Motto tygodnia: Młody Tusk też ma mózg, ale mniejszy...

Autor
GOŚKA DANISZEWSKA, AGNIESZKA WOŁK-ŁANIEWSKA

Dialogi dam w drodze do kościoła

numer 46/16

GOŚKA DANISZEWSKA uwielbia gawrony. Wozi dla nich w rowerowym koszyku karmę kocią, którą one z kolei uwielbiają. AGNIESZKA WOŁK-ŁANIEWSKA żadnych żywych istot nie karmi, bo jest suką bez serca. A poza tym nie umie jeździć na rowerze.

Daniszewska: – Wiesz, Wołku, spotkałam ostatnio chorą psychicznie osobę. Wołk-Łaniewska: – Żeby to jedną… – Nie, ja nie mówię o pospolitych zaburzeniach, takich jak głosowanie na PiS albo popieranie prezydenta Dudy. Mówię o prawdziwej chorobie, wymagającej leczenia. Takiej, w której występują zwidy, omamy i urojenia, – Tak w zasadzie to czym się różnią zwidy od omamów?, – Tak w zasadzie to nie wiem, chciałam podkreślić powagę sytuacji. Kobieta ma zwidy, omamy i gonitwę myśli. Ma też rodzinę: męża, dzieci, którzy to wszystko widzą. Nikt jej nie weźmie pod rękę, nie zaprowadzi do psychiatry, żeby jej i sobie pomóc. Bardzo mi się jej zrobiło żal. A nie myśl, że to jakieś niewykształcone pisowskie ćwoki. Skąd! To ludzie majętni i wykształceni. Pojęcie psychiatrii w Polsce nadal otoczone jest jakimś wstydliwym dymem. Gdy mój ukochany mąż ogłasza wszem wobec, że oboje odwiedzamy lekarza tej specjalności, ludzie lękliwie odwracają oczy. – Wiesz, kiedyś doszłam do wniosku, że mój facet ma depresję i namówiłam go, żeby poszedł do psychiatry. – No i?, – I poszedł. A psychiatra pyta: „Dlaczego pan do mnie przyszedł?”. On na to: „Kobitamówi, że mam depresję”. Na to psychiatra: „Toniech pan zmieni kobitę”. – Było mu poradzić, żeby zmienił psychiatrę. Tego kwiatu jest pół światu. My z Jurkiem chodzimy do dwóch różnych psychiatrów i każdy woli swojego. Jurek zresztą tak się wyspecjalizował w doborze służby medycznej, że znalazł pulmonologa, który zakazuje mu rzucić palenie i picie. – Brawo!, – Prawda? Otóż ten mądry mężczyzna ma teorię, że takim gestem mój mąż tylko by rozklekotał swój przepity i przepalony organizm. I zapewne ma rację. – Absolutnie się z tym zgadzam. Uważam, że w pewnym wieku – tak mniej więcej po 22. roku życia – nie należy narażać organizmu na wstrząsy. To jest zresztą jeden z głównych argumentów przeciwko rozmnażaniu. Bo wcześniej z kolei nie należy się rozmnażać z powodu niedojrzałości…, – Ach, to ty nie masz dzieci nie z egoizmu i zamiłowania do hulaszczego trybu życia, ale dla zdrowotności? – Też. Ale a propos działań stosownych do wieku: znowu zachwycił mnie mój idol Richard Dawkins, który właśnie ogłosił, że uczy się niemieckiego. Dawkins wyznaje, że lubi myśleć o swoim życiu jako o zarządzanym przez racjonalne decyzje, jednak jego decyzja o nauce niemieckiego w 75. wiośnie życia była powodowana przez emocję, którą można uznać za zdecydowanie nieracjonalną. „Niepotrzebuję niemieckiego w pracy ani w życiu” – wyznaje Dawkins. – „Mojamotywacja to coś na kształt pokuty: próba, jakkolwiek daremna, zadośćuczynienia za pełną egzaltacji arogancję mojego narodu”. – Jakże uniwersalne wyznanie, z tą arogancją i egzaltacją. Akurat przed 11 listopada…, – Prawda? I jeszcze Dawkins pisze, że po brexicie wstyd mu być Anglikiem, ale nie Brytyjczykiem – byłby dumny, gdyby był Irlandczykiem albo Szkotem. Czyż on nie jest zachwycający?, – Jest. Nigdy nie mówiłam, że nie. A propos: jak ci idzie niemiecki?, – Właśnie byłam w Austrii i kupiłam sobie jakiś tam gadżet, który okazał się zepsuty. Zatem, mając w pamięci nader nikłą znajomość angielskiego wśród obsługi sklepu, w którym go kupowałam, przygotowałam się solidnie: nauczyłam się, jak powiedzieć, że kupiłam to tutaj wczoraj wieczorem… – Jak?, – Ich habe dieses hier gestern Abend gekauft. – Widzę, że ci zapadło w pamięć. – Jak cholera. Całą drogę powtarzałam. Trochę to trwało, bo błądziłam, albowiem mieszkałam w dzielnicy Wiednia, która wygląda jak Zakopane i wszędzie są szczyty, na których rośnie winorośl. Nieważne. I jeszcze się nauczyłam, jak powiedzieć, że podłączyłam do prądu i ładowałam całą noc i że czerwona lampka się nie świeci, a powinna… Wchodzę z tą całą moją nowo nabytą kompetencją językową do sklepu, wyciągam urządzenie i zaczynam przemawiać, a kobita w okienku do mnie z życzliwym uśmiechem: „Kaput?”