Motto tygodnia: Za Platformy ciepła woda z kranu, za PiS-u koncertowy zamach stanu.

Autor
JERZY URBAN

Ile we mnie Żyda

numer 52/16

Z powodu 2016. urodzin sławnego oseska, nazwanego Joszua i obrzezanego, zastanawiam się, czy to mój rodak. Nie, nie jestem Żydem. Bywam nim wszakże, gdy objawia się jakiś antysemityzm. Bez niego moja tożsamość byłaby niepełna. Niech żyje antysemityzm!

Kiedy przyszło co do czego, okazało się, że tak samo jak na antyżydostwo reaguję na żydowski szowinizm, rasizm. W 1956 r. objeżdżałem Izrael. Stykałem się z parszywym antypolonizmem u polskojęzycznej wtedy połowy ludności. Pisałem o tym w tygodniku „PoProstu” i dzienniku „ExpressWieczorny”. Liberalne środowisko PZPR, walczące wówczas z nacjonalistyczną frakcją natolińską, oskarżyło mnie o rozsiewanie antysemityzmu. Zerwano umowę ze mną na książkę – reportaż z Izraela. Nawracano prożydowsko na salonach. Traktowanie przeze mnie równo antyżydostwa, antypolactwa i każdego rasizmu wykluczało mnie z obrębu ówczesnego żydostwa, a także z polskiej elity. Wwarszawskim poselstwie Izraela powiedziano gościom, że już nigdy nie dostanę wizy.

Dziadkowie bez akcentu

Gdy to piszę, za plecami wisi zdjęcie moich pradziadków. Zrobiono je przed powstaniem styczniowym. Na fotografii jest wyelegantowana para, w której rysach i stroju nie ma niczego żydowskiego. Ich syn, amój dziadek ze strony ojca, w XIX w. studiował w Niemczech. On i żona mówili wyłącznie po polsku i byli ateistami. Dziadek zajmował się importem sprzętu medycznego, prowadził też własny zakład optyczny w Łodzi i był przedstawicielem Zeissa. Jego żonę, identycznie sformatowaną, pamiętam, jak co niedziela przynosiła mi jedną babeczkę śmietankową uwiązaną na sznurku u jej krogulczego palca. Wpierw mówiłem babci Józi, że proszę o dwie babeczki, potem że już o żadną. Bez skutku. Jednak we wszystkich rasach i narodach trafia się skłonność do niesłuchania, podobnie jak pierdolec ich córki, siostry ojca. Sama ścieliła sobie łóżko i nie pozwalała dotykać swojej bielizny czy garderoby. Brzydziła się własnej matki (amieszkała z rodzicami) i tak samo służącej.

