Motto tygodnia: Czy to dublerka jest Dudowa? Nie, to prezes Gersdorfowa.

Autor
TADEUSZ JASIŃSKI

Klocki premiera Morawieckiego

numer 51/16

– Nie chcemy być montownią azjatyckich śrubek – powiedział wicepremier Mateusz Morawiecki. Wstał z kolan, otrzepał spodnie i wziął się za reindustrializację polskiej gospodarki.

Rozpoczął od Tarnobrzeskiej Specjalnej Strefy Ekonomicznej. I – na co wskazuje jej nazwa – pojechał otworzyć w Kobierzycach koło Wrocławia budowę fabryki baterii do samochodów elektrycznych.

Wyczerpana bateria

Wmurował kamień węgielny. Mógł się poczuć z tego powodu dumny. Pół roku wcześniej mówił w mediach, że „Polskama jeszcze przemysł, nie zlikwidowaliśmy wszystkiego, ale trzeba pamiętać, że dwie trzecie polskiego eksportu jest elementem firm zagranicznych (…) na tej marży zarabia ktoś inny. Połowa polskiego przemysłu jest w rękach firm zagranicznych. Chcemy zdecydowanie wzmocnić rodzime inwestycje”. Podwrocławska inwestycja doskonale się w te zapowiedzi wpisywała. Nie bez powodu podległe Morawieckiemu Ministerstwo Rozwoju napisało w komunikacie: „Dokońca 2018 r. LG Chem zainwestuje w nową fabrykę blisko 1,3 mld zł. Rok później fabryka będzie produkować ponad 100 tys. baterii rocznie, wyłącznie do samochodów elektrycznych, które będą mogły pokonywać dystans do 320 km na jednym ładowaniu. Firma produkować będzie wszystkie komponenty: elektrody do ogniw, moduły i kompletne moduły zasilające”. Widać zdaniem resortu LG Chem jest firmą polską. A nawet jeśli nie jest, to i tak stworzy ponad 700 nowych miejsc pracy. A przynajmniej obiecała, że stworzy. Nie po to bowiem dostała kilkuletnie moratorium na płacenie podatków i wielomilionowy grant na budowę, żeby miała nie dotrzymać słowa. Przecież nie zachowa się tak jak pół roku wcześniej w Stanach Zjednoczonych, gdzie US Department of Energy (DOE)opublikował raport na temat wykorzystania grantu, który firma LG Chem otrzymała z budżetu federalnego USA na uruchomienie w Holland w Michigan produkcji akumulatorów litowo-jonowych. Czyli takich, jakie ma produkować u nas. Z dokumentu wynika, że zakład południowokoreańskiej firmy pozostaje bezczynny, chociaż powinien był wystartować już rok temu. Amerykańscy kontrolerzy policzyli, że fabryka LG Chem posiada około 60 proc. linii produkcyjnych, na których instalację firma wydała z rządowego grantu 142 mln dolarów – ok. 94 proc. dostępnej kwoty 151 mln. Całość inwestycji miała wynosić 304 mln dolarów, co sugeruje, że zdecydowana większość środków na budowę zakładu pochodzi z pieniędzy amerykańskich podatników (plan przewidywał dofinansowanie jedynie w 50 proc.). LG Chem tłumaczyła się Amerykanom w lutym, że nie zamierza ukończyć zakładu, dopóki nie odnotuje wzrostu popytu na akumulatory litowo-jonowe. Obecnie popyt – głównie na samochody hybrydowe typu plug-in Chevrolet Volt i elektryczne Ford Focus Electric – jest tak mały, że producentowi bardziej opłaca się importować ogniwa z Korei Południowej niż uruchamiać produkcję wUSA. Osobną kwestią jest zdaniem koncernu wyższy niż zakładany w planie koszt zatrudnienia pracowników. Spryciarze z tej LG Chem… Wykiwali cwanych Amerykanów, po to żeby u nas robić to samo.

