Motto tygodnia: Ecie-pecie, ecie-pecie, profesor Lech Morawski w Oksfordzie plecie.

Autor
Jerzy Urban

Andrzej I, król Polski

numer 46/16

U R B A N

Skoro Kaczyński chce rządzić, musi być dyktatorkiem. Nie ujmując mu sprytu i instynktu politycznego – w demokracji nie umiałby trzymać władzy. Współczesne państwo tego typu jest maszynerią nazbyt skomplikowaną. Prezes, biorąc za mordę całe państwo i stopniowo społeczeństwo, może powtórzyć za klasykiem: „Nie chcem, ale muszem”. Weźmy Wielką z nazwy Brytanię. Tamtejsi poddani królowej wybrali do Izby Gmin większość pragnącą pozostania w Unii Europejskiej, po czym ten sam elektorat w plebiscycie zdecydował o brexicie. Sąd nakazał, że rozwód z UE ma uchwalić parlament, który go nie chce. Przyspieszone wybory zapewne wyłoniłyby jeszcze silniejszą większość prounijną mającą przed sobą błędne koło tworzone przez elektorat. Nowy parlament albo zlekceważyć musi wolę swoich wyborców, albo referendum. Podobnie skomplikowanych problemów z demokracją Kaczyński nie mógłby rozwiązywać inaczej, niż tupiąc jedną albo drugą nogą. Jedno jednak łączy ustroje Polski iWysp. Londyńskim odpowiednikiem Dudy jest królowa. System udaje, że ona mianuje premiera, rząd, lordów, posiada pocztę, armię, lotnictwo. W rzeczywistości jest kukłą „swojego”premiera. Jej obowiązek to raz do roku włożyć koronę i pojechać do parlamentu karetą ciągniętą przez duże ssaki. Duda także jeździ na występy ssakami ssącymi benzynę. Tym gorszymi, że nie można z nich zrobić tatara. Jak królowa dojedzie, to czyta, co „jej”rząd jej napisał. Stosuje mandaryńską angielszczyznę zrozumiałą tylko dla dziedzicznych lordów oraz absolwentów Oxfordu i Cambridge. Duda zaś tego, co ma mówić, uczy się na pamięć. Już w drugiej połowie XIX w. państwa stawały się zbyt złożonymi mechanizmami, żeby mogły nimi rządzić ich głowy. Zaliczyłem książkę Grzegorza Kucharczyka o władcach Prus. Ich ostatnim królem, a też cesarzem Rzeszy Niemieckiej był idiota i błazen Wilhelm II, który sam przed sobą udawał, że panuje. Przed I wojną Niemcami rządzili premierzy Prus i zarazem kanclerze cesarstwa. Gdy monarcha próbował w coś ingerować, kanclerz, ministrowie i nawet niscy urzędnicy klepali wiernopoddańczą formułkę. Żadnych życzeń władcy nawet nie rozważali. Jeszcze nie było komputerów, a już do rządzenia potrzebny był łeb Bismarcka. (Nieżelaznego prawnuka tego kanclerza i przyszłą głowę rodu wielokrotnie upijałem w moim domu). Premier Prus i kanclerz cesarstwa w jednym manewrować musiał w parlamentach Prus i Rzeszy. Oba wybierano zaś według odmiennych ordynacji, miały więc skład politycznie kontrastowy. Kanclerze cesarstwa musieli umieć kluczyć pomiędzy dziesiątkami państw Rzeszy – od królestwa Bawarii, różne księstwa, po państewka arcybiskupów i margrabiów. Każde z nich miało autonomię, odrębne prawa, samodzielną policję, odrębne podatki, sympatie, poglądy i autonomiczną armię. Choćby jak w księstwie Lippe, które wydało Himmlera, było to dziesięciu żołnierzy z sierżantem jako naczelnym wodzem.

Partytura rządzenia Niemcami była więc tak skomplikowana, a orkiestracja tak zmienna, że już wtedy byłaby nie do pojęcia dla Kaczyńskiego grającego na jednym prostym instrumencie – na nerwach.

Wkrótce „mapydrogowe” rządzenia będą tworzyć komputery i stale je przetwarzać. Kaczyński nie używa nawet drewnianego liczydła, na którym rachował książę Bismarck. Prezes kupuje i przetwarza ludzi, handluje nawet embrionami zombie. Podległym mu kanibalom każe żreć do syta. Bogów, w których wierzy, czyli biskupów, przekarmia produktami swojej fabryki słodyczy, czyli Państwowej Wytwórni Papierów Wartościowych, wkrótce imienia 10 kwietnia, dawniej E. Wedel. A propos Kościoła – przychodzi Żyd do rabina: – Rebe, ksiądz katolików mnie nachodzi po kolędzie. Co robić?, – Przyklej na drzwiach… – Gwiazdę Dawida? Menorę? – Nie. Przekreślony banknot. ??

[email protected]

Foto autor| Ilustr. KRZYSZTOF OLEJNIK, AVEVALUE| 16114

Wasze komentarze (0)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.