Ród mojej matki

Mam oryginał metryki mamy sporządzony w 1900 r. przez carskiego urzędnika w Bielsku Podlaskim. Jest to dokument opisowy. „Dotutejszego urzędu zgłosił się kupiec Marek Brodacz i oświadczył, że…”. Ani słowa o tym, że ów Brodacz był Żydem. Potem wystawiono matce drugą metrykę fałszywie podającą, że urodziła się w Łodzi. Miało to jakiś związek ze strefami osiedlenia, które za carów obowiązywały Żydów, i to właśnie stanowi ślad żydowskiego pochodzenia moich dziadków po kądzieli. Dziadzio Brodacz przywędrował do Łodzi na przełomie wieków XIX i XX. Wpobliskim Zgierzu założył dwie fabryki średniej wielkości: farbiarnię i apreturę tkanin. Wcześniej pojął za żonę pannę Frumkin z Mińska, teraz białoruskiego. Miała ona dziesięcioro rodzeństwa wplątanego w historię Rosji. Siostra babki, eserówka o kiepskim wzroku, wylosowała, że ma w teatrze strzelać do gubernatora Moskwy, co zrobiła, ale spudłowała, zażyła jednak sławy. Jeden z jej braci uzyskał szlachectwo, bo był dyrektorem w carskiej kolei i zasłużył się swemu monarsze. Reszta rodzeństwa babki miała jednak bardziej żydowskie zajęcia. Byli rewolucjonistami różnej maści. Np. mąż jednej z Frumkinówek, mienszewik, figuruje w książkach historycznych jako ten, który w Szwajcarii zawiadomił Lenina o wybuchu rewolucji lutowej, potem jechał z nim do Petersburga w zaplombowanym niemieckim wagonie, wioząc także ciężarną żonę, z domu Frumkin. W podróży sam Lenin się nią opiekował, więc w Pitrze szczęśliwie urodziła. Płód ten w stadium studenckim poznałem w 1940 r. we Lwowie. Miał na imię Bronka. Brat mojej babki pracował jako minister finansóww rządzie Stalina i był bohaterem skierowanego przeciw niemu referatu swego szefa. Przemowę wodza wygłoszoną na antyfrumkinowym plenum CK bolszewików można przeczytać w wielotomowym, wydanym po polsku zbiorze tekstów Stalina. Oczywiście ten Frumkin po takiej krytyce nie miał już prawa żyć. Po zajęciu Lwowa przez Związek Radziecki zjawił się tam u nas ostatni żywy człowiek z rodzeństwa mojej babki. Był to prof. Frumkin, historyk, akademik, szef urzędu zawiadującego wszystkimi archiwami w ZSRR. Przybył bez zapowiedzi. Nie chciał wejść do środka. Przez otwarte drzwi zapytał ojca, czy nie ma jesionki na sprzedaż. Mój papa podarował mu swoją jesionkę, gość podziękował i nigdy już o nim nie usłyszeliśmy. Wlosie Frumkinów, który dopełnił się w latach 30. XX w. nie było niczego specyficznie żydowskiego. Podobna zagłada dotykała rdzennie rosyjskie rodziny tkwiące w polityce.

Po wysadzeniu arcyksięcia

Nawrócę teraz od II do I wojny światowej. W 1915 r. gdy wojska niemieckie zbliżały się do Łodzi, Brodaczowie z czterema córkami uciekli do Petersburga. Tak czynili tylko niektórzy żydowscy lodzermensze, bo przecież nie niemieccy. Spieprzali także rdzennie polscy funkcjonariusze caratu. Był w tym jednak u Brodacza rys pejsaty. W stolicy dziadek nie zszedł na dziady, tylko bardzo się wzbogacił na dostawach dla armii. Nachapali się tak poddani cara różnego pochodzenia. Po Rewolucji Październikowej Żydzi nie zaczynali się bać, ale wszyscy kapitaliści – owszem. Siostra matki Róża dostała się do Trockiego. Przyjął ją nie jako pobratymczą Żydówkę, gdyż nie miał takich sentymentów. Była piękną dziewczyną i tym go ujęła w poczekalni. Czy moja ciocia dała dupy Lwu, czy nie – o tym nie mówiła. Wkażdym razie od drugiej po Leninie osoby w nowym państwie dostała dla całej rodziny przepustkę do Helsinek zwanych wówczas Helsingforsem. Tam moja przyszła matka, która po urodzeniu mnie nie miała żadnych cech nadopiekuńczej żydowskiej mamełe, zrobiła maturę w rosyjskim gimnazjum. Nie cechowało to akurat żydowskich panienek. Czyż nie-Finki mogły robić maturę po fińsku?, Z Finlandii Brodacz ze swoim babińcem wrócił do Łodzi, która należała już do państwa polskiego. Tu po piętnastu latach przyszedłem na świat w szpitalu niemieckim, a były też żydowskie. Moją pierwszą opiekunką była niemiecka pielęgniarka z tej ewangelickiej porodówki. Najęta jako zakonnica, awansowała na kurwę i za to wyleciała, ale jednak nie z powodów higienicznych. Praktykowała proceder w naszym mieszkaniu, a jej uboczni chlebodawcy mogli być niebezpieczni jako bandyci lub włamywacze. Polska następczyni Niemki imieniem panna Jadzia, litując się nade mną, że nie mam choinki, kupiła mi malutką i ustroiła gwiazdkami splecionymi z papieru. Moi rodzice przestraszyli się, że zacznie mnie nawracać. Lęk to bardzo żydowski. Na jej miejsce przyjęli żonę robotnika-komunisty,zatem twardą ateistkę. Jednak po wojnie ojciec dał owej Jadzi rekomendację do partii. Zrobiła potem karierę w antyreligijnych strukturach ubecko-partyjnych. Jej następczyni komunistka – nie.

