Motto tygodnia: Rozumie to już każdy muł – afera w KNF-ie pociągnie PiS w dół.

6500 plus

numer 48/2017

Przez debilne prawo jednym z bardziej opłacalnych kroków dla kobiety jest poronienie.

Żeby poronić, trzeba zajść w ciążę. O tym, jak to się robi, można dowiedzieć się z internetu lub z książek. O tym, czy zaszła w ciążę, kobieta najczęściej dowiaduje się po pięciu tygodniach od ostatniej miesiączki. Poznaje po tym, że z pochwy nic nie chce lecieć. W celu upewnienia się wypadałoby kupić 2 testy ciążowe i je obsikać. Pojawiają się pierwsze koszty, na razie niewielkie – ok. 30 zł.

Można oczywiście zapisać się na wizytę u ginekologa, ale raczej nie warto, bo ten z NFZ będzie dostępny za 2 miesiące, zaś prywatny wyjmie z kieszeni co najmniej stówę.

 

Jeśli ma się pewność zaciążenia, trzeba pomyśleć o tym, co zrobić, żeby poronić. Sposobów jest kilka. Najpewniejszym jest zastosowanie dostępnych w internecie i za granicą medykamentów. Ich koszt to 400–800 zł.

Po zastosowaniu ich zgodnie z instrukcją dochodzi do oczyszczenia organizmu kobiety z zarodka. Jeśli zdążyło się to zrobić przed 8. tygodniem od ostatniego okresu, to pojawia się coś na kształt miesiączki. Nie wolno jednak pozwolić temu, co wylatuje z pochwy, spłynąć do kanalizacji. Należy siadać na kiblu z trzymanym pod sobą sitkiem. To, co na nie wyleci, jest warte ładnych kilka złotych.

Gdy krwawy kawałek już mamy, pora dostarczyć go do szpitala. Szpital ma obowiązek takie zdarzenie odnotować. Niestety przepisy uniemożliwiają mu wypisanie tego, na czym kobiecie zależeć powinno najbardziej, czyli karty martwego urodzenia. Jej wystawienie wymaga bowiem znajomości płci dziecka.

Zabieramy zatem ze szpitala to, cośmy przynieśli, i dymamy tam, gdzie robią badania genetyczne określające płeć. Koszt: jakieś 600-700 zł. Po kilku dniach są wyniki. Teraz wystarczy dostarczyć je znowu szpitalowi, a w chwilę potem odebrać kwit. No i – jeśli nie jest się kolekcjonerką – pozbyć się gdzieś zarodka.

 

Z papierem należy szybko pofatygować się do Urzędu Stanu Cywilnego, aby martwy zarodek zarejestrować w spisie martwych obywateli. W tym celu trzeba wymyślić nieżywemu kilkumilimetrowemu kawałkowi mięska jakieś imię.

USC działa dziś tak sprawnie, że powinien dokonać rejestracji na poczekaniu. I wystawić odpowiedni kwit.

Teraz kobieta ma już wszystko, co trzeba i może wystąpić do ZUS z wnioskiem o zasiłek pogrzebowy. Ponieważ jest matką, to zakład nie powinien od niej wymagać rachunków za pochówek i bez względu na poniesione koszty wypłacić 4 tys. zł.

To jednak nie koniec. W kodeksie pracy jest bowiem artykuł 180 mający taki oto punkt 1: „W razie urodzenia martwego dziecka lub zgonu dziecka przed upływem 8 tygodni życia, pracownicy przysługuje urlop macierzyński w wymiarze 8 tygodni po porodzie, nie krócej jednak niż przez okres 7 dni od dnia zgonu dziecka”. Oznacza to, że teraz kobieta może się przez 2 miesiące byczyć za ZUS-owską kasę równą zarobkom.

I dlatego dobrze mieć pracodawcę, u którego da się pracować na pół-czarno. Bo stan zdrowia na pracę w czasie tych dwóch miesięcy pozwala kobiecie jak najbardziej. Przepisy nie pozwalają jedynie, aby jej roboczogodziny były gdziekolwiek uwzględniane.

Podsumujmy zatem. Gdyby kobieta zarabiała 2 tys. zł na rękę, to wraz z zasiłkiem pogrzebowym dostanie od państwa za swoją krwawicę 8 tys. zł. Przy kosztach wynoszących – góra – 1500 zł. Za zarobione na czysto 6,5 tys. zł może śmignąć dla podratowania zdrowia w całkiem ciepłe miejsce. I to nawet 2 razy w roku. Bo przecież nic nie stoi na przeszkodzie, żeby – bez większego uszczerbku na zdrowiu – spróbować tego samego po kilku miesiącach.

 

Ma być prościej, bo posłowie Nowoczesnej wykombinowali, że „jeżeli rodzice nie wyrażą woli wykonania badania genetycznego, kartę martwego urodzenia wypełnia się z pominięciem danych o płci i imieniu dziecka”. Gdyby taki zapis przeszedł, to zyskowność poronienia wzrośnie o 7 stów.

Ponieważ żaden polityk nie kwestionuje głupoty umożliwiającej zarabianie Kościołowi na pogrzebach milimetrów tkanki, to powyższy poradnik należy wyciąć i skrzętnie przekazywać kolejnym pokoleniom urodzonych żywo Polaków.

 

TADEUSZ JASIŃSKI

Wasze komentarze 3 komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

  • Czy mogę dostać odpowiedź na pytanie co autor powyższego artykułu miał na myśli. Przepraszam, wiem że po polsku napisane jednak nie bardzo rozumiem…

    • To może wyjaśnię. Chodzi o to, że równie łatwo i cynicznie jak władze polskie pozbawiają kobiety elementarnych praw – dla swoich zysków wyborczych osiągniętych m.in. drogą włażenia w dupę najbardziej zapyziałemu klerowi – można ten układ wyzyskać dla siebie. Nie idzie o to, byś to robiła, ale o uświadomienie sobie, że skoro dla stanowiących prawo jesteś niczym, możesz zrobić cokolwiek, jakież wszak znaczenie ma dowolny czyn niczego.

  • Jak w takim kraju mozna zyc normalnie? Pytanie do wladz.Dlaczego zdrowie kobiety biednej ma byc szargane za te zasrane pare zl..I co dalej Panowie od usaw?