Motto tygodnia: Robienie wbrew Dudzie idzie Macierewiczowi jak po grudzie.

Autor
ROZALIA SZUM

Dlaczego sfinks jest smutny

numer 51/16

Biedny chrześcijanin patrzy na piramidę.

W ostatnią niedzielę doszło do eksplozji w koptyjskiej katedrze św. Marka w Kairze. Zginęło co najmniej 25 osób. Ze względu na miejsce, w którym doszło do wybuchu, opinia publiczna – zwłaszcza chrześcijańska – zinterpretowała to wydarzenie jako element prześladowań religijnych. Nie ma racji. Dotychczas nikt nie przyznał się do zamachu, ale przypuszcza się, że odpowiadać za niego mogą dżihadyści z Synaju. Sytuacja ludności w Egipcie jest już tak krytyczna, że dokonać jej mógł dowolny obywatel kraju, żeby zwrócić uwagę świata albo wyładować gniew, a nie żeby walczyć o religię. Bo Egipt umiera. Agonia zaczęła się w 2011 r. po wybuchu rewolucji. W jej wyniku spadły dochody z turystyki będącej głównym filarem gospodarki w kraju (ok.11,5 proc. PKB), który pogrążył się w kryzysie. Do zeszłego roku było źle, ale nie tragicznie. Ostatnim gwoździem do egipskiego sarkofagu okazała się katastrofa rosyjskiego airbusa na Synaju: nie tylko dlatego, że świat już zupełnie się wystraszył i zdecydował się nie oglądać piramid czy rafy koralowej w Hurghadzie. Wystraszyli się Rosjanie, a to oni, Polacy i Brytyjczycy byli głównymi nacjami, które decydowały się na wakacje w Egipcie. To Rosjanie zostawiali w kurortach najwięcej pieniędzy i dla nich obsługa hotelów uczyła się języka Tołstoja. W Szarm el-Szejk50 proc. biznesu turystycznego funkcjonowało dzięki Rosjanom, oni ratowali kraj w latach bezpośrednio po rewolucji, gdy wystraszyli się wrażliwi mieszkańcy Europy Zachodniej. W 2014 r. turyści z Rosji stanowili jedną trzecią wszystkich odwiedzających Egipt i zostawili tam 1,9 mld dolarów, co stanowiło jedną czwartą wpływów kraju w obcej walucie. 6 października 2015 roku Władimir Putin podpisał dekret o wstrzymaniu połączeń lotniczych z Egiptem i od tego czasu Rosjan nie ma. Wcześniej lotów zaprzestała Wielka Brytania, choć turyści z królestwa małymi krokami, ale jednak starają się wrócić nad Nil. W zeszłym roku telewizja Al-Dżazira – powołując się na dane egipskiego ministerstwa turystyki – podała, że kraj z powodu odpływu turystów traci 4 mln dolarów dziennie. Jak wielka to strata, widać po kursie lokalnej waluty – dolar dziś kosztuje prawie 20 funtów egipskich. Sytuacja Egiptu jest katastrofalna, powoli towarem deficytowym staje się nawet cukier. Rząd nie umie i nie może poradzić sobie z kryzysem. Ucieka w pożyczki, obecnie chce 12 mld dolarów od Międzynarodowego Funduszu Walutowego. Dostanie je, choć nie wiadomo, jak spłaci zobowiązanie. To niejedyny dług, który prezydent Sisi zaciągnął w ostatnim czasie. Wiosną tego roku podpisano wiele porozumień dwustronnych – w tym także umowę 0 utworzeniu funduszu inwestycyjnego z kapitałem 16 mld dolarów, z Arabią Saudyjską. Porozumienia zakładały powołanie specjalnej strefy ekonomicznej łączącej Saudów i Egipt. 16 mld dolarów, wpompowane w egipską gospodarkę, ma podnieść kraj z kolan. Co zaoferowano – oczywiście poufnie – za te pieniądze?8 kwietnia egipski rząd przekazał Arabii Saudyjskiej dwie wyspy położone u wybrzeży półwyspu Synaj. To nie spodobało się społeczeństwu, które wyszło na ulicę. Prezydent Abd el-Fatahes-Sisitłumaczył decyzję tym, że wyspy, położone w strategicznej zatoce Akaba, zawsze należały do władz w Rijadzie. Egipscy żołnierze stacjonowali tam od 1950 r. wyłącznie na wniosek królestwa, które teraz po prostu odebrało swoją własność. Egipcjanie mają o tym inne zdanie. Działania rządu wydają się sugerować, że zapłatą Egiptu za kredyt ma być nie tylko oddanie wysp, ale także wykreślenie z pamięci ofiar rewolucji 1 wszystkiego, co nastąpiło potem. A także poddanie się woli tego, który wyłożył pieniądze. Inwestycje faktycznie widać – pieniądze wpompowano w remonty meczetów w islamskim Kairze, restauracji poddano także most Qasr El Nil i Cornish, promenadę nad Nilem. W uliczkach odchodzących od placu Tahrir zamalowano wszystkie rewolucyjne graffiti, które świadczyć mogły o marzeniach związanych z wolnością. Sam