Kosmopolici jak kosmici

Moi starzy tak samo jak katolicyzmem brzydzili się judaizmem, co typowe dla zasymilowanych bezbożników. Ich status w Polsce był skomplikowany. Nie uznawali żadnych żydowskich tradycji, świąt, kuchni, podobnie jak katolickich. Nie byli więc żydowscy w niczym. Ale na wydanie „GłosuPorannego”, gazety, której współwłaścicielem i redaktorem naczelnym był ojciec, złożyli się żydowscy fabrykanci. Uchodziła przez to za żydowską, choć była polskojęzyczna. Po spłaceniu długów ten dziennik popierał PPS, strajki, napadał na kapitalistów i endeków. Wojował też z antysemityzmem, co cechowało głównie Żydów. No i ojciec mniemał, że tym, co napisze w Łodzi o nazizmie, obali Hitlera w Berlinie. To zaś, muszę przyznać, czysto żydowska hucpa…, Przed wojną moi rodzice byli rozpięci w jakiejś nieżydowskiej i niepolskiej przestrzeni towarzyskiej i obyczajowej, trochę kosmopolitycznej ze względu na przyjaźnie i powiązania rodzinne z nieróżniącymi się od nich emigrantami do państw zachodnich. W Łodzi żyli w środowisku takim jak oni sami – odżydzonymi inteligentami i ateistami. Ten klan nie zadawał się z Polakami rdzennymi, czyli z katolikami, ani też z postępowymi. I vice ver sa. Małżeństwa mieszane były taką rzadkością, że rodzice nie pamiętali żadnego. Kontakty z gojami miewało się na płaszczyźnie zawodowej lub urzędowej. Wywodzę się więc z narodowej próżni, która sama sobie ją stworzyła. Nie bez znaczenia było jednak zewnętrzne ciśnienie antysemityzmu sięgającego rodowodów, ale nie wyolbrzymiałbym tego czynnika. Raczej były to międzygatunkowe odosobnienie, ewolucyjna osobliwość opisana w podarwinowskim ewolucjonizmie. Bliższych wyjaśnień uniknę. Wkażdym razie byliśmy fenomenem, który nie mógł istnieć, gdyby nie pochodzenie inne niż miała większość współobywateli. Z punktu widzenia Żydów byliśmy zaś wyrzutkami z żydostwa. Ile jest więc we mnie żydowskiego pochodzenia, nie umiem oszacować. Przed wojną nasze środowisko czuło wręcz obrzydzenie do Żydów w myckach i chałatach obchodzących szabas, święta żydowskie, żrące koszernie i mówiące w jidysz, którego nie znali moi dziadkowie, a być może już pradziadkowie. W każdym razie matka z ust ojca jej ojca, a mojego pradziadka słyszała wyłącznie pozbawioną akcentu polszczyznę.

