły przychodzić, a wraz z nimi w pogiętych pudłach nadciągały kolejne niedźwiadki, krasnoludki, dinozaury i grzybki z Anglii, Kanady, Meksyku, Korei Południowej, a nawet Australii. Obecnie firma obsługuje rocznie około 330 turystów z watoliną w środku.

Lepsze niż wpadanie pod autobus

Zacny sposób na zaoszczędzenie pieniędzy dzięki przedsiębiorstwu pani Agnieszki zwęszyły polskie przedszkolanki. Aby zabrać 20-osobową grupę 5-latkówna zwiedzanie zabytków Warszawy albo Krakowa, trzeba co najmniej kilku osób do opieki, autokaru, zapasu suchego prowiantu i aviomarinu, stoperów dousznych, a nade wszystko cierpliwości – a i tak wypłata jest za to taka, jak za dzień spędzony w klasie. Na zapamiętanie na całe życie czegokolwiek z takiej wycieczki szanse ma jedynie dziecko, które się zgubi albo wpadnie pod autobus – a do tego niestety nikt nie chce dopuścić. – Panie przedszkolanki kupują maskotkę i przedstawiają dzieciom jako klasowego reprezentanta – tłumaczy właścicielka interesu. – Nadaje się grupowo misiowi imię, wybiera miasto, do którego ma jechać i z którego przywiezie pamiątkowe zdjęcia. Mówi oczywiście, że będzie tam grzeczny. A następnie…, – Gdy miś już domnie dotrze, zabieram go w podróż. Warszawa kosztuje najmniej, 89 zł od sztuki. Kraków, Łódź, Toruń albo Poznań są po 99 zł. Do Londynu, Amsterdamu albo Kopenhagi zabieram maskotki od 159 zł. W pakiecie dostaje się album ze zdjęciami z podróży, które następnie pokazuje się dzieciom, dyplom albo kolorowankę. – Rozumiem, że z jednym misiem pani nie leci, bo się nie opłaca?, – Zwykle czekam, aż uzbiera się kilka, kilkanaście maskotek i z całą ekipą udaję się na objazd.

Plusz na Facebooku

Aby poczuć to, co pluszak zwiedzający miasto, postanowiliśmy wziąć na plery worek misiów i ruszyć w tournée po warszawskich zabytkach. Pierwszym celem stało się Stare Miasto, gdzie obowiązkowo trzeba strzelić fotę pod Kolumną Zygmunta. Młodzieży trzeba wyjaśnić, że Zygmunt III Waza to był taki król, co przeniósł ongiś stolicę z Krakowa do Warszawy, za co małopolski poeta Jan Sztaudynger pisał z wdzięcznością: „ŻeKraków miałeś w dupie, za karę stoisz na słupie”. Widok młodej kobiety z dwoma aparatami u szyi, zataczającej się pod ciężarem wora maskotek, wywoływał szydercze uśmiechy, szczególnie turystów azjatyckich, zwanych pieszczotliwie przez staromiejskich dorożkarzy „pimpongami”. Nie pomogłem jej, bo akurat drapałem się w nogę. Sekwencja poznawania uroków miasta przez pluszową zabawkę wygląda następująco: najpierw misio zostaje wyjęty z celofanu, później otrzepany, prostuje mu się kubraczek, poprawia owłosienie, a ostatecznie, niczym modelkę „Vogue’a”,fotografuje z każdej strony. 3 lata później, gdy pierwsza sesja jest już skończona, wór z misiami zabiera się – zwykle autobusem – w inne ważne dla Warszawy miejsce, np. przed Pałac Kultury lub pomnik Syrenki. Tam znów stylizacja, sesja i tak w kółko. Średnio na jednego pluszaka przypada ok. 100 zdjęć. Problemy zaczynają się, gdy właściciel misia zażyczy sobie zapoznania go z kulturą wysoką, np. w Muzeum Narodowym, posiadającym – co przyzna każdy obyty człowiek – najpiękniejszą w kraju kolekcję ram do obrazów. Panie bileterki, którym przez lata pracy mózgi przyzwyczaiły się do pracy w trzech trybach: osoby dorosłe (płatczołowy), młodzież, emeryci i renciści (śródmózgowie),wycieczki zorganizowane (płatpotyliczny), mają problem z zakwalifikowaniem zjawiska w postaci kobiety z workiem zabawek. – Zaczyna się od konsternacji, bo teoretycznie z torbą wejść nie można – opisuje pani Agnieszka. – Następnie po mojej opowieści następuje wzruszenie, a na końcu panie bileterki tak garną się do pomocy, że niemal same wykonują za mnie całą pracę. – Czy zdarza się – dopytuję się półgłosem – że jakiś roztropny misio, który wreszcie wyrwał się z ohydnego przedszkola, nalega, aby zamiast do muzeum harcerstwa albo strojów ludowych, zabrać go na litr czystej i striptiz?, – Rzadko, bo nie mogę pozwolić, żeby jakiemuś misiowi spadł plusz z głowy. Ale owszem, zdarzył mi się klient z Manchesteru o dość niestandardowych wymaganiach, prowadził bowiem swojemu pluszakowi popularne konto w serwisach społecznościowych i chciał czegoś ekstra. – Konto? W serwisach społecznościowych?, – Tak, bloga, profil na Facebooku, galerię i takie tam. Miliony ludzi to śledziły. – Pluszaka? To chyba znak, że pora umierać. A nie mam jeszcze trzydziestu lat.

