Motto tygodnia: Młody Tusk też ma mózg, ale mniejszy...

Autor
AGNIESZKA WOŁK-ŁANIEWSKA

Jak pokochałam Tuska

numer 06/17

Jest jeden prosty powód, dla którego Jarosław Kaczyński niepodzielnie rządzi Polską. Otóż Kaczyński jest jedynym w Polsce politykiem.

Lata 90. były czasem obfitości. Scena polityczna mieniła się od indywidualności – i tych wyrosłych z PRL, z obu stron barykady ustrojowej, i tych całkiem nowych. Niektórzy byli poważnymi politykami, wcieleniem wizerunku odpowiedzialnego męża stanu, inni wizerunek składali na ołtarzu skuteczności, jeszcze inni okazywali się całkiem niepoważni – i każdy wyborca mógł sobie dobrać jakiegoś lidera, wedle własnego gustu. Niestety ten czas skończył się definitywnie. Wiele czynników odpowiada za taki stan rzeczy: od biologicznych, poprzez polityczne, takie jak premiująca koncentrację władzy ordynacja wyborcza, aż po kulturowe – wśród nich zaś przede wszystkim tabloidyzacja życia politycznego, która dąży do uproszczenia i spersonalizowania debaty publicznej, eliminuje subtelności. Tak czy inaczej po okresie postkomunistycznego zachłyśnięcia pluralizmem rozpoczęła się bardziej stosowna dla autorytarnej polskiej mentalności faza formacji wodzowskich. Wodzowie zaś w naturalnym wodzowskim „dążeniudo zdobycia i utrzymania władzy” wyrżnęli wszelką konkurencję we własnych formacjach i w okolicach – i mamy to, co mamy. Drogę wskazał Leszek Miller, przerabiając szeroką i rozgadaną koalicję na trzymaną żelazną ręką za mordę partię opozycyjną, która odniosła bezprecedensowe zwycięstwo wyborcze i zmiotła poprzednie formacje rządzące z powierzchni ziemi. Wyznaczonym tak szlakiem poszła antymillerowska opozycja – i w efekcie

u zarania nowego millenium okazało się, że żyjemy w kraju, w którym polityków jest trzech: Leszek Miller, Donald Tusk i Jarosław Kaczyński. Dziś, skoro Miller jest na aucie (chciałabymnapisać: „przejściowo”, bo wiadomości o jego politycznej śmierci już nie raz okazywały się przedwczesne, ale sytuacja nie napawa optymizmem), a Tusk w Brukseli – został tylko Kaczyński. No to kto ma rządzić?

Oczywiście recepta na ten problem jest równie prosta jak diagnoza: powrót Tuska.

To nie był kraj dla…

Żeby nie było wątpliwości: nie należę do wielbicieli Donalda Tuska. Wręcz przeciwnie, uważam, że 7 lat jego rządów było jednym z bardziej ponurych okresów w najnowszej historii Polski. Niezły stan gospodarki można było wykorzystać na rzecz walki z wykluczeniem społecznym czy rozrostem prekariatu, zmniejszenia skali skrajnego ubóstwa, wyrównywania szans. Zamiast tego Platforma Obywatelska prowadziła stricte neoliberalną politykę przypudrowaną prospołeczną retoryką i skąpaną w cokolwiek bezczelnej propagandzie sukcesu, obelżywej dla tej większości społeczeństwa, która nie korzysta z płatnych autostrad i nie jeździ pendolino. Polska pod rządami PO była krainą dobrobytu dla międzynarodowych korporacji, banków czy firm ubezpieczeniowych, które – dzięki swoim „znakomitymrelacjom” z ministerstwem finansówbyły w stanie wylobbować niezliczone przywileje podatkowe, minimalizując należne państwu daniny, transferując większość zysków za granicę, zapewniając sobie faktyczny immunitet od kontroli podatkowych. Przedstawiając się jako proeuropejska i nowoczesna, PO nie zrobiła nic na rzecz ograniczenia wszechwładzy Kościoła kat. postępu obyczajowego, praw mniejszości seksualnych czy złagodzenia najbardziej restrykcyjnej w Europie ustawy antyaborcyjnej. W sumie tuskizm oceniam krytycznie.

Było ich trzech

To wszystko nie ma jednak w tym momencie większego znaczenia. Tusk jest potrzebny w Polsce, ponieważ do skutecznej walki z władzą – zwłaszcza władzą o zapędach totalitarnych – konieczny jest lider opozycji. Od kiedy polskie życie polityczne zaczęło nabierać owego wodzowsko-tabloidowego kształtu – mniej więcej od końca zeszłego wieku – było wiadomo, kto jest przywódcą opozycji. Za Krzaklewskiego był to Miller, za Kaczyńskiego Tusk, za Tuska Kaczyński. Nie wszyscy przeciwnicy władzy musieli być automatycznie zwolennikami lidera opozycji; mogli nie widzieć w nim przyszłego premiera, nie popierać jego partii, programu albo jego samego, mogli głosować na alternatywne ugrupowania opozycyjne – ale gdy chodziło o to, żeby przypierdolić rządowi, wiadomo było, do kogo się zwrócić.