Nowoczesność sprzed dwóch dekad

Wicepremier Morawiecki nie poprzestał na LG Chem. Mówił, że skoro „chcemy tworzyć większą wartość dodaną, musimy naszą myśl, to, co jest naszą przewagą, wprząc w procesy biznesowe”. Wprzągł. Tym razem w Środzie Śląskiej, leżącym 30 km od Wrocławia miasteczku z infrastrukturą przemysłową, która należy do Legnickiej Specjalnej Strefy Ekonomicznej. – Wybór Środy Śląskiej jako lokalizacji wspólnej inwestycji GE i Lufthansy jest kolejnym dowodem na to, że nasz kraj jest otwarty i gotowy na przyjmowanie nowych, technologicznie zaawansowanych projektów. Ta inwestycja będzie miała bardzo istotny wpływ na wzmacnianie sektora, który już dziś poprzez najwyższej klasy specjalistów – inżynierów i techników lotniczych – staje się polską specjalnością – radował się Morawiecki na uroczystym rozpoczęciu budowy zakładu serwisowania silników lotniczych. Tym razem rdzennie polski kapitał nosi nazwę Xeos i jest joint venture firm Lufthansa Technik AG i General Electric Company Polska. Resort rozwoju chwali się, że Polska została wybrana na miejsce tej inwestycji, ponieważ to polscy naukowcy zaprojektowali serce tych silników. A dokładnie zrobili to inżynierowie z EDC (Engineering Design Center) wWarszawie. I pewnie teraz będą codziennie dojeżdżać ze stolicy do pracy pod Wrocław. Miejscowym – wbrew temu, co mogłoby się wydawać – inwestycja nie pasuje. Ich zdaniem lokalne władze na wieść o niej dostały sraczki i wszystkie wymagane prawem kwity na zgodę zrobiły na kolanie. Wtym przede wszystkim decyzję środowiskową. Lokalsi boją się teraz, że za kilka lat, żeby nałykać się smogu, nie będą musieli jeździć do Krakowa; wystarczy, jak wyjdą na dwór. Ponadto wykazują, że wymieniane przez decyzję środowiskową polskie normy zapylenia odbiegają od norm europejskich i są 4-krotnie wyższe od zalecanych przez WHO. Mieszkańców Środy Śląskiej bawią też obietnice inwestora zapewniającego, że technologia, która ma być zastosowana, będzie taka sama jak w Niemczech. A w Arnstadt firma funkcjonuje już 10 lat. Zakład w Środzie stanie za jakieś 5. To zaś oznacza, że wychwalane przez Morawieckiego „nowe technologicznie zaawansowane projekty” będą miały brodę dłuższą niż kawały o milicjantach. Technologie ochrony środowiska zresztą też. Ale reindustrializacja Polski jest najważniejsza. A Xeos obiecał, że w przedsięwzięcie włoży 250 mln euro i zbuduje „super nowoczesny zakład serwisowania silników lotniczych najnowszych generacji, w którym ma pracować docelowo minimum 580 osób”. O tym, że resort rozwoju musiał ubłagać Komisję Europejską, aby zgodziła się na pomoc publiczną dla Xeosa, nikt z ministerstwa nie wspominał. Tak jak o tym, że zgoda Brukseli zapadła, w związku z czym polski podatnik wesprze niemiecko-amerykańskie przedsięwzięcie. Zwolnienia podatkowe i grant od rządu będą miały wartość wyższą niż 50 mln euro.

Pacyfka za 19 mln euro

Sukcesy Morawieckiego nie przewróciły mu w głowie. Zgodnie z własną dewizą, że „tym mocniejsza będzie polska gospodarka, im mocniejsi będą polscy przedsiębiorcy”, wspierał naszych biznesmenów. Właśnie przeciął wstęgę na rozpoczęciu kolejnej inwestycji. Tym razem pół godziny samochodem od Wrocławia, w Jaworze, który niedawno przyłączono do Legnickiej Specjalnej Strefy Ekonomicznej. Tam właśnie ulokować się ma fabryka silników Mercedesa. Będzie to pierwsza w Polsce inwestycja firmy Mercedes-Benz. Niemiecki koncern zamierza od 2019 r. produkować w Jaworze 4-cylindrowe silniki benzynowe i wysokoprężne. Nie chce tylko powiedzieć ile.

Przedstawiciele Daimlera i naszego Ministerstwa Rozwoju chętnie opowiadają, że koncern zainwestuje minimum 400 mln euro, w fabryce pracować będzie co najmniej 400 osób, a zakład ma eksportować silniki o wartości 500 mln euro rocznie. Drobny szczegół, że Morawiecki zgodził się, aby polscy podatnicy dołożyli biednemu Mercedesowi 18,7 mln euro jako grant „ze środków rządowego programu wspierania inwestycji o istotnym znaczeniu dla gospodarki polskiej na lata 2011–23”, dziennikarze musieli wygrzebać sami.