Owieczka Zuzia nie dojechała do Londynu

Przed pogrzebem pani Agnieszka obiecała opowiedzieć mi jeszcze o podróżach zagranicznych. Miny celników prześwietlających na lotniskach walizkę, w której znajduje się kilkanaście niewinnych materiałowych kukieł, przypominają te robione przez „pimpongów”. Zdarzają się jednak podejrzenia o przemyt narkotyków albo broni i rewizje osobiste każdego po kolei. Na szczęście żaden pluszak nie został rozpruty kozikiem, chociaż jeden przepadł bez wieści. – Pewna przedszkolanka wysłała do mnie na wycieczkę do Londynu owieczkę listem zwykłym. Niestety paczka zaginęła na poczcie i nie można było ustalić, gdzie się znajduje. Dzieci czekały, a ja załamywałam ręce – wspomina pani Agnieszka. – I to mi się podoba! Sadza się wtedy przedszkolaki i mówi, że owieczka jest na dnie Wisły i tak się kończy bycie niegrzecznym. Fikasz i znikasz!, – Postanowiłam jednak nie szkodzić psychice maluchów i w porozumieniu z nauczycielką kupiłam w sklepie podobną owieczkę i ją podmieniłam. – Czyli chce pani powiedzieć, że dzieci zostały oszukane?!, W tym miejscu – jako że pani Agnieszka odmówiła jednoznacznej odpowiedzi – wyjaśnić należy, że jeśli któryś z Czytelników uczęszcza do zambrowskiego przedszkola i wciskano mu w marcu na lekcji, że owca Zuzia poleciała last minute do Wielkiej Brytanii, to przykro mi. Owca Zuzia najpewniej rozpołowiła się w sortowni, została porwana albo leży gdzieś na wysypisku. To coś, co leży w klasie, to nie jest owca Zuzia, tylko jakaś jej marna imitacja. Wprzypadku ludzkich biur podróży firmy podlegają wpisowi do rejestru organizatorów turystyki i pośredników turystycznych prowadzonego przez marszałków województw, zobowiązane są także do posiadania odpowiedniego ubezpieczenia lub gwarancji bankowej, aby zapewnić misiom… to znaczy ludziom, powrót do kraju np. na wypadek swojej niewypłacalności. Pani Agnieszka, aby uniknąć nieporozumień, zdecydowała się zarejestrować interes jako „usługifotograficzne”.

Misie mi się podobają

Zdarza się, że oprócz natury przedsiębiorczej Polce kłody pod nogi rzuca także władza. W czerwcu pani Agnieszka została wylegitymowana, gdy fotografowała tygryska przed Kancelarią Prezesa Rady Ministrów. Borowiec uznał, że tu sobie nie wolno ot tak pstrykać zdjęć, nawet tygryskom, a w dorosłą kobietę zarabiającą chodzeniem z workiem pluszaków nie uwierzył. Dopiero przybyły na miejsce patrol policji po intensywnym śledztwie i naradzie z komendą zezwolił na kontynuowanie pracy. Kiepski PR pluszakom (szmaciane zabawki w kształcie misia zaczęto produkować masowo w 1903 r. w Lipsku) robią niestety także Tatrzański Park Narodowy oraz organizacja ekologiczna WWF. Pierwsza zorganizowała akcję „Niedźwiedźto nie miś”, druga natomiast kampanię społeczną „Nie mów do mnie misiu”. Obie ostrzegać miały przed około stu niedźwiedziami żyjącymi na terenie Polski. „Niedźwiedź brunatny nie jest misiem do przytulania” – pisali organizatorzy. – „Jestnajwiększym drapieżnikiem lądowym, a maksymalny ciężar karpackich osobników przekracza 350 kg. Pomimo krępej, niezgrabnej budowy ciała potrafi szybko biegać, skakać, pływać i wspinać się na drzewa i skały. W galopie na krótkich dystansach osiąga prędkość ponad 50 km/h”. Otóż, drogie dzieci, tyle w tym prawdy, ile w przypadku wycieczki owcy Zuzi do Londynu. Niedźwiedzie mają miękkie futerko, chętnie dzielą się miodem i lubią być przytulane, szczególnie te małe w obecności szturchanej kijem samicy. Sprawdźcie same. Skoro należycie do tej małoletniej mniejszości, która miała okazję wyjechać na wczasy, to po powrocie do domu miejcie przynajmniej innym co

opowiadać. michal@redakcja.nie.com.pl

AVEVALUE| 29715

Wasze komentarze (0)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.