. No i zostałam jak chuj z tym niemieckim, żeby zacytować Himilsbacha. – Skoro już się tak zgadało o zagranicznych podróżach: jadę do mojej ukochanej Szwecji. – Szwedzkiego też się uczyłam. Czyli kupiłam sobie książeczkę z płytkami, ale doszłam chyba jakoś tak do trzeciej lekcji. – A na cholerę ci szwedzki?, – Bo uwielbiam gatunek nordic noir i chciałabym go czytać w oryginale. – Jedni się uczą rosyjskiego, żeby czytać Tołstoja w oryginale. – Ja wiem, intelektualiści opanowują niemiecki dla Kanta, a mnie szwedzki był potrzebny, żeby czytać kryminały. Trudno. Nigdy nie mówiłam, że jestem intelektualistką. – Nie? Musiało mi się wydawać. – Wal się. Szwedzki jest piękny. Ma najbardziej nieprawdopodobną wymowę na świecie. – Tu się akurat mogę zgodzić, bo uwielbiam Sztokholm i wszystko, co się z nim wiąże. Zadzwoniła do mnie miesiąc temu wnuczka Zośka zwana Króliczycą: – Babcia, ja bym chciała pojechać z tobą do Sztokholmu. Tylko ty i ja. Ustaliłyśmy termin. Żałuj, Wołku, że nie masz potomstwa. – Nie żałuję. – To nie żałuj, pies ci mordę lizał. Za to nie masz z kim pojechać do Sztokholmu. – To prawda. I dlatego żałuję, że nie mam bogatej babci…, – Twój cynizm mnie szczerze brzydzi. – Wracając do twojej bezinteresownej wnuczki…, – Zośka wie, że kocham Sztokholm, Majkę, moją ukochaną przyjaciółkę, jej dzieci, i nawet gdyby miały wszy, to też bym je kochała. No i za chwilę lecimy. Zatrzymamy się w hotelu, w którym stanęłam pierwszy raz. Moja pierwsza teściowa poznała jakiegoś szwedzkiego dziennikarza i powiedziała mu, że jadę. On okazał się cudowny i zaproponował mi hotel na trzy dni. – I co, i co?, – Przyszedł, postawił mi herbatę i wręczył plan Sztokholmu. – A potem ratuj się sama – powiedział. Rano wzięłam plan i polazłam w miasto. To wielkie słowo. Chodziłam z bijącym sercem dookoła hotelu. Wracam, a tu bułeczki, dżemiki pomarańczowe, kawa, jajko, kiełbaski. Poczułam się jak królowa. Wtedy przybiega Polka i mówi, że one tu sprzątają, a moją narodowość poznały po ciuchach i gazetach. I potem przyszła druga: to była Majka. Okazało się, że właściwie powinnyśmy znać się od zawsze. Jej przyszywaną rodziną byli dwaj dzisiaj wybitni dziennikarze, którzy byli ze mną zaprzyjaźnieni. Zajmowali się oni sprzedażą grafik. – Erotycznych?, – Żeby chociaż to. Dostawało się teczkę grafik i plan miasta z wydzielonym rejonem. Chodziło się od Szweda do Szweda z kartką: „Jestem studentką sztuk pięknych, kup moją pracę, to ja skończę studia w Polsce”. Kartka była po szwedzku, oczywiście. Poszłam ze dwa razy, bo strasznie się wstydziłam tych przemiłych Szwedów, którzy poza kasą za „moje”prace karmili mnie, chcieli adoptować i w ogóle płakali, że taka wybitna artystka musi się upokarzać. Potem znalazłam pracę w knajpie, gdzie zaczynałam o siódmej od mycia podłogi, potem robiłam kanapki, a potem zostałam szefową kuchni. Ale pewnie już ci o tym mówiłam. – Ale to taka ładna historia, że chętnie wysłucham jeszcze jeden raz. – Spierdalaj. Zamiast tobie tę głęboko martyrologiczną opowieść przekażę mojej wnuczce, i to na miejscu. Fajnie, że ona ma jeszcze ochotę na podróż z babcią. To znaczy, że pomimo siwego łba nie jestem jeszcze zrzędliwą nudziarą. Tak mi dopomóż, nieistniejący. Aż się boję, że jutro zadzwoni mój nieprzewidywalny wnuk i zażyczy sobie Nowego Jorku. Tylko my dwoje i hotel na Piątej Alei. Może być „Pierre”. –1025dolków za noc w apartamencie. – Wiesz to z Wikipedii?, – Ależ skąd! Z bookingu. – A to przepraszam. Jeszcze jedno: usłyszałam z ust Macierewicza, zwanego ministrem, że generał Wojciech Jaruzelski był generałem Ludowego Wojska Polskiego. Gówno prawda, panie Antoni! Zawsze było tylko Wojsko Polskie. Ludowość dodawano. Niech panu Misiewicz sprawdzi to w internecie. ?? [email protected] [email protected]

AVEVALUE| 24586

Wasze komentarze (0)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.