Moje użydzenie i odżydzenie

Gdy skończyłem 8 lat w 1941 r. rodzice powiedzieli mi, że jestem żydowskiego pochodzenia. Zareagowałem na to płaczem, że jestem taki brzydki, mając na myśli pejsy, żydowskie stroje i niezrozumiałą mowę kojarzące mi się z widywanymi na ulicy Żydami. Ponieważ Lwów zajęli Niemcy, byliśmy już wtedy na fałszywych papierach katolików, czyli – jak wówczas mawiano – po aryjskiej stronie. Trzeba więc było wynająć księdza, żeby mnie nauczył żegnać się, podstawowych modlitw i takiej tam katechezy dla początkujących. Prof. Głowiński pisze w swoich wspomnieniach, że rodzice poddali go takiej samej represji. Moi starzy uważali, że mam wzmocnione szanse na przeżycie, ponieważ nie jestem obrzezany. Mój ojciec zaś nosił śmierć w rozporku. Obrzezane były całe pokolenia moich przodków będących poddanymi imperatorów Rosji. Miało to jakąś pozareligijną przyczynę, może potrzebne było do uzyskania metryki, czyli urzędowego prawa istnienia. Z powodu lekcji u księdza uświadomiono mi odrębność pochodzenia, od razu więc pobiegłem na podwórko chwalić się dzieciom, że jestem Żydem, ponieważ niczym innym nie potrafiłem się tam wyróżnić. Nie biłem się ani nie kopałem piłki. Po dłuższym naszym myleniu śladów poprzez liczne przeprowadzki pewien goj wynajął nam mieszkanie na stałe. Zaraz po moim samochwalstwie przyszedł z kłamliwą wiadomością, że szuka nas gestapo. Uciekliśmy aż na wieś, gdzie już nabrałem rozumu. Ojciec zapuścił wąsy, nosił zielony kapelusik, pił wódkę z nadleśniczym i proboszczem, z talentem więc grał sarmatę. Noga jego nie postała jednak w kościele, tak się brzydził religii. Matka rozpaczała, że nas zgubi. Sama chętnie w niedzielę biegła na mszę, gdyż tylko tam miejscowe baby i panny mogły podziwiać jej wysokie obcasy imakijaż oraz resztki paryskiej garderoby. Okazało się jednak, że papa strzelił w dziesiątkę. Demonstrowanie ateizmu lepiej niż spodnie maskowało obrzezane prącie. Udający katolików Żydzi odznaczali się nadgorliwością w klęczeniu po kościołach niczym dziś prezydent Duda. Ktoś, kto obnosił się z bezbożnością, absolutnie nie mógł być podejrzany o żydostwo.

Ja i Kościół

Lubiłem bywać z matką w kościele. Z czasem biegałem tam sam pełnić funkcję podrzędnego ministranta od nieszporów. Było to jedyne we wsi miejsce magiczne, siedziba muzyki, malarstwa i widowisk. Wrażenie na mnie robiły bajkowe stroje liturgiczne księży i ich choreografia przy ołtarzu. Zjadłem pierwszą komunię, choć wiedziałem, że jestem nieochrzczony. Spowiadałem się, zresztą do dziś lubię mówić o sobie. U nas w chałupie robiłem ołtarz, zarzucałem na siebie jakieś prześcieradła i szale. Bawiłem się, że odprawiam nabożeństwo jako papież, bo co miałem sobie żałować rangi. Jednak nigdy, przenigdy ani w kościele, ani poza nim nie pomyślałem o tym, czy istnieją Bóg, jego Syn iMatka Syna. Nauki, których słuchałem, zupełnie mnie nie przejmowały. Ani pomyślałem, czy wierzę, czy udaję, jak to powinien Żyd w niesprzyjających mu okolicznościach. Przejęty magią teatru zamiast treścią sztuki, przypominałem zresztą większość katolików. Nie było więc w tym niczego żydowskiego. Po wojnie moja noga nie stanęła w kościele. Mą okupacyjną fascynację ogarnęła niepamięć. Od lata 1944 r. automatycznie i bez reszty stałem się zwykłym ateistą. To było nieżydowskie. Po wojnie ta polskojęzyczna garstka Żydów, która ocalała w Polsce, a nie w ZSRR, ostentacyjnie nosiła wielkie krzyże na szyi. Niektórzy z rozpędu chodzili do kościoła. Hitler odszedł, ale pozostał lęk przed własnym żydostwem i ludowym antysemityzmem, a poza miastem przed „żołnierzamiwyklętymi”. Po wojnie w szkole średniej jedna trzecia klasy była takimi jak ja postżydami. Wszyscy chodziliśmy na lekcję religii, bo baliśmy się wyróżniać. Katecheza widniała na świadectwach. Zresztą nie wiedzieliśmy, że wolno nie chodzić. Ja też więc uczęszczałem, ale nie żegnałem się i nie mówiłem modlitwy, co tak zirytowało księdza prefekta, że wyrzucił mnie za drzwi. Wodwecie przyniosłem oświadczenie rodziców, że nie życzą sobie, abym podlegał katechezie. Tego wymagały przepisy. Byłem pierwszym uczniem w Łodzi, który odmówił uczęszczania na religię. Miejscowego biskupa przeraził ten precedens. Opieprzył i wycofał katechetę, który mnie sprowokował. Nowy przymilał się, abym wrócił na lekcje. Mówił, że mogę na nich robić, co chcę, a nie tylko nie robić, czego nie zechcę. Ja się nie poddałem i powoli inni poszli tym śladem. Otóż to, co zrobiłem, było jeszcze wtedy bardzo nieżydowskie.

