Motto tygodnia: Czapki z głów i w górę kiecki – będzie rządził Morawiecki.

Autor
MARIAN ŚRUT

Biedni trują bogatych

numer 02/17

Dlaczego Polacy nie posiadają potrzeby ochrony środowiska.

Po tym jak smog nas przydusił, premier Beata Szydło ogłosiła, że zobowiązała Komitet Ekonomiczny Rady Ministrów do wypracowania rozwiązań. Szydło nie wie, że polskie powietrze jest zanieczyszczone m.in.przez „500plus”.

Z danych pochodzących od dilerów wynika, że w zeszłym roku aż 78 proc. używanych aut nabyli beneficjenci rządowego programu, zwykle korzystając z kredytu. Bez pieniędzy, mających stanowić inwestycję w przyszłość zstępnych, na zaciągnięcie zobowiązania i kupno czterech kółek zwyczajnie nie byłoby ich stać. W2016 r. 500 zł wypłacano przez 9 miesięcy, mimo to sprzedano milion używanych samochodów, co oznacza, że rynek wtórny wzrósł o 20 proc. W tym roku wzrost będzie większy. Byłoby pięknie, gdyby nie to, że wśród nabytków przeważają samochody najtańsze, czyli wyprodukowane ponad 10 lat temu, a wśród nich z kolei dominują napędzane przez diesle. To właśnie zajechane auta wyposażone w silniki wysokoprężne są oprócz wyziewów z kominów sprawcami smogu. W Polsce zarejestrowanych jest ponad 30 mln pojazdów, z czego wysłużone diesle stanowią ponad połowę. Kierowca jeżdżący autem z silnikiem wysokoprężnym zanieczyszcza powietrze równie intensywnie jak osobnik spalający w piecu kaflowym plastikowe torby czy nasączone lakierami płyty wiórowe. Dlatego już od 1985 r. producenci stosują filtry wyłapujące ze spalin cząstki stałe, głównie sadzę i popioły. Osiadające w filtrze świństwo powinno być wypalone, dzięki czemu do atmosfery powinno zostać wyemitowanych mniej toksyn. Tyle teoria. W Polsce praktyka jest odmienna – urządzenia nie zyskały uznania użytkowników nie tylko z powodu braku autostrad, dróg szybkiego ruchu i obwodnic. Żeby doszło do wypalenia sadzy i popiołów, samochód musi się poruszać co najmniej kilkanaście minut bez zmiany biegów, ze stałą prędkością przekraczającą 60 km/h. O takich warunkach w zakorkowanych polskich miastach można pomarzyć. W rezultacie nie ma możliwości spalenia zawartości filtra, dochodzi do jego zapchania i kierowca ma 3 wyjścia. Może:, a) zignorować komunikat „nieprawidłowe funkcjonowanie systemu ochrony przed zanieczyszczeniami”, co prędzej czy później doprowadzi do poważnej awarii;, b) wymienić filtr, co oznacza wydatek od 2 do 10 tys. zł;, c) usunąć filtr za 600 zł i jeździć, nie stresując się, czy sadza i popiół są spalane. Zdecydowana większość wybiera trzecie rozwiązanie. Usuwanie filtrów jest całkowicie nielegalne, bo przepisy stanowią, że nie można zmieniać konstrukcji samochodu określonej w warunkach homologacyjnych. A warunki te obejmują obecność filtra cząstek stałych, co zresztą zaznaczone jest na tabliczce znamionowej auta. Tyle że w Polsce nikt nie przejmuje się przepisami. Obecność filtra nie interesuje ani policjantów, ani pracowników stacji diagnostycznych. Kwitnie za to podziemny przemysł usuwania zatruwającego życia kierowcom ustrojstwa. Żeby się o tym przekonać, wystarczy w wyszukiwarce internetowej wpisać hasło „usuwanie filtra cząstek stałych”. Pół sekundy później wyskakuje 189 tys. rezultatów! Dla porównania „ekologiczne palenie w piecu” daje 121 tys. rekordów.

Przeważają proste sposoby:

mechanik dobywa palnik acetylenowo-tlenowy i wycina dziadostwo; bywa, że poprzestaje na wykonaniu w filtrze dziury. Niestety producenci zareagowali na przemyślność Polaków. Fachmani, kończący dzieło na chałupniczej aborcji, nie informują kierowców, że wytwórcy aut i części zamiennych przewidzieli polski scenariusz i po pewnym czasie komputer sterujący pracą silnika zauważy brak, zacznie domagać się interwencji, a gdy ta nie nastąpi, zaordynuje pracę w trybie awaryjnym, spadnie moc motoru, a w końcu dojdzie do jego uszkodzenia. To zaś oznacza dla szofera wydatek z tytułu konieczności nabycia jednostki napędowej. Sytuację ratują przekładanki z samochodów sprowadzanych z Anglii, ale i tak trzeba się liczyć z ubytkiem kilku tysięcy z portfela. Usunięcie filtra bez zmian w elektronice może pociągnąć za sobą większe koszty niż zastąpienie zapchanego filtra cząstek nowym urządzeniem. Tyle że kompleksowa i fachowa usługa kosztuje 2–3tys. zł, a tyle ile jest wart 15-letni samochód. Nad Wisłą to średni wiek auta. Wymiana silnika wynikająca z uszkodzenia systemu ochrony przed zanieczyszczeniami skutkuje również dodatkowym zafajdaniem środowiska, bo trzeba zutylizować osprzęt, olej itd. ale zwykłych Polaków środowisko niespecjalnie zajmuje, o czym premier Szydło dobrze wie, dlatego na wieść o smogu zareagowała z opóźnieniem i wstrzemięźliwie. Nie ma co kryć: beneficjenci programu „500plus”, mimo że Polska rośnie w siłę, ciągle nie mają zaspokojonych podstawowych potrzeb, trudno więc wymagać, żeby posiadali potrzebę ochrony środowiska. A że rząd prawy i sprawiedliwy słucha zwykłych Polaków, nie należy się spodziewać, aby w sprawie smogu i smrodzących diesli kiwnął palcem. Zatruwaniem powietrza nie przejmują się zresztą także koncerny samochodowe, o czym świadczy słynny szwindelwagen, polegający na fałszowaniu wskazań emisji toksyn przez diesle montowane w volkswagenach. Cóż, smog ustąpi dopiero wtedy, gdy zawieje silniejszy wiatr historii.

AVEVALUE| 9642

Wasze komentarze (0)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.