Motto tygodnia: Gdy Szydło słyszy spicz Junckera, czuje się jak jasna cholera.

Autor
JOANNA SKIBNIEWSKA

Banksterzy w łachmanach

numer 02/17

Dla bezpieczeństwa ludzi i gospodarki należy zbadać prowadzenie się żon i innych kobiet mających związki z szefami banków.

Komornik zabiera im dorobek całego życia, choć nikogo nie oszukali. Nie wiedzą, że powodem ich nieszczęścia jest romans przyjaciółki prezesa ich banku. Jak to się stało, że pierwszy raz od piętnastu lat upadła instytucja bankowa o prawie 100-letniej tradycji, od wielu lat podlegająca nadzorowi bankowemu?, Spółdzielczy Bank Rzemiosła i Rolnictwa w Wołominie był do niedawna przykładem dla bankowości spółdzielczej. Z roku na rok otwierał nowe oddziały w całym kraju, chwalił się coraz większą liczbą klientów i coraz większymi depozytami. Sponsorował duże i małe imprezy, wspierał sportowców. Dziś prokuratura prowadzi postępowanie i dokonuje nowych zatrzymań. Jednak prawdziwymi ofiarami upadłości nie są prezesi i członkowie rad nadzorczych, ale Bogu ducha winni klienci SK Banku. Klienci biorący kredyt na mieszkanie wiedzieli, że ich deweloper też zaciągnął kredyt w SK Banku na całą inwestycję, ale mieli zapewnienie zarówno dewelopera, jak i banku, że lada chwila kredytodawca wyodrębni mieszkania z hipoteki i nowi nabywcy staną się ich właścicielami. Najpóźniej do połowy 2015 r. mieli dostać akty notarialne swoich lokali. Dogadali się też z bankiem, który kredytował ten zakup, że będą mogli sprzedać mieszkanie obciążone kredytem. Władzami SK Banku zajęła się prokuratura. Nie wyodrębniono lokali do dziś. Właścicielem osiedla, a co za tym idzie mieszkań klientów, jest SK Bank będący w stanie likwidacji. Bardzo możliwe, że jako majątek upadłej firmy będzie przeznaczony na spłatę wierzytelności. Joanna T. z Jasienicy prowadzi firmę remontowo-budowlaną. WSK Banku od ośmiu lat bierze kredyty na inwestycje. Wszystkie były regularnie spłacane. Gdy bank padł, była w trakcie spłacania zaciągniętego kredytu. Dostała wezwanie do spłaty całego zobowiązania – około miliona złotych. Dostała też pismo o tym, że za chwilę komornik zajmie jej wszystko, co ma. – Ja od tego kredytu nie uciekam – mówi Joanna T. – Jestem gotowa go spłacić, ale żeby spłacić, muszę wziąć kredyt w innym banku. Tymczasem dzięki działalności syndyka to niemożliwe, bo choć bank wystawił jej zaświadczenie, że wszystkie dotychczas zaciągnięte kredyty (poza ostatnim) zostały spłacone, to syndyk nie chce uwolnić jej hipoteki, na którą brane były tamte zobowiązania. Dlaczego? Bo nie. Poza tym bank wisi T. prawie 200 tys. zł, których nie zamierza oddać. Zasadą banku było to, że jeśli kredytobiorca chciał wziąć kredyt, musiał wpłacić wpisowe oraz wykupić udziały firmy. W jej wypadku to prawie 200 tys. zł, ale są tacy, którym bank wyrwał więcej i też ani myśli oddać. – To często bardzo mało znane ryzyko klientów. Po prostu stając się współwłaścicielem upadłej firmy, klient traci to, co wpłacił – mówi Michał Kisiel, ekspert bankowy. To musiało być napisane bardzo małym druczkiem w umowie, bo ani Joanna T. ani inni wymuszeni udziałowcy nie mieli o tym pojęcia. Takimi klientami banku jak Joanna T. już zajmują się kancelarie komornicze. Joanna boi się, że straci dom, a firma nie będzie miała za co prowadzić dalszych inwestycji. Podobnych do niej klientów banku jest kilkuset. Upadek SK Banku zdziwił wszystkich, chociaż był cały czas pod kontrolą Komisji Nadzoru Finansowego. Tymczasem o machlojkach