Motto tygodnia: Ecie-pecie, ecie-pecie, profesor Lech Morawski w Oksfordzie plecie.

Jak kryją się lekarze

numer 52/16

Po pierwsze nie kabluj – to zasada obowiązująca w medycynie.

Ireneusz M. był ciężko chory, a mimo to nie chciał umrzeć i przez pół roku zajmował szpitalne łóżko. Szpital rozwiązał ten problem, przerywając podawanie leków. Małżonka Ireneusza M. została wdową. Pan Ireneusz miał to nieszczęście, że trafił do szpitala, w którym celową strategią leczenia jest zaprzestanie podawania leków. To nie sarkazm. To fragment opinii biegłej. O tym, który to był szpital, nie wolno nam napisać, gdyż proces trwa. Co więcej, jest to jedyny szpital w R. Mieszkańcy nie mogą więc go bojkotować, bo nie mają innego wyboru. 1. Mężczyzna po weekendzie źle się poczuł. Miał bardzo silne bóle brzucha. Zgłosił się na szpitalny oddział ratunkowy szpitala powiatowego w R. Tam rozpoznano u niego ostre zapalenie trzustki. I teraz pierwsze dziwo. Z tak poważną diagnozą Ireneusz M. nie został jednak przyjęty. Podobno brak było wolnych łózek. Nie został też skierowany do innej placówki służby zdrowia. Kazano mu wrócić do domu. IreneuszM. wrócił więc na łono rodziny i ciągle jeszcze nie umarł. Czuł się coraz gorzej i gorzej. Nic dziwnego, trzustka spalała go od środka. Było to bardzo dolegliwe, następnego dnia ponownie więc zgłosił się do tego samego szpitala. Tym razem został przyjęty. Miał jednak kolejnego pecha. Jego leczenie nie przebiegało zgodnie z wiedzą medyczną. Nie założono mu sondy do żywienia dojelitowego; zamiast tego wstawiono sondę do żołądka. Zabieg taki nie miał sensu, gdyż pan Ireneusz mógł normalnie jeść i przełykać, a karmienie sondą do jelita w przypadku ostrego zapalenia trzustki jest wskazane, dlatego że pokarm omija żołądek, przez co unika się sytuacji, gdy drażniony treścią pokarmową żołądek pobudza trzustkę, a ta produkuje zwiększone ilości enzymów, potęgując zapalenie. U pana Ireneusza trzustka nadal sama trawiła się własnymi enzymami. Czasami podawano mu posiłki normalnie, w ten sposób go zabijając. Zaczął umierać, choć nie tak szybko, jak by się można spodziewać. Co osiągnęli lekarze ze szpitala w R.? Ich działanie doprowadziło do tego, że samotrawiąca się trzustka zmieniała się stopniowo w tkanki martwicze, podobnie jak sąsiadujące z trzustką inne organy i tkanki. Leczenie pana Ireneusza ograniczało się do kolejnych operacji, podczas których wycinano mu kawałek po kawałku coraz to nowe obumarłe tkanki. W ich miejsce pozostawiano chusty, tzw. setony. Podczas kolejnych zabiegów pacjentowi uszkodzono jelito grube. Następnie zszyto je niedokładnie i z jelita zaczął wypływać kał. To spowodowało dalsze pogorszenie się stanu chorego i wymagało kolejnej operacji chirurgicznej. Co nagminne w polskich szpitalach, IreneuszaM. zarażono kilkoma rodzajami bakterii, w tym bakteriami typowo szpitalnymi. Zakażenia te próbowano leczyć, podając choremu antybiotyki. Te jednak były niewłaściwie dobierane. Wykryte u pacjenta bakterie wykazywały odporność na podawane leki. Otym lekarze powinni wiedzieć, gdyż na bieżąco wykonywali odpowiednie badania. Zamiast prawidłowego doboru antybiotyków w pewnym momencie zdecydowali o całkowitym odstawieniu antybiotyków. 2. Po kilku dniach od odstąpienia od kuracji antybiotykowej żonie pacjenta udało się go przenieść do kliniki w Katowicach. Pacjent był już w takim stanie, że przyjmujący go na oddział profesor nie dawał większych szans na przeżycie. Mimo to wszczęto intensywną kurację. Polegała ona na operacyjnym usunięciu ropnia dużej wielkości, którego rozwojowi w poprzednim szpitalu bezczynnie się przyglądano i próbowano wdrożyć celowaną, zgodną z wynikami badań mikrobiologicznych antybiotykoterapię. Stało się tak, jak przewidział profesor. 10-dniowaprzerwa w podawaniu choremu jakichkolwiek antybiotyków spowodowała u niego wstrząs septyczny, polegający m.in.na gwałtownym spadku ciśnienia krwi. To wymagało leczenia przeciwwstrząsowego w postaci intensywnego podania leków podnoszących ciśnienie. Była to rozpaczliwa próba poszukiwania cudu. Leki presyjne przyniosły efekt, lecz wskutek skoku ciśnienia nastąpił krwotok wewnątrzmózgowy, którego ze względu na ogólny zły stan pacjenta i jego wyniszczenie chorobą nie można było leczyć operacyjnie. Pacjent zmarł. Wdowa po panu Ireneuszu skierowała sprawę do sądu, sąd zaś powołał biegłych. W sprawie wypowiedziało się dwóch specjalistów z zakresu anestezjologii i intensywnej terapii, z których jeden stwierdził, że w zasadzie nie ma problemu, bo zapalenie trzustki to choroba o prawie stuprocentowej śmiertelności, co jest nieprawdą. Stwierdził, że pacjent umarł, gdyż Bóg tak chciał: „Niewszystko zależy od lekarzy i możliwości medycyny”. Druga biegła w odstawieniu antybiotyków nie dopatrzyła się błędu, lecz określiła to strategią leczenia. Nie wierzycie? Cytat: „Ustosunkowując się do zagadnienia wpływu na stan zdrowia i śmierć IreneuszaM. decyzji o zaprzestaniu u niego terapii antybiotykowej, należy przede wszystkim zauważyć, iż odstawienie antybiotyków nie wyniknęło z niedopatrzenia czy zaniedbania, tylko było przyjętą strategią terapeutyczną”. Dysponujemy inną opinią w tej sprawie. To opinia dr. Jacka Paszkiewicza, biegłego z zakresu bakteriologii i chorób zakaźnych przy Sądzie Okręgowym w Warszawie. Biegły stwierdził, iż „rezygnacjaz antybiotykoterapii nie była niczym uzasadniona i pozbawiała pacjenta nawet minimalnie zwiększonych szans na opanowanie zakażenia i przeżycie”. Oskarżył lekarzy z R. o nihilizm: „Szpitalprzyznaje, że w przypadku tego pacjenta doszło do zakażenia florą własną oraz bakteriami pochodzenia szpitalnego. Jednocześnie strona pozwana wysuwa teorie o nowatorskim sposobie leczenia zakażeń bakteriami wieloodpornymi polegającym na zaprzestaniu antybiotykoterapii. W opinii biegłego nie można zgodzić się z takimi nihilistycznymi teoriami w sytuacji pacjenta w stanie ciężkim, zakażonego drobnoustrojami alarmowymi”. Dr Paszkiewicz nie ma racji, mówiąc o nihilizmie.