plac – odremontowany także za pieniądze Saudów – wysypany jest pomarańczowym żwirkiem. Znikły spalony w trakcie rewolucji budynek Partii Narodowo-Demokratyczneji pancerny wóz przy Muzeum Kairskim. Ten jeszcze 2 lata temu miał chronić turystów, którzy odwiedzali muzeum. Dziś nie ma kogo ochraniać, bo turystów nie ma, samochód więc zabrano. Przy Talaat Harb – placu, gdzie odbywały się protesty związane z przekazaniem wysp Saudom – pojawiła się nowość z Europy: światła drogowe. Nikt nie wytłumaczył tamtejszemu społeczeństwu, o co chodzi w tych zmieniających się kolorach i dlatego jedynym pieszym, który zatrzymywał się i czekał na zielone, byłam ja. Władze w Kairze, oprócz pożyczania pieniędzy, odbierają je własnemu społeczeństwu, redukując przywileje socjalne. Ograniczono m.in.państwowe dotacje do cen paliw i zmniejszono dotacje do cen prądu dla gospodarstw domowych. Ceny wspomnianego cukru podniesiono o 40 proc. dla posiadaczy kartek żywnościowych. Tym, co uderza Europejczyka spacerującego po Kairze, jest las głodnych, bezrobotnych rąk, które falując, powitają go na ulicach centrum. Jeszcze 2 lata temu było ich znacznie mniej. Do opisanych problemów dołącza problem dżihadystów, wariatów z półwyspu Synaj. Choć biorąc pod uwagę złożoną sytuację na Bliskim Wschodzie, trafniejszym od „wariactwa” określeniem dla ich działań jest „frustracja”. Z tym problemem kraj także sobie nie radzi, a coraz liczniejsze ugrupowania działają w regionie od wielu lat i wydają się coraz silniejsze. To jedno z nich, Wilajet, przyznało się do strącenia rosyjskiego samolotu. O bojownikach z Synaju stało się głośno w latach 2004-2006,gdy przeprowadzili ataki na turystów. Armia Mubaraka opanowała wtedy sytuację. Problem powrócił w 2011 r. wraz z „arabską wiosną”. Rewolucja zapewniła buntownikom dostawy broni z Libii i zaplecze ludzkie, dołączali do nich sfrustrowani rekruci z południowego Egiptu. Dziś około 10 tysięcy bojówkarzy fundamentalistycznych z Synaju, zrzeszonych jest w samym Ansar Bait al-Makdis(ABM). W 2014 r. grupa pertraktowała z Państwem Islamskim w Syrii, bo potrzebowali pieniędzy i broni. Pertraktacje skończyły się w listopadzie 2 lata temu przysięgą wierności Abu Bakrowi al-Bagdadiemu,„kalifowi”Państwa Islamskiego. ABM to tylko jedna z frakcji. Istnieją w Egipcie i takie, które nie identyfikują się z ISIS, tyko z Al-Kaidą. Jednym z najbardziej prominentnych działaczy tych grup jest Hiszam al-Aszmawi,terrorysta wykształcony w zabijaniu, znający słabe strony władzy: do 2009 r. służył w egipskich siłach specjalnych. Prezydent Sisi – przez lata wysoki rangą pracownik wojska – usiłuje zwalczać ten problem. W trakcie dotychczasowej prezydentury przeprowadził liczne operacje przeciwko synajskim terrorystom: naloty bombowe i skoordynowane akcje aresztowań. We wrześniu 2015 r. wojsko zlikwidowało ponad pięciuset dżihadystów. Działania te były przeprowadzane z prawdziwie arabskim rozmachem. Ginęła także niewinna lokalna ludność, bo ktoś niedokładnie wskazał miejsce do zbombardowania. Gdy cywilom udało się przeżyć- odwet brali na nich dżihadyści, którzy mścili się za ataki rządowe. Efekt takiego schematu działania jest łatwy do przewidzenia. Lokalna społeczność nie pojedzie protestować do Kairu, tylko zradykalizuje się i zasili szeregi religijnych fundamentalistów, bo oni są blisko i mają władzę. To z powodu tych czynników każdy, kto będzie krzyczał o tym, jak islamiści zabijają chrześcijan w Egipcie tylko dlatego, że są chrześcijanami, rozminie się z prawdą. Islamiści zabijają, żeby ich ktoś dostrzegł. Wyrażają frustrację, która w Egipcie przestaje mieć zabarwienie religijne, a przechodzi w desperację i lęk związany z przetrwaniem. Zwłaszcza że, Egipcjanie to naród niezwykle płodny, co roku przybywa krajowi 2 600 000 obywateli, podczas gdy umiera ich 500 000. Przy przyroście naturalnym wynoszącym 2 100 000 mieszkańców – których trzeba wykarmić, a nie ma za co – kwestia walki o religię odchodzi w zapomnienie, bo na czoło wysuwa się walka o byt.

AVEVALUE| 14529

Wasze komentarze (0)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.