i działaniu na szkodę firmy wiedziały nie tylko jej zarząd, ale też KNF. Bank z jednej strony przyjmował depozyty od klientów, oferując oprocentowanie wyższe niż inne podmioty na rynku, po czym lokował pozyskane środki w wysoko oprocentowane kredyty (ponad10 proc.), jednocześnie pobierając od klientów „wpisowe”na fundusze SK Banku. A tak robić nie wolno. Gdy klient nie radził sobie ze spłatą, oferowano mu kolejny kredyt na spłatę zaległości, oczywiście pobierając znowu wpisowe. Klienci musieli też wykupić udziały. Poza tym jedna firma deweloperska i jej spółki córki otrzymywały większość kredytów, które od początku były uznane za stracone. To były milionowe straty. Wiadomo było, że stworzone na potrzeby kredytu firemki nie mają wystarczającego zabezpieczenia, żeby te zobowiązania spłacić. Nie musiały, a władze banku często bawiły się na tych samych imprezach co wspomniany deweloper. Gdzie przez te wszystkie lata była KNF? Niby interweniowała, gdy już się nie dało zamieść wszystkiego pod dywan, ale to, co działo się w SK Banku po jej interwencji, zakrawa na kpinę. Gdy w 2015 r. wprowadzono zarząd komisaryczny, ten tylko pogorszył sytuację banku. Klienci, nauczeni bolesnym doświadczeniem SKOK Wołomin, zaczęli szybko wycofywać oszczędności – w ciągu tygodnia depozyty banku zmniejszyły się aż o miliard złotych. To musiało zachwiać firmą. Mimo to szczęście nie opuszczało wołomińskiego banku. Chcąc ratować płynność, zarząd komisaryczny poprosił o ratunek NBP, a ten udzielił SK Bankowi kredytu refinansowego – 500 mln zł. Połowę w imieniu skarbu państwa zagwarantował Mateusz Szczurek, ówczesny minister finansów. Mniej więcej rok później, w sylwestra 2016 r. Paweł Szałamacha jako minister finansów wydał dyspozycję przelewu na konto NBP dokładnie 184 929 144,83 zł. Interes mógł się kręcić. Bank mógłby dalej bawić się w swoje finansowe gierki, bo kryli go najmożniejsi w kraju. Tymczasem wszystko szlag trafił. „Gazeta Finansowa”, robiąc własne śledztwo, stwierdziła, że kluczem do rozwiązania sprawy upadłości SK Banku okazuje się postać Dariusza U. pseudonim „Uzi”– niegdyś etatowego pracownika WSI. I miała rację. „Uzi”to znana naszej redakcji postać. Przy jednej z opisywanych spraw dotyczącej podwarszawskiego półświatka to właśnie on był przedmiotem naszego śledztwa. Wtedy też zwróciliśmy uwagę na to, że otrzymywał w SK Banku niezrozumiałe dla nas kredyty. Raz nawet 10 mln zł. Nigdy tych kredytów nie spłacał i nikt go za to nie ścigał. Ten proceder trwał latami i KNF musiała o tym wiedzieć. Co więc poszło nie tak?, Po prostu „Uzi”zakochał się w wieloletniej partnerce prezesa SK Banku. Zadzwonił gdzie trzeba. Sprowadził kontrolę. Kontrolerzy wiedzieli, czego szukać. Miało się skończyć jedynie zarządem komisarycznym, a skończyło się upadkiem. Prokuratura prowadzi postępowanie. Co jakiś czas słychać o nowych zatrzymaniach. Andrzej Wrzesiński, syndyk SK Banku, z zasady nie rozmawia z mediami. Nie dostaliśmy odpowiedzi na pytania zadane drogą mailową. Robi tak, od kiedy media zjechały go za rekordowe wynagrodzenie, jakie sobie wyznaczył za pracę przy likwidacji firmy Metro Projekt. Wziął wtedy 7,4 mln zł na rękę. Tymczasem media wykazywały, że działał na szkodę wierzycieli. Pracownica SK Banku pokazała nam rachunek opiewający na 523 tys. zł dla syndyka. To podobno jego premia, ale nie możemy zapytać, czy to prawda.

AVEVALUE| 12692

Wasze komentarze (0)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.