Motto tygodnia: Rokita dość ma życia w nędzy - za internat chce pieniędzy!

Autor
TADEUSZ JASIŃSKI

Aby zostać magistrem, wybierz 1

numer 49/16

Śmieciowe umowy, śmieciowe zawody, śmieciowe szkoły.

Wicepremier nazwiskiem Morawiecki w czerwcu zapowiadał, że należy zreformować polskie szkolnictwo zawodowe. I jak powiedział, tak robi. Kierowane przezeń Ministerstwo Rozwoju właśnie pozytywnie zaopiniowało wniosek o utworzenie klas o profilu call center i na dniach prześle wymagane dokumenty do Ministerstwa Edukacji Narodowej. Gdy urzędnicy podlegli Zalewskiej podpiszą, to w polskich zawodówkach i technikach pojawią się tysiące klas, gdzie młodzież będzie zgłębiała tajniki rozmawiania przez telefon. Inicjatorem pomysłu jest Stowarzyszenie Marketingu Bezpośredniego. Zatrudniony w charakterze dyrektora wykonawczego Marcin Sosnowski biega teraz po mediach i opowiada, że uczenie sprzedaży przez telefon w publicznych szkołach to milowy krok w dostosowywaniu programów szkolnych do potrzeb współczesnego rynku pracy. Przecież w ramach zajęć uczniowie uczyliby się komunikacji, obsługi programów komputerowych, systemów informatycznych oraz przepisów z zakresu praw konsumenta. No i – rzecz jasna – języków. „Dotychczasowymodel rozwoju Polski oparty na niskich kosztach pracy jest drogą Do nikąd. Motorem rozwoju powinna być innowacyjność, która w konsekwencji pozwala na uzyskanie większych zysków oraz wzrost wynagro dzeń”.*, Stowarzyszenie Marketingu Bezpośredniego nie tylko przygotowało wniosek do Ministerstwa Rozwoju. Opracowało też podstawę programową. A gdyby tego było mało, teraz bierze się za pisanie podręczników.

Po cholerę kogoś, kto ma przez telefon sprzedawać garnki albo kablówkę, przez kilka lat szkolić w czymś, co wymaga kursu zajmującego 2–3godziny?