Czasami wręcz należy przestać leczyć. Bo co zrobić z pacjentem, który od pół roku leży ciężko chory w szpitalu i nie chce umrzeć?

Pan Ireneusz spędził w szpitalu 180 dni. Zmarło mu się po zaprzestaniu leczenia. Zwolnił łóżko dla kolejnych chorych. 3. Pecha do biegłych miała nie tylko wdowa po panu Ireneuszu. Pani Urszula wezwała do chorego brata pogotowie. Brat tracił przytomność, było mu duszno, mimowolnie oddał mocz i stolec, co świadczyło o jego ciężkim stanie. Ratownikom medycznym siostra pacjenta ujawniła, że jej brat przebył wniedalekiej przeszłości dwie operacje kardiochirurgiczne, wskutek czego ratownicy odnotowali w karcie czynności ratunkowych: „Pacjentobciążony kardiologicznie”. Karetka zawiozła brata pani Urszuli do szpitala, gdzie trafił najpierw na szpitalny oddział ratunkowy, a następnie nie na kardiologię, lecz na neurologię. Wmiędzyczasie pacjentowi wykonano badanie EKG, które wykazało ryzyko tzw. nagłej śmierci sercowej. Pacjentowi wykonano również badanie tomografem komputerowym, które ujawniło metaliczny cień sztucznej zastawki serca. Pacjent miał kilkudziesięciocentymetrową bliznę wzdłuż całej klatki piersiowej. Lekarka prowadząca widziała ją i nawet komentowała: „Jakładnie się zrosło”. Po kilku godzinach na oddziale neurologicznym prowadząca lekarka postanowiła skonsultować się z kardiologiem, lecz uczyniła to telefonicznie. Kardiolog zeznał później, że zatajono przed nim fakt, iż pacjent jest po dwóch operacjach kardiologicznych, a, jak zapewniał, w przypadku posiadania takiej wiedzy jego zalecenia byłyby całkiem inne. Tymczasem pacjent zaczął się dusić. Na jego szczęście była wtedy przy nim siostra, której udało się wymusić na pani doktor zlecenie podania mu tlenu. Pani Urszula udała się do domu, po czym otrzymała telefoniczną wiadomość, że brat nie żyje. W złożonych sądowi wyjaśnieniach pełnomocnik szpitala utrzymywał, iż ok. 22.00 doszło u pacjenta do nagłego zatrzymania krążenia imimo przeprowadzenia intensywnej akcji reanimacyjnej pacjent zmarł. Szpital jednak nie był w stanie wyjaśnić, na czym ta akcja polegała, kto ją wykonywał, jak długo trwała i dlaczego do pacjenta nie wezwano zespołu reanimacyjnego. Brata pani Urszuli nie zaintubowano, nie próbowano go ratować defibrylatorem, nie podano mu adrenaliny itp.