Przycięty język

Moja matka po I wojnie studiowała po niemiecku w Wiedniu, potem w Berlinie. Ojciec pod koniec tej samej wojny uzyskał dyplom inżyniera w belgijskim Liege przy granicy z cesarską Rzeszą. Zajęcia były tam po niemiecku i francusku. Przed wojną ciotka Róża (primo vo toAron son, secundo voto Poznańska, za okupacji i po niej Zofia Machnicka) prowadziła administrację fabryk swojego ojca Brodacza. Językiem biurowym był niemiecki. Po wojnie w PRL pracowała jako zastępca szefa przedstawicielstwa szwajcarskiej firmy. Funkcjonowało ono po francusku i po polsku. Moja ciotka Niuta, osiadła w 1930 r. w Palestynie, równorzędnie władała polskim, hebrajskim, rosyjskim, francuskim i angielskim. Miała bowiem męża syjonistę, ale i wielkorusa. Studia zaś odbyła w Paryżu i tam pracowała naukowo. Pomimo rodzinnej wielojęzykowości moja matka Maria tuż po wojnie miała fobię antyniemiecką, gdyż zawsze miała to, co wypadało mieć. W Zagładzie zginęli jej rodzice, siostra Melania (Mela)i jej synowie, a moi kuzyni, funkcjonujący na aryjskich papierach i złapani lub wydani – nie wiadomo. Podobnie zginęli rodzice ojca i jego siostra. Wywiezieni zostali z getta w Warszawie do niepolskiego kurortu Treblinka. Drzwi w drzwi z nami mieszkali przyjaciele moich rodziców, którzy do Łodzi wrócili z dalekich ziem Związku Radzieckiego. Nie mieli więc alergii na Niemców. Z początkiem roku 1946 swoje wielkie mieszkanie zamienili w rodzaj hostelu. Przechowywali tam bogatych łódzkich Niemców, którzy chowali się przed zamknięciem w obozie przejściowym i wywozem do Niemiec w paskudnych warunkach. Po latach zresztą przyjeżdżali już jako turyści do pani doktorowej, damy, która ich przechowywała i następowało szarpanie futer, sreber i porcelany. Przybysze krzyczeli, że zostawili to na przechowanie, a ich była gospodyni broniła dóbr, wołając, że to były ich dla niej prezenty dawane z wdzięczności za ukrywanie. Obie strony targowały się jak Żydzi z polskich poglądów ludowych. Gdy mieliśmy za ścianą niemiecką elitę miasta, matka zmywała z siebie fobię antyniemiecką i chodziła pogadać po niemiecku z gośćmi, którzy zresztą na ogół biegle mówili po polsku. Wywodzę się więc z koktajlu języków, co częściej trafiało się u Żydów, ale sam – jak inni Polacy w moim wieku – znam wyłącznie polski. Przed wojną chodziłem do przedszkola, gdzie w pierwszej godzinie obowiązywał francuski. Przybywałem więc na drugą godzinę, gdyż od żabojadzkiego głowa mnie bolała. Po wojnie przez 8 lat przychodził do domu nauczyciel angielskiego, ale nie powiem, że się uczyłem. Starałem się myśleć o czymś innym. Przy całej miłości do ZSRR, rosyjskiej poezji iOkudżawy nie znam rosyjskiego, nie czytam cyrylicy.