Tyle właśnie trwa przeszkalanie pracowników w call centers. A jest kogo szkolić, bo w Polsce ze słuchawkami na uszach pracuje około 150 tysięcy osób. Inicjatorzy przyznawania przez państwo tytułu technika centrum elektronicznej obsługi klienta przyznają, że do tej pory przez telemarketing przewinęły się 2 miliony pracowników. Dla pracodawców świadczy to o popularności zawodu. Dla byłych pracowników o zupełnie czymś innym. O głupocie, nieustannym stresie, wymyślanych w kosmosie normach, a nade wszystko o śmiesznym wynagrodzeniu. W większości prowizyjnym, czyli uzależnionym od czegoś, czego nie da się zrealizować. „Wwynikumoich rozmów powinno powstać co najmniej 7–10tys. miejsc pracy, a to dopiero początek. To są projekty informatyczne, zarządzanie projektami, zarządzanie danymi, big data management. To już nie jest tylko back office – call center czy funkcje księgowe, choć witamy z radością wszystkie nowe miejsca pracy, ale szczególnie cieszymy się z tych, które przynoszą największą wartość dodaną i gdzie wynagrodzenie jest wyższe niż przeciętne”. Największymi skupiskami firm, które zatrudniają w call centers, są Kraków i Warszawa. Najwięcej telemarketerów zatrudnia wrocławska spółka Call Center Inter Galactica, która w pięciu miastach ma prawie 1,3 tys. stanowisk telemarketingowych. Arvato Polska – oddział koncernu Bertelsmann Media – ma 1,1 tys. telestanowisk. w tej branży liczy się jeszcze Sitel Polska z 800 dzwoniącymi – grupa Call Center Poland z 720 telemarketerami. Badania firmy Sedlak&Sedlak pokazują, że wynagrodzenia konsultantów telefonicznych są na najniższym poziomie, przy którym w konkretnym mieście można jeszcze znaleźć pracownika. W Kielcach jest to 2 tys. zł brutto. W Krakowie niecałe 3 tys. a w Warszawie maksymalnie do 3,2 tys. zł na etacie. Czyli dwójka z małym kawałkiem na rękę. Dodać trzeba do tego jeszcze taki drobiazg, że dniówka w większości call centers liczy 10–11godzin. „Tepaństwa, które rozwój opierają o niskie płace, bardzo łatwo jest zastąpić i z nich zrezygnować”. Liczba dwóch milionów ludzi, którzy zahaczyli się na pracę w telemarketingu w ostatnich kilkunastu latach, wskazuje, że robota w call centers jest fuchą na przetrwanie. Bierze się ją w ostateczności. Tak jak robotę na kasie w hipermarkecie. Każdy, kto pracował ze słuchawkami, powie to samo: że ma się dość po każdym dniu, że robota ta wykańcza bardziej niż łupanie kamieni. I dlatego można w call center wytrzymać najwyżej 2 lata. Właśnie w tym tkwi prawdopodobnie powód dla którego właściciele firm telemarketingowych uparli się na szykowanie przyszłych pracowników przez całą szkołę średnią. Wychodzą z bardzo prostego założenia, że jeżeli ktoś kilka lat będzie się uczył na call girl czy call boya, to po szkole, nie umiejąc nic innego, przyjdzie do telemarketingu. I to za stawki pasujące tylko pracodawcy. A ponieważ nie będzie nadawał się z racji wykształcenia do czegoś innego, to popracuje w call center do usranej śmierci. Call center oczywiście, a nie własnej. Telemarketing nie wymaga bowiem od przedsiębiorcy niemal żadnych inwestycji. Wynajmuje się halę, dzierżawi łącza, kupuje nieco komputerów i słuchawek – i zatrudnia się ludzi na śmieciówkę albo czas określony. Gdy wszystko hula i są zlecenia, to fajnie. Gdy zleceń nie ma, to likwiduje się firmę w 2 tygodnie. Nie jest tajemnicą, że polscy giganci telemarketingowi pracują w znacznym stopniu dla zagranicy. A to dlatego, że z powodu tanich pracowników z angielskim u nas znajdują się biura obsługi czy sprzedaży wielu koncernów międzynarodowych. I jeśli okaże się, że polscy pracownicy stają się za drodzy, to nic nie stoi na przeszkodzie, aby taki telemarketing wylądował za tydzień w Bangladeszu. „Jeżeliwzrost jest oparty na generowanych wewnątrz kraju innowacjach, na wzroście produktywności i podnoszeniu jakości zasobów pracy, to wtedy jest to zdrowy wzrost. Jeżeli wzrost jest oparty na ściąganiu spekulacyjnego krótkoterminowego kapitału, który zaspokaja potrzeby konsumpcyjne, to nie jest to zdrowy wzrost”. Zgoda resortu Morawieckiego na szykowanie półniewolników dla call centers w społeczeństwie, w którym roboty szuka mnóstwo magistrów i licencjatów zdolnych do dzwonienia od zaraz, byle za godny szmalec – to granda. A na dodatek ewenement na skalę światową. Co prawda w Niemczech i w Szwajcarii funkcjonują specjalistyczne formy kształcenia w zawodzie call center agent, ale przeznaczone dla osób, które zajmują wyższe stanowiska w dziedzinie obsługi klienta. W USA, również dla kierowników i menedżerów telemarketingu, profilowane kursy organizują niektóre college i uniwersytety. Na to, żeby kogoś za budżetową kasę uczyć przez 4 lata sprzedawania kołder przez telefon, można było wpaść tylko w Polsce.

* Wszystkie wypowiedzi wyszły w ostatnich ośmiu miesiącach z ust wicepremiera, ministra rozwoju i ministra finansówMateusza Morawieckiego.

Foto autor| Ilustr. KRZYSZTOF OLEJNIK, AVEVALUE| 18378

Wasze komentarze (0)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.