Szpital ściemnia. Żadnej akcji reanimacyjnej nie było, a brat pani Urszuli zmarł na szpitalnym łóżku w sposób niezauważony przez lekarzy i pielęgniarki – wykryto to później.

Jak zwykle w takich przypadkach sąd zasięgnął opinii biegłych. I to nie byle jakich, gdyż z wnioskiem o opinię zwrócono się do Zakładu Medycyny Sądowej Collegium Medicum Uniwersytetu Jagiellońskiego. Tam biegli nie dopatrzyli się nieprawidłowości w postępowaniu wobec pacjenta. Co więcej, stwierdzili, że stan kliniczny pacjenta wykluczał inne postępowanie lecznicze niż zastosowane przez szpital leczenie zachowawcze. Krótko mówiąc, najwłaściwszym sposobem leczenia brata pani Urszuli było położenie go na łóżku i pozostawienie samemu sobie, bez pomocy. 4. Kolejną perełką wyprodukowaną przez biegłego sądowego w ostatnich tygodniach jest opinia, która de facto jest wyciętym z internetu artykułem o krytycznym niedokrwieniu kończyn dolnych. Biegły skopiował i wkleił jako swoje własne obszerne fragmenty opracowania, nie zmieniając w nich ani przecinka. Biegły nie użył nawet cudzysłowu, nie mówiąc już o odesłaniu do źródła. Stworzył dokument mający sprawiać pozory, iż tekst ten powstał w jego głowie. To niejedyne fałszerstwo w tej sprawie. Owrzodzenia, których pacjentka nie miała, biegły opisywał tylko po to, aby rozgrzeszyć szpital z zakażenia człowieka groźnymi bakteriami szpitalnymi. Pan doktor w opinii zasugerował, że u 67-letniejkobiety „pewne rzeczy nie powinny dziwić”. Sprawa dotyczyła osoby, której z powodu głupoty lekarzy trzeba było amputować nogę. Pani Janina miała cukrzycę i niedokrwienie nogi oraz chorobę krążenia. NFZ płacił dobrze za stenty, postanowiono więc zrobić jej ten prezent. Wtym celu z nogi wycięto kawałek żyły, który przeszczepiono w inne miejsce. I niedokrwienie kończyny zmieniło się w martwicę. Aby uratować życie kobiecie, trzeba jej było uciąć nogę powyżej kolana. 5. Nie wszyscy biegli chronią kolegów lekarzy. Jest to jednak bardzo częsta praktyka. Postawie takiej sprzyja kodeks etyki lekarskiej, w którym istnieje art. 52 zabraniający lekarzom mówienia źle o innych lekarzach: „Lekarzpowinien zachować szczególną ostrożność w formułowaniu opinii o działalności zawodowej innego lekarza, w szczególności nie powinien publicznie dyskredytować go w jakikolwiek sposób. Lekarz wszelkie uwagi o dostrzeżonych błędach wpostępowaniu innego lekarza powinien przekazać przede wszystkim temu lekarzowi. Jeżeli interwencja okaże się nieskuteczna albo dostrzeżony błąd lub naruszenie zasad etyki powoduje poważną szkodę, konieczne jest poinformowanie organu izby lekarskiej”. A prokuratura? Przestępstwo? Narażenie na szwank czyjegoś zdrowia i życia? Tego w kodeksie nie ma. MATEUSZ CIEŚLAK

[email protected]

Foto autor| Rysunki TOMASZ WIATER, AVEVALUE| 29620

Wasze komentarze (0)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.