Trzykrotnie żeniłem się z gojką i nigdy nie spałem z Żydówką, choć lista dziewczyn i dam dających mi dupy jest długa jak nos Macierewicza.

Tylko po polsku więc mówię, słucham, czytam, piszę i myślę, oczywiście tylko w sensie językowym. Przez to jestem więźniem tego kraju i jego narzecza polszczyzny. Ten rodzaj niewoli jest bardzo nieżydowski. Per saldo czyni mnie to raczej Polakiem i takim mnie spalą – jak hitlerowcy Żydów. Tygodnik „NIE”nie podlega więc kaczyńskiej polonizacji prasy. ?? [email protected]

Foto popis| Pradziadkowie, a dziadkowie papy. Nie zdejmuję ich ze ściany, bo mogą się rozpaść. Na kolanach ciotka ojca. Fotografia sprzed Powstania Styczniowego. Foto popis| Ja czteroletni z guwernantką Jadzią, która chciała mnie nawracać, a po wojnie została bezbożną aparatczycą. Rok 1937. Noszę jak Niemcy tyrolskie ubranko ze skórzanymi spodenkami, które do krwi ocierały mi pachwinę. Foto popis| Ojciec w 1900 r. 5 lat po obrzezaniu. Foto popis| Ojciec mnie trzyma. Mam 1 rok i miałem wygląd nie Żyda, ale już kretyna. Foto popis| Dziadek Brodacz i babka z domu Frumkin. Foto popis| W przedszkolu 1937. Trwa wojna domowa w Hiszpanii więc śpiewam republikańską pieśń „Naszaarmia przeszła Ebro tra la la la”, Foto popis| W 1945 r. nie nosiłem biało czerwonej wstążeczki. Mieli ją przypiętą wszyscy Polacy w Łodzi, żeby odróżnić się od Niemców. Nie chciałem się stygmatyzować przez pamięć o żółtych gwiazdach Żydów, które nas obowiązywały w czasie okupacji. Foto popis| Letni dom Brodaczów. Foto popis| Pradziadek, dziadkowie Brodaczowie i ich 4 córki. Kiedy w czasie rewolucji 1905 r. robotnicy wywozili dziadka na taczkach z jego fabryki, córki gapiły się przez okno i śpiewały Międzynarodówkę. Foto popis| Tylko Żyd z Żydem otwierają kapsel korkociągiem. Foto popis| Trzeci ślub. USC na Mazurach. Jedynymi uczestnikami i świadkami byli oficerowie BOR. Dali nam żywe prosię, mleczne i koszerne. Po upieszczeniu zostało upieczone. Foto popis| Grób ciotki Niuty w Izraelu. Jak Polak przyniosłem jej kwiaty a należało po żydowsku położyć kamienie. Gudłaje mają tanio. Foto popis| Trzecia z moich żon gojek Daniszewska. Jej aryjskość oglądamy od dupy strony. Foto popis| Ja jako student. Wogóle nie zauważałem, że moje towarzystwo jest mocno zażydzone. Na zdjęciu koledzy Chazanow i Berkowicz, obaj ex nostris. Foto popis| Moi starzy, lata osiemdziesiąte. Foto autor| Zdjęcja: ARCHIWUM, INTERNET (1), ilustr. KRZYSZTOF OLEJNIK (1), AVEVALUE| 62332

Wasze komentarze (0)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.