Tak samo jak informację, że Daimler będzie przez 10 lat zwolniony z podatku CIT.

(U)kraina szczęśliwości

Myliłby się jednak ten, kto uważa, że Morawiecki źle robi, sprowadzając do Polski zagraniczny kapitał. Tak robią wszyscy. Wszyscy też temu kapitałowi włażą w dupę wielomilionowymi dotacjami. Tak robili Słowacy, ściągając do siebie Jaguara. Tak robią Węgrzy, tworząc ze swojego kraju montownię wszystkich marek. W wicepremierze wkurzają: hipokryzja, nieumiejętność powiedzenia prawdy i głupota w negocjowaniu lokalizacji tych przedsięwzięć. O hipokryzji już było. Można do tego dołożyć tylko to, że polscy przedsiębiorcy, w przeciwieństwie do zagranicznych inwestorów, zamiast liczyć na granty i pomoc, mogą się spodziewać od Morawieckiego kontroli skarbowej. Mówienie prawdy wymagałoby powiedzenia ludziom, nie jak teraz, że fabryki te są budowane nie na dziesięciolecia, ale na znacznie krócej. I że od typowych montowni niewiele się różnią. Za granty inwestorzy stawiają hale produkcyjne i magazynowe. Stawiają na terenach, do których państwo dociągnęło wcześniej wszystko, co do produkcji i transportu jest konieczne. Uzbrojenie terenu to ciężkie miliony. Zagraniczny inwestor obiecuje, że w biznes włoży tyle i tyle. I wkłada. Ale wszystkie pieniądze zostają gdzieś za granicą. Bo to stamtąd przyjadą urządzenia, które staną w dolnośląskich fabrykach. Podobnie jak kadra nadzorująca budowę i produkcję. Długo tu jednak nie posiedzą. Doświadczenia stref ekonomicznych jednoznacznie wskazują, że gdy kończą się wakacje podatkowe, pojawiają się ciężarówki do wywożenia maszyn do nowej fabryki, wybudowanej przez kolejne łaknące inwestycji zagranicznych państwa. Polsce zostaną tylko wybudowane za jej szmal puste hale. Wydawałoby się, że jedyną zaletą takich inwestycji jest to, że w fabrykach ludzie znajdą pracę. I owszem – znajdą… Ale z powodu błędnej lokalizacji niekoniecznie ci, o których Morawieckiemu chodzi. Okolice Wrocławia są bowiem specyficzne. Tuż obok miasta od lat pojawiały się i znikały dziesiątki firm należących do znanych marek. Ludzie wiedzą zatem, że wejście na rynek kolejnej potwierdzi to, co już wiedzą. Że koncerny będą szukały do pracy ludzi za minimalne stawki. Gdyby było inaczej, fabryki nie opuszczałyby Niemiec i innych krajów. Już od dawna w działających pod Wrocławiem przedsiębiorstwach pracują głównie Ukraińcy. Mieszkającym w pobliżu Polakom za proponowane przez koncerny pieniądze się to nie opłaca. Poza tym bezrobocie na Dolnym Śląsku jest jednym z niższych w kraju. Wpaździerniku wynosiło 7,2 proc. Skupienie przez Morawieckiego wymienionych inwestycji w tym miejscu jest zatem absolutnie bez sensu. Pod Wrocław nie przyjadą mieszkańcy Podlasia czy Mazur. Nie przyjadą, bo za proponowane stawki musieliby mieszkać po czworo w pokoju. A i tak nic by nie odłożyli. A zatem nie dla Polaków są tworzone nowe miejsca pracy. Zajmą je Ukraińcy, którym nie będą przeszkadzały ciężkie warunki płacowe i lokalowe, bo zaoszczędzą tyle, aby wyżywić swoje rodziny pod Tarnopolem.

Polacy z Lubelszczyzny czy Podkarpacia, jeśli będą chcieli popracować w niemieckiej firmie, to pojadą za Odrę. Bo tam dostaną niemieckie wynagrodzenia. A to znacznie ciekawsza perspektywa niż zapieprzanie w Polsce dla niemieckiej firmy za ukraińskie stawki.

Foto autor| Ilustr. WŁODEK KIERUS, AVEVALUE| 30365

Wasze komentarze (0)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.