Żałośnicy

Dzisiaj sytuacja jest dramatycznie inna. Schetyna i Petru wypadają w roli głosicieli gniewu ludu raczej żałośnie, przywódca internetowego pospolitego ruszenia Mateusz Kijowski okazał się wielkim problemem ruchu, który rozpoczął, o innych nie warto nawet wspominać. Działania opozycji en bloc cechują brak pomysłu i nerwowość ocierająca się o histerię. Na polskiej scenie politycznej nie ma nikogo, kto ludziom zalęknionym totalitarnymi zapędami „dobrejzmiany” mógłby dać poczucie realnej alternatywy, nadzieję, że ten etap, jakkolwiek upiorny, jest przejściowy. Kto potrafiłby skoncentrować negatywną energię, jaką generuje arogancja, bezczelność i agresywność PiS, i przerobić ją na napęd, który za 3 lata odbierze Kaczyńskiemu władzę. Donald Tusk – przy wszystkich zastrzeżeniach do jego rządów i charakteru – jest takim właśnie, silnym i wyrazistym liderem. Nie chodzi o to, żeby „wrócił na białym koniu” czy stał się „mesjaszem” – jego ewentualna pozycja nie będzie wynikać ani z jego przyrodzonego autorytetu, ani z bożego objawienia, a jedynie z tego, co i jak będzie mówił do tych 60–70procent Polaków, którzy „dobrejzmiany” nie popierają i czują się z tym coraz bardziej nieswojo. Nikt nigdy nie oskarżył Tuska o nieumiejętność mówienia.

Samochód musi jechać

Kłopot polega na tym, że szybko musi zacząć mówić. Jeśli prawdą są opowieści, którymi anonimowi przyjaciele Tuska raczą „GazetęWyborczą” – że były premier chciałby wrócić, bo „gonosi”, ale jest na to za wcześnie, bo „dowyborów by się spalił”, poczeka więc do 2020 r. – to w zasadzie może sobie darować. Polscy wyborcy uważają, że polityk jest jak samochód: aby był sprawny, musi być w ciągłym użyciu. Gdy wypada z obiegu, powrót jest niemal niemożliwy. W ten sposób homologację utracił np. Aleksander Kwaśniewski – najpopularniejszy prezydent w historii III RP, który drugą kadencję wygrał w pierwszej turze, a kilkanaście lat później nie był w stanie przekonać nawet 5 procent wyborców do zagłosowania na skonstruowaną przez siebie koalicję Europa Plus – żeby już nie wspominać Lecha Wałęsy i jego jednego procentu głosów w wyborach prezydenckich w 2000 r. Jako „prezydentUnii Europejskiej” Tusk jest wpolskim dyskursie publicznym równie nieobecny, jak gdyby pojechał na narty. Polscy wyborcy w swej masie nie wiedzą, co się dzieje w Europie, nie rozumieją jej i nie są nią nadmiernie zainteresowani. Gdyby Tusk został w UE na drugą kadencję – to raczej nie będzie miał po co wracać.

Tusku musisz

Na powrót się jednak nie zanosi. Jarosław Kaczyński w jakimś absurdalnym paroksyzmie mściwości postanowił odmówić swojemu arcywrogowi poparcia w wyborach na drugą kadencję szefa Rady Europejskiej i zamiast tego poszczuć go prokuraturą – co w mojej opinii może uzasadniać optymistyczny wniosek, że sukcesy ostatnich kilkunastu miesięcy po dekadzie klęsk zawróciły prezesowi w głowie do tego stopnia, że stracił kontakt z rzeczywistością. W przeciwnym razie Kaczyński zdawałby siebie sprawę, iż gówniana sytuacja opozycji jest jego wielkim atutem i nie ryzykowałby jej wzmocnienia. Przekonanie, iż Tusk w Polsce w żaden sposób mu nie zagraża, jest wyrazem tej samej megalomanii, która w 2007 r. kazała Kaczyńskiemu rozpisać przedterminowe wybory – w przekonaniu, że większość Polaków jest zachwycona jego rządem i będzie chciała więcej. Im dłużej przyglądam się pustyni, jaką w ciągu ostatniej dekady czy dwóch stała się polska scena polityczna, tym bardziej wołam: „Tusku,wróć!”.

AVEVALUE| 15078

Wasze komentarze (1)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

  • Nie zgadzam się. Kaczyński wie co robi. Poparcie PiS nie jest rozstrzygające dla tego czy Tusk zostanie w Brukseli czy nie,. Jest tylko jednym ze składników, a poparłszy go, Kaczyński miałby knebel o nazwie „samiście go poparli!” przy jakiejkolwiek (a ważniejszej dlań) wewnątrzkrajowej propagandowej harataninie.